Logo Przewdonik Katolicki

Pekin nie potrzebuje papieża

Jacek Borkowicz
Młodzi chińscy katolicy podczas letniego obozu w kościele katolickim Xishiku, 14 sierpnia 2014 r. w Pekinie Fot. Kevin Frayer/Getty Images

Jeśli ktokolwiek miał jeszcze złudzenia co do sensu porozumienia, jakie jesienią 2018 r. Stolica Apostolska zawarła z rządem Chińskiej Republiki Ludowej, ostatnio ujawnione rewelacje powinny rozwiać je całkowicie.

Jak wynika z wewnętrznej chińskiej instrukcji, już 1 maja wejdzie w życie nowy model relacji pomiędzy Kościołem a chińskim państwem, w którym wybór biskupów nie będzie już zależeć, nawet formalnie, od papieża.

Papież nawet nie wspomniany
Treść „Administracyjnych wytycznych dla religijnych funkcjonariuszy” z listopada ubiegłego roku przetłumaczyło na angielski internetowe czasopismo „Bitter Winter”, zajmujące się monitorowaniem kwestii wolności religii w krajach, gdzie wolność ta jest naruszana. Ponieważ Chiny – zarówno jeśli chodzi o liczbową skalę prześladowań, jak również ich drastyczność – należą w tej mierze do światowej czołówki, dużą część wszystkich wydań czasopisma stanowią wieści z Państwa Środka. Tłumaczenie opublikował 11 lutego włoski socjolog i religioznawca Massimo Introvigne.
Według nowej formuły kandydatów na biskupów typować mają funkcjonariusze Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich, organizacji całkowicie kontrolowanej przez rządzącą partię komunistyczną. Formalnego wyboru tudzież święceń biskupich mają im udzielać hierarchowie zrzeszeni w Konferencji Episkopatu Chin, również znajdującej się pod całkowitą kontrolą rządu w Pekinie. W dokumencie nie wspomina się nawet o możliwości przesłania nazwisk kandydatów do Watykanu, dla ich zatwierdzenia lub zawetowania, które to prawo, jak dotąd, przysługiwało głowie Kościoła katolickiego. W ten sposób papież został całkowicie wyeliminowany z porządku elekcji i konsekracji, zaś oficjalny Kościół katolicki w Chinach staje się znowu wspólnotą schizmatycką.
Według dostępnych danych Kościół ten, założony w 1957 r. i występujący pod szyldem Patriotycznego Stowarzyszenia Katolików Chińskich (nazwijmy go Kościołem PSKCh), zrzesza 6 milionów wyznawców. O skali jego zależności niech zaświadczy chociażby fakt, że posłuszny PSKCh biskup nie może głośno potępić aborcji ani antykoncepcji – gdyż obie praktyki są aprobowane i szeroko stosowane przed rząd ChRL. Tymczasem większa liczba katolików, szacowana nawet na kilkanaście milionów, zasila szeregi Kościoła podziemnego, który zachowuje łączność ze Stolicą Apostolską. Ta z kolei aż do niedawna nie uznawała Kościoła PSKCh. Jednak 18 września 2018 r. Watykan zawarł z Pekinem porozumienie, mocą którego uznał struktury Kościoła PSKCh za katolickie. W zamian za to Chiny przyznały papieżowi prawo do wetowania kandydatur na biskupów. W następstwie tych uzgodnień Stolica Apostolska zdjęła ekskomuniki z kilku biskupów PSKCh wybranych bez zgody Rzymu. Papież zaakceptował także kandydatury trzech biskupów, podsunięte mu przez zarząd PSKCh.

„Za dużo krzyży”
Układ ten podmywał jednak grunt pod nogami rzeczywistym katolikom, spośród których olbrzymia większość, włącznie z częścią biskupów, nie uznaje wszechwładnej supremacji Komunistycznej Partii Chin nad Kościołem. Ludzie ci ostrzegali Rzym, że faktycznymi beneficjentami porozumienia nie będą posłuszni rządowi chińscy biskupi, ale sam rząd, który rozgrywał i nadal będzie rozgrywać wszystkie liczące się atuty w chińskiej grze pomiędzy państwem a Kościołem. W oczach pekińskich notabli wierny Rzymowi Kościół stracił tym samym rację bytu. Tym łatwiej więc jest z nim walczyć.
Jak w praktyce wyglądały owoce porozumienia, okazało się niebawem, gdy buldożery zniszczyły dwa maryjne sanktuaria: Naszej Pani od Siedmiu Boleści w Dongergou oraz naszej Pani ze Wzgórza w Anlong. Oba były ośrodkami pielgrzymek wiernych Rzymowi katolików, ale oficjalne wytłumaczenie zniszczenia tych świątyń głosiło, że znajdowało się tam „za dużo krzyży” oraz „zbyt wiele świętych obrazów”. A to jest niezgodne z praktyką „sinizacji”, zadeklarowaną w ostatnich latach przez rząd Xi Jinpinga.

