Logo Przewdonik Katolicki

Dlaczego Jezus wystąpił tak późno?

Monika Białkowska i ks. Henryk Seweryniak
fot. Sergey Skleznev/Adobe Stock

Kiedy się czyta Ewangelię, można zobaczyć, że Jezus dokonuje kolejnych korekt, kiedy rozmawia z uczniami o swoim mesjanizmie. Jakby to musiało w Nim dojrzewać, jakby sam musiał to przemyśleć i potem przekazać

Monika Białkowska: Bardzo nie lubię łączenia tematu chrztu Jezusa z naszym chrztem – to przecież zupełnie inny obrzęd i jeśli jakiś nasz sakrament przy chrzcie Jezusa powinniśmy wspominać i omawiać, to raczej pokutę i pojednanie, a nie nasz chrzest. Ale gdzieś przy okazji rozmów na ten temat i dyżurnych już pytań o to, dlaczego w Kościele chrzcimy dzieci, a nie dorosłych, ktoś zapytał, dlaczego właściwie Jezus ze swoim chrztem i rozpoczęciem publicznej działalności czekał tak długo, aż do trzydziestego roku życia?

Ks. Henryk Seweryniak: Całkiem niegłupie to pytanie. Pierwsza odpowiedź, jaka się tu nasuwa, to jednak zauważenie, że nie wiemy dokładnie, ile Jezus miał wtedy lat, czy na pewno dokładnie trzydzieści. Ta liczba nie jest żadnym symbolem. W Księdze Liczb w czwartym rozdziale jest napisane, że Bóg mówi do Mojżesza i Aarona: „Wyłącz spośród synów Lewiego Kehatytów, pełną ich liczbę według szczepów i rodów od lat trzydziestu do pięćdziesięciu, czyli wszystkich, którzy są zdolni pełnić służbę, aby wykonywali prace w Namiocie Spotkania”. I to jest jedyne odniesienie do tego wieku. Ale nie wydaje mi się, żeby o to chodziło Jezusowi. 

MB: Poza tym, jeśli znamy chronologię życia Jezusa, te „trzydzieści lat” jest tu bardzo umowne.

HS: Łukasz zanim poda nam rodowód Jezusa, napisze, że „rozpoczynając swoją działalność, miał lat około trzydziestu”. Policzmy jednak. Wydaje się, że pewna jest data jego śmierci w roku 30. Kiedy próbujemy ustalić, kiedy się urodził, wychodzi nam, że mogło to być między rokiem 6 a 4 a.C. Ile mógł mieć zatem lat, rozpoczynając publiczną działalność? Pewnie Łukasz się nie mylił, pisząc o „około trzydziestu” – mógł mieć trzydzieści jeden, trzydzieści trzy lata. 

MB: Nadal nie znamy odpowiedzi na pytanie: dlaczego tak późno? Dlaczego przez ponad trzydzieści lat żył w ukryciu? Nie spieszyło mu się, żeby przynieść ludziom orędzie  o Bogu Ojcu, żeby rozpocząć dzieło zbawienia?

HS: To rzeczywiście jest późno, zwłaszcza kiedy rozumiemy, jak liczyli czas i jak żyli ludzie dawnego Izraela. Myślę, że Jezusowi chodziło o dojrzałość.

MB: Dojrzałość? Dzisiejszy trzydziestolatek uznawany jest za człowieka dojrzałego – a co dopiero w świecie, w którym dojrzewało się dużo szybciej!

HS: Święty Łukasz zauważa, że Jezus w Nazarecie wzrastał w latach i w mądrości u Boga i ludzi. Jeśli tak, to Jego ludzka świadomość własnej tajemnicy rozwijała się stopniowo, aż wyraziła się w pełni w Jego uwielbionym człowieczeństwie. Choć nie ulega wątpliwości, że w swoim doczesnym życiu miał świadomość swej tożsamości Syna Bożego. Jezus musiał więc dojrzewać w swojej ludzkiej wiedzy, poza jednym – relacją do Boga, w której był zanurzony od samego początku. Dojrzewał jednak w ujęciu tej tajemnicy, w jej sformułowaniu, przekazie. Pomyśl: taka kwestia mesjanizmu. Ileż tu musiał tak po ludzku rozważyć! Jest posłany. Jest namaszczony. Jest Mesjaszem. W jakim sensie? 

MB: To musiało być trudne: z jednej strony mieć świadomość bycia Mesjaszem, a z drugiej rozumieć, że jest się Mesjaszem zupełnie innym niż wyczekiwany i wypatrywany przez Izraela. Jezus był świadomy, że jeśli rozpocznie działalność, będzie szedł na przekór wszystkiemu, w czym wychowani są ludzie, do których pójdzie…

HS: Kiedy się czyta Ewangelię uważnie, można zobaczyć, że dokonuje On wciąż kolejnych korekt, kiedy rozmawia z uczniami o swoim mesjanizmie. Jakby to musiało w Nim dojrzewać, jakby sam musiał to przemyśleć i potem przekazać. 

MB: A to wymaga czasu…

HS: Właśnie. Mnie fascynuje też, jak Jezus uczy się bycia „Synem Człowieczym”. Kiedy mówi, że Syn Człowieczy nie ma głowy, gdzie skłonić – jest jak każdy człowiek. Gdy kilka razy wbija uczniom do głów, że Syn Człowieczy będzie musiał cierpieć, że będzie wydany i ukrzyżowany; że przyszedł, żeby służyć, to widzi się jako cierpiącego Sługę z proroctw Izajasza. Jakby sam dorastał do ujęcia tej tajemnicy, jakby po ludzku dojrzewał do tej świadomości. Kim jestem? Za kogo się uważam? Jak to opowiedzieć? Musiał w sobie znaleźć tę odpowiedź i wyrazić ją wobec innych. Musiał znać i psalmy, i Izajasza. Musiał to wszystko sobie uporządkować. Nie dorośliśmy jeszcze do tego, żeby to ludziom rzetelnie wytłumaczyć. A to w Jezusie jest bardzo ludzkie, ciekawe, ważne. 

MB: A nie ma Ksiądz wrażenia, że czasem wręcz widać, jak zmienia zdanie? Jakby coś odkrywał i przyjmował? Kiedy kananejska kobieta prosiła Go, żeby uzdrowił jej córkę, odpowiada, że jest posłany do tych, którzy poginęli z Izraela. I że niedobrze jest zabrać chleb dzieciom i dać go psom. Wtedy ona Mu odpowiedziała, że nawet psy jedzą okruchy, które spadają ze stołu panów – i przekonała Jezusa! 

HS: Odpowiedział jej, że wielka jest jej wiara, pozwolił się jej pouczyć, odebrać od niej naukę. Tak, to jest bardzo ważny moment – zrozumienia czy też wyrażenia wprost tego, że Jego misja sięga dalej, że obejmuje nie tylko Izraela, ale też Kananejkę – i dalej, Syryjkę, Niemkę, Polkę… 

MB: Z tytułem „Syn” jest podobnie. Jest oryginalny u Jezusa, a nie przyszedł znikąd…

HS: To Benedykt XVI mocno zwraca uwagę na to, że Jezus nie mówi o sobie „syn Boży”, tylko „Syn”. „Synami Bożymi” byli nazywani różni ludzie, czasem aniołowie, często jacyś bohaterowie. A tu nagle jak grom z jasnego nieba w Ewangeliach pada: Syn. Jest Syn i jest  Ojciec. To też wymagało dojrzewania, przemyślenia, czasu... 

MB: Aż dziwne, że się nad tym nie zastanawiamy: że ta Jego oryginalność wiązała się z ludzkimi dylematami, poszukiwaniami, że wymagała długiej pracy i wysiłku… Był Bogiem, ale też człowiekiem. I jako człowiek musiał swoją boską tożsamość coraz lepiej rozumieć… Może rzeczywiście w tym jest odpowiedź na pytanie, dlaczego to trwało tak długo?

HS: Tu może być ważna jeszcze jedna kwestia. Myślę, że On chciał przeżyć świat, żywot zwykłego człowieka. Przez wiele lat uczył się swojego osobistego rabinatu. Uczniowie traktowali Go jako rabbiego, nauczyciela, a On jak każdy rabin wypełniał swój zawód. Jeden rabin był nauczycielem w szkółce, drugi robił namioty, a Jezus był cieślą. Był zanurzony w życiu ludzi i chciał pośród nich pozostawać, zgłębić je, no, właśnie przeżyć: świat macierzyństwa, ojcostwa, rodziny, domu, pracy, sąsiedztwa.

MB: Te nasze poszukiwania chyba mają sens. Ale znalazłam gdzieś informację u ks. prof. Antoniego Paciorka, że sprawa jest dużo prostsza: że mężczyźni w Izraelu mogli nauczać dopiero wtedy, gdy skończyli trzydzieści lat.

HS: Tak, też gdzieś o tym czytałem, ale z tym chyba różnie bywało i nie wiemy do końca, jak to było w I wieku. Wydaje mi się, że to nie jest tu najważniejsze. Ważne jest chyba to, do czego właśnie doszliśmy: Jezus dojrzewał i sam coraz lepiej rozumiał, do czego jest posłany – a to trwa. Trwa też zdobywanie doświadczenia, zakorzenianie się w konkretnej historii, w prostym życiu zwykłych ludzi.  

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki