Logo Przewdonik Katolicki

Seks, kłamstwa i karty do głosowania

Jacek Borkowicz
Tak wyglądała praca wiejskiej komisji wyborczej w głosowaniu podczas drugiej tury wyborów prezydenckich we wsi Hrusova, 25 km na północ od Kiszyniowa fot. DUMITRU DORU/PAP-EPA

Mołdawianie potwierdzili swoją orientację na Zachód. Nowo wybrana prezydent od lat konsekwentnie optuje za przynależnością kraju do UE oraz NATO. Frakcja prorosyjska, zawsze silna w tym kraju, od dawna jeszcze nie była w takim odwrocie.

Maia Sandu ma 48 lat, ubiera się skromnie, ale z szykiem, jak przystało byłej doradczyni Banku Światowego w Waszyngtonie. Jest liderką prozachodniej Partii Działania i Solidarności, która w stuosobowym mołdawskim parlamencie posiada zaledwie kilkanaście poselskich foteli, ale która w koalicji z kilkoma innymi zdobyła większość nad ugrupowaniem najsilniejszym, Partią Socjalistów Wiktora Dodona. Jej przegrany kontrkandydat, dotąd urzędujący prezydent, liczył na głosy sympatyków opcji prorosyjskiej.
Sandu, która zdobyła prawie dwie trzecie głosów, jest nadto singielką i ten z pozoru mało ważny szczegół cztery lata temu okazał się języczkiem u wagi politycznych preferencji Mołdawian. Jak niezamężna pani prezydent będzie reprezentować nasz kraj na międzynarodowej arenie, skoro protokół dyplomatyczny wyraźnie mówi, że głowa państwa pojawia się publicznie z małżonką lub małżonkiem? – pytali wówczas, całkiem serio, jej polityczni oponenci. Niektórzy nawet podawali w wątpliwość jej seksualną orientację, grzmiąc o zdradzie tradycyjnych wartości. Sandu z godnością odpierała te absurdalne zarzuty, ale prezydenckie wybory 2016 r. i tak z Dodonem przegrała. Teraz nastał czas rewanżu.
 
Kim są?
To dziwny kraj i żeby go choć trochę zrozumieć, trzeba sięgnąć do historycznego pojęcia Mołdawii. Kraina ta, zamieszkała przez prawosławnych Rumunów, przez wieki była rubieżą wpływów Rzeczypospolitej oraz osmańskiej Turcji. Gdzie dwóch się bije, tam korzysta trzeci: w 1812 r. wschodnią część Mołdawii zaanektowała Rosja. Rzeka Prut do dzisiaj stanowi wschodnią granicę państwa rumuńskiego, choć po obu jej stronach mieszkają ludzie mówiący tym samym językiem.
Gdy rozpadł się ZSSR, była Mołdawska Republika Sowiecka nie połączyła się jednak z Rumunią. 180 lat państwowego związku z Rosją (z małą przerwą na międzywojenne dwudziestolecie) zrobiło swoje i gdy reszta Rumunów integrowała się z Bukaresztem, ci ze wschodniej Mołdawii patrzyli raczej na Petersburg i Moskwę.
Owo „raczej” jest w tym wypadku istotą sprawy. Obywatele niepodległej Mołdawii nadal nie mogą się dogadać, kim są: Mołdawianami czy Rumunami? Czy bliżej im do zachodniej Europy czy do ukraińskich sąsiadów? Nie brak też, oczywiście, zwolenników integracji z Rosją pod hasłem „prawosławnego euroleninizmu”. Ta mozaika może przyprawić o ból głowy.
Maia Sandu, technokratka i zwolenniczka chłodnych, eksperckich metod zarządzania, nie rozstrzyga kwestii w żadną ze stron. Z jednym wyjątkiem: zdecydowanie bliżej jej do Zachodu.

Zachód za, Naddniestrze nie ma nic przeciw
Wybory wygrała dla Sandu mołdawska emigracja zarobkowa z Niemiec, Wielkiej Brytanii oraz USA. Spośród 260 tys. głosów, jakie tam oddano, ponad 90 proc. padło na rywalkę Dodona. A trzeba wiedzieć, że te 260 tys. to jedna dziesiąta wszystkich mieszkańców Mołdawii! Głosy Mołdawian z Zachodu dały Sandu ponad jedną czwartą poparcia.
Czasowa emigracja na Zachód stała się w Mołdawii modelem egzystencji. Ludzie w tym kraju zmęczeni są bezrobociem oraz systemem przeżartym korupcją, która od momentu proklamowania niepodległości w 1992 r. jest międzynarodowym znakiem rozpoznawczym tego kraju. Wszystkie te braki poszły na konto Dodona, podobnie jak jego indolencja w walce z koronawirusem. W tej sytuacji poparło Maję Sandu nawet wielu rosyjskojęzycznych obywateli, dotąd przedkładających tożsamościowe emocje nad realia życia codziennego.
Za Dodonem nie opowiedziało się nawet Naddniestrze, do tej pory żelazny elektorat polityków prorosyjskiej orientacji. Tę wschodnią część byłej Mołdawskiej SSR zamieszkują w większości Rosjanie i mówiący po rosyjsku Ukraińcy. Gdy Mołdawia ogłosiła niepodległość, powołali oni własną republikę, niesłuchającą głosu Kiszyniowa. Od tego czasu separatystyczne, nieuznawane przez świat państewko jest skutecznym narzędziem Kremla w destabilizacji europejskiego porządku. Duża część Naddniestrzan, mimo niechęci do Mołdawii, przyjęła mołdawskie paszporty, bo tylko one umożliwiają im wyjazd na Zachód. Z tego powodu przeciwnicy opcji prorosyjskiej obawiali się, że masa ludzi uprawnionych do głosowania, przekroczywszy graniczny Dniestr w drodze do wyborczych lokali, przechyli szalę wagi na stronę Dodona. Rumuńscy nacjonaliści wystawili nawet wartę na mostach, którą w porę przepędziła mołdawska policja. Ale nie było potrzeby bronienia kraju – Naddniestrzan głosowało w Mołdawii niewielu, a w dodatku znaczna część z nich oddała głosy na Sandu. Jak widać, Naddniestrzan trapią te same kłopoty co Mołdawian.

Przegrany Animator
Wielkim przegranym mołdawskich wyborów okazał się także Vlad Plahotniuc (czytaj: Plahotniuk), największy tamtejszy oligarcha. Do niedawna człowiek ten, nominalnie zwykły poseł, był faktycznie najpotężniejszą osobą w państwie. Dlatego też Mołdawianie nadali mu przydomek Papuszarul, czyli „Lalkarz”, a raczej „Animator”, aktor poruszający kukiełkami w teatrze marionetek.
Ten stan rzeczy trwał do połowy ubiegłego roku, kiedy to zdecydowana większość mołdawskiej klasy politycznej, włącznie z socjalistami Dodona, zareagowała jak w bajce Brzechwy o Lisie Witalisie: „dość już rządów tego szelmy!”. Maia Sandu objęła urząd premiera, zaś Plahotniucowi wyciągnięto różne szalbierstwa, o co nie było trudno w kraju od lat żyjącym z przemytu z Rosji i do Rosji, za pośrednictwem Naddniestrza. Unikając aresztowania, wzorem dawnych hospodarów mołdawskich uciekł do Turcji, gdzie przebywa do tej pory.
Ale nadal próbuje zdalnie sterować marionetkami, tym razem za pośrednictwem założonej ongiś przez samego siebie Partii Demokratycznej. Jednak zwycięstwo Sandu, która jest jego zdecydowaną przeciwniczką, przekreśliło nadzieje Plahotniuca na powrót do kraju.
I jeszcze jeden szczegół. Plahotniuc, choć dorobił się majątku na handlu z Rosją i wyprzedaży infrastruktury, pozostałej po Mołdawskiej SSR, jest osobistym wrogiem Putina i jego rosyjskiej agentury w Mołdawii, która już kilkakrotnie organizowała zamachy na jego życie. To tłumaczy po części, dlaczego Kreml, tak dotąd wspierający Dodona i Naddniestrzan, nie sprzeciwił się aktywnie wygranej Mai Sandu.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki