Pięć kilogramów – tyle waży to dwutomowe dzieło. Kredowy papier, solidne płócienne okładki – tego się nie da zabrać do sleepingu. Fizycznej wadze książki odpowiada wszelako jej waga merytoryczna.
Polskość opisana po skraju
Owo pięciolecie, krótki termin w kategoriach historii, było okresem wielkich nadziei i większych jeszcze rozczarowań. Dlatego wielu z nas wolałoby o nim zapomnieć. Podobnie jak my, większość Polaków, zapominamy o Szczecinie. Mieście, które autor „próby ilustrowanej monografii” – jak sam ją skromnie nazywa – nie bez przesady umieścił w kategorii Polski „najdalszej”. I nie chodzi tu tylko o fizyczną odległość od Warszawy, Łodzi czy Krakowa. Nawet w skali Ziem Zachodnich Szczecin mieści się na skraju naszego poznania. Brak mu zakorzenienia w narodowej tradycji, które posiada chociażby Gdańsk, w mniejszym stopniu zaś Wrocław, od 1945 r. pełniący zastępcze obowiązki Lwowa. Nikomu z centrali tu nie po drodze, a i samemu Szczecinowi bliżej z bieżącymi interesami do Berlina niż do Warszawy. W potocznej świadomości miasto nad Odrą leży bardziej „przy Polsce” niż w tym kraju, którego codziennie doświadczamy.
Jednak jeżeli opis zjawiska – a polskość niewątpliwie jest zjawiskiem – potraktować na dwa sposoby: opisując wnętrze albo sylwetkę obrzeży, to Szczecin jako przykład, samym swoim położeniem, idealnie nadaje się do metody numer dwa.
Wśród ludzi nauki utarło się przekonanie, że wydawnictwa albumowe są „niepoważne”. I rzeczywiście, w większości przypadków opis tekstowy jest tylko dodatkiem do barwnych ilustracji. Ale przecież nie musi tak być – i książka, a właściwie księga Semki, jest tego dowodem. Do zdjęć, których w obu tomach są tysiące, autor dopasował kompetentne i wyczerpujące opisy. A i same zdjęcia nie są tylko zbiorem obrazków. Autor przez kilka lat dokładał starań, by wydobyć z zapomnienia te najrzadsze, nigdzie indziej niepublikowane i spoczywające na dnie od dawna nieotwieranych szuflad. I to mu się udało, powstała praca, jakiej dotąd nie widziano. Choć żal fotografii, do których dotarł, a których właściciele nie wydali zgody na publikację.
Osobliwa społeczność
Historyczne centrum Szczecina leży na lewym brzegu Odry, przynajmniej tyle pamiętamy z lekcji geografii. Pamiętnego lata 1945 roku, kiedy to cała reszta pojałtańskiej Polski zbierała siły do powojennej odbudowy, tutaj jeszcze ważyły się losy państwowej przynależności miasta. Masowo wracali tu Niemcy, przekonani, że Szczecin, wtedy w całości leżący na lewym brzegu rzeki, pozostanie przy Niemczech. Późnym latem było ich już w mieście sto tysięcy, zaś garstka nowo przybyłych Polaków gnieździła się głównie w prawobrzeżnym Dąbiu. Dopiero 5 lipca Związek Sowiecki oficjalnie przekazał Szczecin Polsce.
Tak zaczęło się tworzyć miejskie zbiorowisko, bo trudno było mówić o właściwym mieście, leżącym jeszcze w ruinach. W miejsce wyjeżdżających Niemców przybywali polscy osadnicy, wszelako należący do specyficznych kategorii socjalnych. Do Szczecina przybywali przede wszystkim pionierzy – i to w każdym znaczeniu tego słowa. Osiedlali się tu ludzie serio wierzący w możliwość budowy nowej Polski, posklejanej z kawałków, na jakie rozwalili ją okupanci. Czyli patrioci. Ale „pionierami” byli też ludzie władzy, przysyłani na tę najdalszą placówkę przez komunistyczną centralę.
Drugą kategorię stanowili wygnańcy, które to słowo również potraktujmy par excellence. Wygnańcy w sensie ścisłym, czyli ludzie zwani repatriantami z Kresów Wschodnich – choć w ich wypadku właściwym terminem byłaby „ekspatriacja”. Repatrianci szczególni, bowiem ci „lepsi” zdążyli już zająć ziemie na poniemieckim Śląsku, żyźniejszym i bliższym terytorialnie ojczystym zakątkom, z których ich wypędzono. Do Szczecina trafiali najwytrwalsi i najbiedniejsi. Ale za wygnańców uznać możemy też wszystkich, którzy nie widzieli perspektyw materialnej egzystencji w „starej Polsce”. Za cenę zerwania z przeszłością zdecydowani byli zacząć życie od nowa – właśnie w Szczecinie.