„Nie” dla obcych elementów
Czym jest wspomniana „sinizacja”? W Chinach oficjalnie uznane wspólnoty religijne zarejestrowane są w bloku pięciu ugrupowań: taoiści, protestanci, katolicy, buddyści oraz muzułmanie. Wszelkie inne grupy wyznaniowe są traktowane jako „złowrogie kulty”, do których przynależność, w myśl artykułu 300 chińskiego kodeksu karnego, zagrożona jest karą ciężkiego więzienia albo obozu.
Z wyjątkiem taoizmu wszystkie pozostałe religie rozprzestrzeniły się w Chinach poprzez misje z zewnątrz. Dlatego też kolejne rządy – i to na długo przed komunistami, którzy jedynie wzmocnili te tendencje – starały się „oczyścić” religijne oblicze owych wspólnot ze wszystkich „obcych” elementów, nadając im rdzennie chiński charakter. Ma się rozumieć, że aktualne wydanie polityki „sinizacji” w kraju, w którym o wszystkim decyduje Komunistyczna Partia Chin, wymaga także uznania od członków wspólnot religijnych pryncypiów panującego ustroju.

Aparatczycy zamiast kapłanów 
Ten proces doprowadza właśnie do finału wspomniana instrukcja. Od 1 maja wszyscy duchowni mają figurować w centralnej bazie danych, która wydawać im będzie koncesje na duszpasterską działalność. Koncesje te wydawane im będą pod warunkiem zadeklarowania przez nich „miłości do ojczyzny, wspierania władz Komunistycznej Partii Chin oraz popierania systemu socjalistycznego”. W ten sposób, jak pisze Introvigne, duchowieństwo wszystkich religii, w tym księża katoliccy, „przemienione zostanie w aparatczyków”, znanych nam z niechlubnej PRL-owskiej przeszłości. Świątynie zaś, w tym katolickie kościoły, staną się po prostu miejscami przypominającymi bardziej plac bolszewickiego mityngu niż obiekt prawdziwego kultu.
Że w tym określeniu nie ma przesady, dowodzą dostępne w internecie filmy z tegorocznych obchodów Bożego Narodzenia, jakie przeprowadzono w świątyniach podległych rządowi wspólnot protestanckich. Zamiast modlitwy powszechnej chór, wywijając czerwonymi sztandarami, śpiewa zdumionemu zgromadzeniu hymn państwowy oraz rewolucyjne pieśni. Tak w myśl rządowych instrukcji wyglądać powinna rdzennie chińska wersja chrześcijańskiego święta.
Taka też przyszłość czeka prawdopodobnie tamtejszych katolików. Co więcej, instrukcja zatwierdza istniejący już i znajdujący się w finalnej fazie rozruchu system totalnej inwigilacji. Kamery, zainstalowane przy wejściu do każdej świątyni, a także w jej wnętrzu, będą odtąd rejestrować każdy ruch poszczególnego wiernego, a także sprawdzać jego tożsamość. System „koncesji” nie dotyczy zatem jedynie duchowieństwa, lecz będzie rozciągnięty na wszystkich wierzących.
Jeśli chodzi o protestantów, na szczęście państwowa kontrola nie obejmuje ich podziemnych „kościołów domowych”, tępionych w tej chwili bardziej nawet niż niezależni katolicy. Ostra akcja antyprotestancka możliwa jest jednakże właśnie dlatego, że wspólnoty te pozbawione są protekcji jednej, scentralizowanej władzy kościelnej, która pochodzi z zewnątrz kraju. Taką władzą, chociażby symboliczną, był do tej pory autorytet papieża. Od 1 maja chińskim katolikom zabraknie nawet tej osłony.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki