Dochodzimy do progu rzeczywistości, w której każdego dnia będziemy mogli obudzić się zaskoczeni zupełnie nową sytuacją nas samych, jako obywateli. Nie będzie to zmiana na lepsze. I nic z tym nie będziemy już mogli zrobić.
Kiedy nie wiadomo o co chodzi…
Chyba jeszcze nigdy analitykom globalnej sytuacji politycznej diagnozy nie przychodziły tak trudno jak obecnie. Mieliśmy wojnę? Tak – odrzeknie lwia część obserwatorów, nie – zaprzeczą rządy Izraela i USA, choć jednocześnie te same rządy podkreślają ogromny sukces militarny w starciu z Iranem. A jeśli jednak ją mieliśmy, kto ją wygrał, a kto przegrał? Iran leży na łopatkach – mówią jedni. Skądże znowu, Teheran sprytnie wywinął się z opresji – kontrują drudzy. Atak był uzasadniony? Tak, był niezbędny dla światowego bezpieczeństwa. Nie, Iran nie przygotowywał i nie zamierza przygotować zbrojnego programu nuklearnego. Jak zwał, tak zwał, ale czy przynajmniej Stany Zjednoczone zniszczyły irańskie zapasy wzbogaconego uranu? Tak albo nie – wybierzmy sobie odpowiedź spośród dwóch możliwych, i to wychodzących z tych samych (!) „dobrze poinformowanych” źródeł amerykańskich. Szum informacyjny się nasila. A co najważniejsze, nie mamy nawet jasnej i jednoznacznej odpowiedzi na pytanie podstawowe, które nurtuje nas wszystkich: czy byliśmy u progu trzeciej wojny światowej? Byliśmy? A może nadal jesteśmy?
Ale nie może być inaczej. Nie spodziewajmy się niczego innego w sytuacji, gdy jedynym (przeważnie) materiałem źródłowym jest dla nas wpis na portalu X, czyli dawnym Twitterze, obrabiany potem na wszystkie sposoby przez światowe agencje. Donald Trump jednego dnia ogłasza koniec „wojny dwunastodniowej” i „wieczny pokój”, następnego dnia zaś, klnąc jak przysłowiowy polski szewc, odsyła do diabła obu „pogodzonych” przeciwników, Izrael oraz Iran. Tylko po to, by dnia kolejnego powrócić do narracji o wspaniałym zwycięstwie.
Czy może być ona wiarygodna? Odpowiedzmy sobie sami. Odpowiedzmy sobie szczerze, czy od momentu, gdy prezydent USA, z dnia na dzień, ogłasza nowy globalny sukces, czujemy się choć trochę bezpieczniej?
Jednego wszak przynajmniej możemy być pewni. Kiedy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi podobno o pieniądze. W tym przypadku chodzi o władzę. Czyli o pieniądze, bo jedno i drugie jest dla Trumpa tym samym.
Piszący te słowa zaczynał dziennikarską pracę w epoce, gdy wojna – nazywana wojną, a nie „hybrydą” – obsługiwana była przez korespondentów wojennych. Sam mam w tej dziedzinie doświadczenie raczej skromne, lecz dane mi było obserwować z bliska rezultaty pracy kilku doświadczonych polskich korespondentów wojennych, z Wojtkiem Jagielskim na czele. Ludzie ci opisywali sytuację lepiej lub gorzej, ale przynajmniej dojeżdżali na miejsce. W tej chwili wojna jest przedsięwzięciem jak najbardziej strzeżonym – po pierwsze przed dziennikarzami. Bo wojna stała się czystym biznesem, a biznes, ten duży, wymaga ze strony partnerów zawodowej dyskrecji. Chyba wszyscy to rozumiemy.
Punkt piąty w Hadze
Potwierdzeniem ten dziwnej sytuacji są rezultaty szczytu NATO w Hadze. Czytając o nim literalnie, widzimy jeden wielki sukces. Jeszcze nigdy dotąd państwa członkowskie Paktu nie dostały takiego „kopa”, solidarnie godząc się na bezprecedensowe zwiększenie swoich wydatków na obronność. Polacy mogą się z tego tylko cieszyć, już nie będą osamotnieni ze swoimi pięcioma procentami PKB. Skoro jednak Europa rzeczywiście osiągnęła tak wspaniały sukces, dlaczego nie okazujemy radości? Czemu nie trąbimy o tym na rogach ulic, czemu na placach naszych miast nie wiwatują ludzie, jak wiwatowali w maju 1945 r., kiedy to zakończyła się ostatnia, jak dotąd, światowa wojna?