Byli też zbiegowie, ludzie antykomunistycznego podziemia, spaleni na starej ziemi, którzy w nowym, nieznanym nikomu miejscu, próbowali zatrzeć po sobie ślady.
Wszystkie te trzy kategorie ludzi, częstokroć zupełnie do siebie nieprzystających, tworzyć zaczęły osobliwą i niepowtarzalną szczecińską społeczność. Co ją sklejało? Chyba tylko – paradoksalnie – niepewność jutra na najdalszych kresach nowego państwa.
Zaremba i Borkowicz
Opisane przez Semkę pięciolecie naznaczone było prezydenturą Piotra Zaremby. To znowu przypadek nietypowy, gdyż ten „człowiek władzy” był nie tylko jednocześnie pionierem, ale też, wbrew komunistom, stał po stronie „wygnańców” i „zbiegów”.
Jak to było możliwe? Otóż Zaremba, przed wojną i w czasie okupacji reprezentant środowisk narodowych Poznania, dla których słowa o „powrocie” do Polski Szczecina nie były frazesem, lecz realnością historii (narodowcom ukradli potem to hasło komuniści), był tym, który zdążył na czas. Dokładnie 27 kwietnia 1945 r., w sam dzień zdobycia miasta przez Armię Czerwoną, zdecydował się tam pojechać, by realizować to, o czym marzyły pokolenia jemu podobnych – budować polskość u ujścia Odry. „Komuna” mu na to pozwoliła, bo wtedy na „Ziemie Odzyskane” brali kogo popadło. Kto pierwszy, ten lepszy, a pierwszym był właśnie Zaremba.
Pełniąc urząd prezydenta Szczecina w trudnych latach postępującej totalizacji, Zaremba zapamiętany został jako prawdziwy ojciec miasta. Trudno go było „zdjąć” od razu, tak bardzo był popularny – i jednak jakoś potrzebny, nawet czerwonej władzy. Usunięto go dopiero w 1950 r., kiedy to w Polsce obowiązywać zaczął stalinowski ustrój zarządzania miastami. Jednak Zaremba, jako profesor szczecińskiej politechniki, do końca życia pozostał związany z tym miejscem.
Drugą czołową szczecińską postacią owej epoki był wojewoda Leonard Borkowicz (zbieżność z nazwiskiem autora tekstu przypadkowa). Człowiek z zupełnie innego „rozdzielnika” niż Zaremba: galicyjski Żyd, komunista, ale też postać nieszablonowa. Chociażby z wyglądu – z podkręconym wąsem Borkowicz, bardziej niż aparatczyka, przypominał sarmackiego szlachciurę. W takim też stylu zarządzał województwem, które było jakby jego prywatnym folwarkiem. Szczecin, prawem paradoksu, nie wychodził na tym najgorzej, gdyż Borkowicz autentycznie kochał „swój teren”, tak jak wielki książę Konstanty kochał podległe sobie Królestwo Polskie. Również, co ważne, potrafił współpracować z Zarembą w konkretnych, pragmatycznych interesach mieszkańców.
Jako taki nie mógł się jednak utrzymać w czasie, który tępił wszelką indywidualność: w 1949 r. pozbawiono go stanowiska wojewody. Gdy po latach, jesienią 1989 roku popełnił samobójstwo, przy zmarłym znaleziono karteczkę: nie wiążcie mojej śmierci z upadkiem PRL-u, bo akurat z tego bardzo się cieszę.
Podobnych portretów są w książce Semki całe setki. Jest ich, można powiedzieć, nawet trochę za dużo, gdyż w albumie zabrakło zdjęć szczecińskiej ulicy, która wtedy, w momencie początków odbudowy, musiała wyglądać fascynująco. Ale nie wińmy z tego powodu autora, zdaje się, że taki był właśnie duch czasów, ludzie woleli fotografować siebie samych niż krajobraz, do którego nie byli przywiązani – gdyż dopiero mieli go stworzyć.
---
Najdalsza Polska. Szczecin 1945–1950
Piotr Semka
Ośrodek Pamięć i Przyszłość,
Wrocław 2024
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








