Nagły wypad sił zbrojnych Ukrainy w głąb terytorium Rosji oraz zajęcie i utrzymanie zdobytych pozycji na południe i zachód od Kurska stanowi dla reżimu Władimira Putina największe wyzwanie od czasu puczu „Grupy Wagnera”. Jednak pucz, jaki miał miejsce rok temu, został stłumiony równie szybko, jak się zakończył. Tymczasem ukraińska ofensywa, choć osłabiona, trwa nadal, zaś zdobyte tereny – przynajmniej do momentu pisania tego tekstu – są nadal w posiadaniu strony ukraińskiej. Każdy dzień utrzymywania takiego stanu rzeczy będzie wpływać na pogłębianie rysów na wizerunku dość spójnej, jak dotąd, machiny propagandowej Putina. A co za tym idzie, będzie zwiększać ryzyko niekontrolowanego i postępującego lawinowo kryzysu wewnętrznego Rosji.
Słabe miejsce drapieżnika
To była prawdziwa niespodzianka. We wtorek 6 sierpnia oddziały ukraińskiej piechoty, wsparte szpicą pancerną oraz solidnym atakiem z powietrza (głównie przy pomocy dronów), przypuściły szturm w kierunku Kurska, dużego rosyjskiego miasta położonego zaledwie 100 km od granicy z Ukrainą. Ten odcinek granicy był, jak dotąd, względnie spokojny, gdyż – pominąwszy pierwsze miesiące wojny – zarówno uderzenia Rosji, jak i ukraińskie kontruderzenia miały miejsce na południe (front charkowski i doniecki) i na północ od niego (Biełgorod). Tutaj też znalazło się słabe miejsce rosyjskiego napastnika, Moskwa skupiła bowiem siły na innych odcinkach, pod Kurskiem pozostawiając jedynie, dla ochrony, nieliczne oddziały niewyszkolonych poborowych.
Tę okazję ukraiński sztab potrafił znakomicie wykorzystać. Ukraińcy szybkim wypadem zajęli połowę miasteczka Sudża, położonego 10 km od granicy. Jest to punkt o tyle ważny, że miejscowa przepompownia obsługiwała dotąd połowę dostaw rosyjskiego gazu na teren Europy. Nie wiadomo dokładnie, w czyich rękach znajduje się ten obiekt, leżąc jednak dosłownie na linii walk nie może on dalej funkcjonować. Jaki to będzie miało wpływ na działanie rosyjskiej gospodarki, trudno w tej chwili powiedzieć, ale z pewnością jest to dla niej poważny cios.
Co więcej, wojska Ukrainy posunęły się dalej. W chwili obecnej (tekst pisany 13 sierpnia) kontrolują zwarty obszar o powierzchni około 250 km kw., lecz ich wypady na północ, w kierunku samego Kurska, powodują, że Rosjanie faktycznie utracili terytorium czterokrotnie większe. To dla Kremla istotny uszczerbek militarny, a jeszcze większy propagandowy. Dodajmy, że w bezpośredniej bliskości od linii walk znajduje się szosa wiodąca na zachód, która stanowi ważny punkt komunikacji i transportu dla atakującej Ukraińców armii. Jej zajęcie spowodowałoby dalsze znaczące pogorszenie sytuacji strony rosyjskiej. Co więcej, tuż obok znajduje się kurska elektrownia jądrowa.
Wiadomo, że pierwszy impet ukraińskiej ofensywy udało się Rosjanom powstrzymać, co zresztą nie jest dla nich szczególnym powodem do dumy, gdyż Kijów prawdopodobnie i tak już dostał, czego chciał, i nie będzie szturmował dalej w tym kierunku. Zamiast przeć naprzód, Ukraińcy rozszerzają front na boki, na co wskazuje fakt, że po tygodniu walk oficjalny rosyjski komunikat mówi o bojach toczonych w 14 dość odległych od siebie miejscowościach. W każdym razie bezpośrednie skutki wojny odczuwają już trzy rosyjskie przygraniczne obwody (odpowiedniki województw): kurski, briański oraz biełgorodzki. W każdym z nich wprowadzono już stan wojenny, pod propagandowym kryptonimem „reżimu operacji antyterrorystycznej”.
„Umieramy z powodu kłamstwa”
Drugą z rosyjskich klęsk, chyba jeszcze większą od militarnej, jest klęska wizerunku. Przez cały dzień ukraińskiego ataku milczały o nim oficjalne media, które pierwsze wiadomości podały dopiero wieczorem 6 sierpnia. W tej sytuacji pierwszymi informatorami ogółu byli zwykli ludzie, którzy obudzeni wystrzałami musieli uciekać spod granicy. Pierwszymi, którzy dotarli do potrzebujących, nie byli też przedstawiciele służb państwa, lecz wolontariusze. To w historii Rosji i ZSRR zdarza się po raz kolejny, ludzie pamiętają chociażby podobną sytuację po wybuchu w Czarnobylu w 1986 r. Wszystko to wpływa na rosnące poczucie fatalizmu i rozgoryczenia, bynajmniej nie budując nastrojów „obrony ojczyzny”.
Rozgoryczeni i opuszczeni czują się przede wszystkim uchodźcy, którzy stanowią – jeśli wierzyć oświadczeniu Aleksieja Smirnowa, gubernatora obwodu kurskiego – dwie trzecie spośród mieszkańców zajętych terenów. To dokładnie 120 na 180 tysięcy osób, czyli populacja spora, nawet jak na rozmiary rosyjskiego państwa. Jednak nawet te liczby nie oddają istoty problemu, gdyż olbrzymia większość tych ludzi dotarła do Kurska i dalej sama, bez państwowej pomocy. Państwo zostało tu totalnie zaskoczone, a ludzie pozostawieni samym sobie. Dramatycznie brzmią relacje mieszkańców przygranicznej wioski Gujewo, którzy rankiem 6 sierpnia zmuszeni byli uciekać z domów na łodziach, przez zabagnione komysze rzeki Psioł.
Dziś uchodźcy wołają o jakąkolwiek pomoc, gdyż są „pozostawieni z dziećmi, bez schronienia i pieniędzy” – jak głosi apel wygnańców, skierowany do prezydenta Putina. „Cywile umierają z powodu kłamstwa” – powiedział dziennikarzowi jeden z nich, mając na myśli państwową propagandę sukcesu, która, jak się okazało, nie ma pokrycia w realnej potrzebie.
Rząd ogłosił ewakuację dopiero 8 sierpnia, dzień później mowa była o trzech tysiącach uchodźców, którzy otrzymują wsparcie na terenie Kurska. To naprawdę niewiele w porównaniu z masą ludzką, jaka musi radzić sobie sama, szukając schronienia u krewnych i znajomych.
Dobrze chociaż, że ukraińska akcja nie pociąga za sobą licznych ofiar śmiertelnych. Według komunikatów rosyjskich zginęło dotąd 12 cywilów.
Kurska Republika Ludowa
Nazwa ta zrobiła karierę w ukraińskich mediach. Ludzie nawiązują tu bowiem – niektórzy ironicznie, niektórzy całkiem poważnie – do „Donieckiej” i „Ługańskiej” RL, dwóch marionetkowych tworów, powołanych w 2014 r. na terytorium Ukrainy po agresji Rosji. Kreml powtórzył wtedy, z sukcesem, stary bolszewicki chwyt propagandowy, kiedy to sowiecka i postsowiecka Rosja, pod pozorem realizacji „leninowskiego prawa do samostanowienia”, odrywała od sąsiadów różne skrawki terytoriów i włączała je faktycznie w obieg polityki rosyjskiego państwa. Tak działo się po 1991 r. chociażby w Mołdawii i Gruzji.
Teraz Ukraińcy odpowiedzieli Putinowi pięknym za nadobne. Zwykli ludzie w lot zrozumieli intencje swojego sztabu, który w obliczu przyszłych, nieuniknionych chyba negocjacji pokojowych myśli już o wymianie z Rosją zajętych militarnie terytoriów. Bo przecież po dobroci, co każdy przyzna, Putin zdobytych części obwodu ługańskiego i donieckiego nie odda. Nie mówiąc już o Krymie.
Skądinąd Ukraińcy mieliby moralne prawo taką republikę serio powołać. Szerokie obszary obwodu kurskiego i biełgorodzkiego zamieszkuje bowiem ludność etnicznie ukraińska, choć silnie zrusyfikowana. Jak by nie było, przypomina się tu werset z Ewangelii Mateusza: „Jaką miarą mierzyć będziecie, taką i wam odmierzą”.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!