I znowu – odpowiedzmy sobie sami. A odpowiedź będzie wiadomo jaka: bo już nie do końca wierzymy deklaracjom polityków, nawet tych „naszych”. Nie wierzymy nawet sobie samym. Europa, która nagle staje w bojowej pozycji, silna, zwarta i gotowa? Pożywiom, uwidim – jak mawiają Rosjanie.
Można bowiem deklarować wzrost wydatków na zbrojenia, można nawet te deklaracje zacząć realizować – ale co z tego? Liczy się potencjał społecznej chęci obrony. A tutaj jesteśmy daleko w tyle. Mamy za sobą co najmniej dwa pokolenia wychowanej pacyfistycznie młodzieży. To ona będzie broniła naszych granic w razie obcego ataku. Jak się w tego zadania wywiąże – z samoświadomością taką, jaką mają teraz młodzi ludzie? Przypomnę: mniej więcej co drugi zapowiada, że w razie obcej agresji wyemigruje z kraju. Powodzenia! Oby tylko było dokąd uciekać. Tyle w kwestii świadomości. Braków na tym polu nie da się odrobić z dnia na dzień.
Czołowym przykładem mogą być tutaj Niemcy. To one, w myśl haskich ustaleń, ponosić będą teraz główny ciężar europejskiej obrony. Kto jednak stanie w pierwszym szeregu z bronią u nogi? Rodowici młodzi Niemcy? Hmmm… Może jednak da się skompletować niemiecką armię z grona „patriotów”, np. zwolenników AfD? Tu istnieje spora obawa, że jeżeli atakującym będzie Rosja, oni pierwsi wywieszą białą flagę. Powraca więc widmo starożytnego Rzymu, niedługo przed upadkiem, gdzie wojskowe masy stanowili barbarzyńcy: Goci, Sarmaci, Awarowie czy też Słowianie. Teraz mamy przed sobą perspektywę podobną, z tym że w miejsce dawnych barbarzyńców wstawmy sobie migrantów z Azji czy Afryki. Nie mówię o tych ludziach niczego złego, twierdzę tylko, że ich motywacja do „obrony ojczyzny” będzie jeszcze mniejsza niż w przypadku Niemców rodowitych.
Ale to wszystko jest na razie gdybaniem. Pomówmy o konkrecie, jakim jest owo sławetne zobowiązanie Paktu do solidarnej obrony w razie ataku z zewnątrz. Punkt piąty, fundament traktatu założycielskiego NATO. Przez ponad siedem dekad, jakie dzieli nas od momentu jego podpisania, murowana wiara w wypełnienie tego zobowiązania trzymała w kupie oba brzegi Atlantyku. Ona też była motorem wielkiej ekspansji na wschód Paktu w latach 1999–2004. Kraje wyzwolone z sowieckiego jarzma wierzyły bowiem niezłomnie, że akces do NATO stanie się ostatecznym potwierdzeniem ich wyzwolenia.
Od kilku lat przyzwyczajani jesteśmy jednak do zupełnie nowej interpretacji punktu numer pięć. I nie chodzi tu o to, że może on być interpretowany tak czy inaczej – rzecz w tym, że w ogóle o interpretacji mówimy. W tym momencie otwiera się ścieżka do zanegowania najświętszych nawet przysiąg. Bo skoro można je „interpretować”…
Donald Trump wygodnie wskoczył w te buty relatywizmu. Najpierw w Hadze wszystkich nastraszył, zapowiadając że Stany Zjednoczone – najpotężniejszy z sojuszników NATO – wcale nie muszą respektować punktu piątego, potem zaś, znowu z dnia na dzień, zmienił zdanie, mówiąc, że Ameryka jednak nie złamie sojuszniczych zobowiązań. Pozornie wszystko OK, sekretarz generalny Paktu Mark Rutte kłania się w pas prezydentowi USA. A jednak ciarki po plecach przechodzą. Czujemy to, prawda?
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








