Logo Przewdonik Katolicki

Spirala przemocy

Jacek Borkowicz
17 października 1961 r. człowiek podobny do Algierczyka ryzykował życiem, jeśli tylko natrafił na ulicy na policyjny patrol fot. Philippe Le Tellier/Paris Match via Getty Images

Tysiące ludzi zatrzymywanych za sam wygląd przez policję, setki z nich torturowane i mordowane, dziesiątki wrzucane żywcem lub po śmierci z mostu w środku milionowego miasta. Takie rzeczy działy się równo 60 lat temu w… Paryżu.

Grudniowa masakra na ulicach Gdańska w 1970 r. dokonana była rękami narzuconych narodowi, komunistycznych oprawców. Pogrom Greków w Stambule w 1955 r. to niechlubne dzieło tureckiego autorytarnego reżimu. Jednak krwawa rozprawa z Algierczykami, jaka miała miejsce w 1961 r. w stolicy Francji, obciąża moralne konto legalnie ustanowionych sił porządku publicznego w państwie aspirującym do miana ojczyzny światowej demokracji. Jak to się mogło stać? Otóż zadziałał tu mechanizm stopniowego nakręcania spirali lęku, tłumionego gniewu oraz odwetu.

Paryskie echa algierskiej wojny
Od 1954 r. trwała wojna domowa w Algierii – największej i jednej z najstarszych kolonii Francji. Wojna, jak zwykle bywa z tego rodzaju konfliktami, bezwzględna. A także odbijająca się szerokim echem w samej Francji.
W Paryżu mieszkało wtedy 150 tys. Algierczyków z francuskimi paszportami. Jako że ich ojczyzna znajdowała się w politycznej i kulturowej orbicie metropolii już od połowy XIX w., przeważnie byli to ludzie w dużym stopniu z Francją zasymilowani. Żyjąc tu nierzadko od kilku pokoleń, bywało że sprawniej posługiwali się językiem francuskim niż arabskim. Ich rodzice albo dziadkowie przyjeżdżali tu jako muzułmanie, ale oni sami związek z wiarą przodków mieli raczej luźny. Przeciwnie, posłuch wśród nich zdobywały francuskie nurty lewicowe, socjaliści, a przede wszystkim Komunistyczna Partia Francji, niestroniąca od radykalnych haseł, byle tylko przyciągnąć w swoje szeregi jak najwięcej wyznawców.
Od czasu wybuchu wojny algierskiej popularny był tam też Front Wyzwolenia Narodowego (FLN), walczący za morzem z Francuzami jako o wyzwolenie kraju spod kolonialnego ucisku. Rzecz jasna, w samej Francji FLN również był organizacją nielegalną, korzystał jednak z szerokiej otoczki społecznej akceptacji, gdyż zarówno socjaliści, jak i komuniści popierali postulaty algierskich niepodległościowców. Tyle że ci pierwsi robili to dyskretnie, drudzy zaś z ostentacją. Dla francuskiej lewicy wojna w Algierii była okazją do podważania starego, opartego na „burżuazyjnych i patriarchalnych stosunkach” systemu władzy.

Dziesięciu za jednego!
W tych warunkach zakonspirowane komórki FLN w stolicy przystąpiły do ataku, podłączając się do masowych demonstracji, organizowanych przez partie lewicowe. Gdy w 1958 r. z rąk algierskich radykałów zginęło trzech paryskich policjantów, nowo powołany rząd generała de Gaulle’a postawił na bezpardonową reakcję. Siły policyjne Paryża walnie wzmocniono poprzez powołanie policji pomocniczej FPA. Co ciekawe, składała się ona z samych Algierczyków. Byli to ludzie werbowani spośród najbiedniejszych i niewykształconych warstw algierskiego Paryża. W ich rodzinach hołdowano tradycji oraz ortodoksyjnemu islamowi, dlatego krzywo patrzono na tych rodaków, którzy „przekabacili się” na Francuzów, a w dodatku sympatyzują z bezbożnym marksizmem. W ten sposób bolesne podziały algierskiej wojny domowej przeniesione zostały na ulice francuskiej stolicy.
Bojówkom FPA, jak również „normalnej” francuskiej policji udzielono szerokich uprawnień do inwigilacji podejrzanych. „Inwigilacja” to łagodnie powiedziane: w Paryżu zaczął się czas ulicznych łapanek, podobnie jak w okupowanej przez Niemców Warszawie. Zatrzymywano osoby o orientalnym wyglądzie, nie tylko Algierczyków, lecz także Tunezyjczyków i Marokańczyków, a zdarzało się nierzadko, że padło na Włocha lub Hiszpana, który miał to nieszczęście, że posiadał czarne i kręcone włosy.
FPA zarekwirowało na swoje potrzeby szereg restauracji i hotelików w śródmieściu. Oczywiście bez afiszowania, tak by nie zauważył tego przeciętny turysta. Jednak dziś, gdy wynajmujemy pokój w którymś z paryskich hoteli (tych pomniejszych), warto sprawdzić, czy w tym właśnie miejscu, przed 60 laty, nie torturowano więźniów.
Algierskie podziemie odpowiedziało serią bombowych zamachów, ale nowe ofiary przyczyniły się tylko do dalszego nakręcania spirali przemocy. 2 października 1961 r., podczas pogrzebu zabitego w zamachu policjanta, szef paryskiej policji Maurice Papon zapowiedział: „dziesięciu za jednego!”. Wezwanie, ogłoszone publicznie, kojarzy się nam dzisiaj raczej z językiem gestapo niż z argumentacją urzędnika państwowego, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo wielomilionowej europejskiej metropolii. Jednak spirala lęku i odwetu nakręcona już była tak silnie, że właściwie nikogo to nie zdziwiło.

Wystarczyły czarne, kręcone włosy
Na 17 października FLN, po cichu poparte przez francuską lewicę, wezwało do masowych demonstracji przeciwko godzinie policyjnej, ustanowionej w Paryżu dwa tygodnie wcześniej. Przez te dwa tygodnie zatrzymano w stolicy 11 tys. ludzi. Nie byli to terroryści, lecz przeważnie zwyczajni robotnicy, wracający do domu z trzeciej zmiany. Ludzi o europejskim wyglądzie nie zatrzymywano, bo nie oni byli adresatami represji. W ten sposób dziedziniec prefektury paryskiej policji, znajdującej się naprzeciwko katedry Notre Dame, zapełnił się tłumami przerażonych więźniów, selekcjonowanych i bitych tak, jak nie zdarzało się za najgorszych czasów hitlerowskiej okupacji Paryża.
Władze ogłosiły demonstrację za nielegalną, ale był to krok szkodliwy, zważywszy, że jasne było, iż żadna siła nie powstrzyma tak dużej liczby protestujących. 17 października na Wielki Bulwar zdołał dotrzeć co czwarty paryski Algierczyk, rodowitych Francuzów nie licząc. Przyszły dziesiątki tysięcy. Policji udało się zepchnąć część tłumu do budynku Opery, ale gdy przed kinem Rex natknięto się na zwarty opór, padły pierwsze strzały i pierwsze śmiertelne ofiary. To stało się sygnałem do ogólnego pogromu. Od tego momentu człowiek podobny do Algierczyka ryzykował życiem, jeśli tylko natrafił na ulicy na policyjny patrol. Bito go na miejscu, potem zaś zabierano na dziedziniec prefektury, gdzie przechodził przez kolejne „ścieżki zdrowia”. Podobne miejsca kaźni urządzono na kilku paryskich stadionach.
Wielu nie wytrzymało bicia. Ofiary zrzucano do Sekwany z historycznego mostu św. Michała, leżącego na tyłach budynku prefektury. Dziś w tym miejscu znajduje się skromna tablica.

Przemilczany pogrom
Według źródeł policyjnych pobito wtedy na śmierć 32 osoby, ale tak niskiej liczbie ofiar przeczą historycy, którzy doliczają się aż dwustu zakatowanych. Dokładnej liczby zapewne już nie poznamy, gdyż akta stosownych spraw zostały albo zniszczone, albo nadal chroni je pieczęć tajności. Skąd my to znamy?
Odpowiedzialny za to Papon, zanim został szefem paryskiej policji, torturował algierskich powstańców w mieście Konstantyna. Jeszcze wcześniej, jako policyjny prefekt miasta Bordeaux, wydał niemieckim okupantom 1,6 tys. tamtejszych Żydów. Ale te wszystkie sprawy wypłynęły na jaw dopiero w 1998 r., kiedy to wytoczono mu proces o zbrodnie wojenne. Do tamtej pory nadal pełnił ważne funkcje państwowe, był nawet ministrem w dwóch kolejnych rządach po de Gaulle’u. Po czterech latach odsiadki za sprawę Bordeaux wyszedł na wolność, zmarł w 2007 r. w wieku 96 lat. Za masakrę 1961 r. odpowiedzialności nie poniósł.
Jako szef paryskiej policji zdążył jeszcze zasłynąć kolejną krwawą akcją. 8 lutego 1962 r. policja, tłumiąc komunistyczną manifestację, spędziła tłum z bulwaru do podziemnego korytarza stacji metra Charonne. W zbitą ludzką masę policjanci rzucali z góry ciężkimi metalowymi kratownicami, wyrwanymi spod bulwarowych drzewek i studzienek kanalizacyjnych. W ten sposób zabili dziewięć osób.
O tych wydarzeniach woli się dziś we Francji nie pamiętać. Nie dziwi zatem, że nie pamięta się o nich również w Polsce. A przecież warto. Spirala przemocy jest bowiem mechanizmem uniwersalnym, który może zostać puszczony w ruch w każdym czasie i pod każdą szerokością geograficzną.

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki