Logo Przewdonik Katolicki

Święty Józef na kozetce

Cezary Sękalski
FOT. MATERIAŁY PRASOWE

Czy Święty Józef potrafił się zezłościć, czy też zawsze był oazą spokoju? Nasze wyobrażenia o świętości bywają mało realistyczne psychologicznie i naznaczone idealizacją postaci, zwłaszcza gdy na jej temat niewiele jest źródeł historycznych.

Możemy wtedy wkładać w jej obraz takie tęsknoty za doskonałością, jakich próżno by szukać w realnym świecie. Jeszcze gorzej jest wtedy, kiedy taką wizją zaczynamy nadmiernie się inspirować.
 
Z Nazaretu do Egiptu
W powieści Jezus z Nazaretu Romana Brandstaettera natknąłem się kiedyś na ciekawy opis pobytu Świętej Rodziny w Egipcie. Uchodźcom przed okrucieństwem Heroda miał pomóc pewien kupiec z Micraim, który zaoferował małżeństwu z dzieckiem dach nad głową. Nie za darmo jednak, bo Józefa zatrudnił w swoim ogrodzie. Odtąd Mąż Maryi „ciężko pracował przez cały dzień na plantacjach (…), dwoił się i troił, wykonując często pracę za słabszych i starszych robotników”.
W tym momencie zrodziło się we mnie pytanie, dlaczego Józef miałby wyręczać innych pracowników? Przecież pewnie każdy z nich miał do wykonania swoje zadania. Do pracodawcy należałoby natomiast dostosowanie prac do kwalifikacji i sił konkretnego pracownika – i od tego powinna zależeć uzyskana zapłata.
Mój niepokój zaczął rosnąć, kiedy autor dalej wyjaśniał, że Józef: „Był mężczyzną o dużej sile mięśni i wielkiej wytrwałości i dlatego ten i ów najemnik nadużywał jego naiwności – tym mianem określano jego dobroć – i udawał niekiedy nadmierne wyczerpanie, albowiem wiedział, że Józef, współczując mu, wykona za niego robotę”.
W dodatku dalej czytamy, że „z czasem mąż sprawiedliwy poznał się na tych fortelach, ale nie dając po sobie poznać, w najlepszej wierze pomagał nieuczciwym towarzyszom, dając im swoją dobrocią lekcję cierpliwości, aż zawstydzeni pewnego dnia zrozumieli, że to, co uważali za naiwność, było najpiękniejszym darem serca”.
 
Dobroć czy naiwność?
W życiu to tak nie działa! – wadziłem się wewnętrznie z przytoczoną literacką wizją. Jak można było nazywać tak odmalowanego bohatera „mężem sprawiedliwym”? Przecież według klasycznej definicji sprawiedliwość to ofiarowanie każdemu tego, co mu się należy! Józef natomiast przymykał oczy na nieuczciwość wobec siebie i pracodawcy! W dodatku pozwalał, aby inni uzyskiwali wynagrodzenie za jego pracę. Jak wyglądała zatem jego odpowiedzialność za własną rodzinę, o którą powinien zadbać w pierwszej kolejności?!
Taka postawa zwykle wcale nie prowadzi do tego, że ktoś się nawraca! Raczej coraz bardziej utwierdza się w swoim wygodnictwie i nieuczciwości. Coraz bardziej staje się społecznym pasożytem i szybko traci szacunek dla swojego żywiciela.
I choć w Ewangelii czytamy: „Temu, kto chce prawować się z tobą i wziąć twoją szatę, odstąp i płaszcz! Zmusza cię kto, żeby iść z nim tysiąc kroków, idź dwa tysiące! Daj temu, kto cię prosi, i nie odwracaj się od tego, kto chce pożyczyć od ciebie” (Mt 5, 40–42), jest to jednak wyraz sprzeciwu w stosunku do powszechnej w czasach Jezusa zasady odwetu, a nie zachęta do braku reakcji wobec wszystkich możliwych nadużyć względem nas.
Dodatkowo rodziło się we mnie jeszcze jedno pytanie, tym razem natury psychologicznej. Co Józef, świadomy przecież, że go oszukują, robił ze swoimi negatywnymi uczuciami? W końcu każdy, kto jest wykorzystywany przez innych, musi poczuć się z tego powodu niezadowolony i sfrustrowany. A naturalną tego konsekwencją byłoby wyrażenie (w taki czy inny sposób) niezgody na dalsze tego typu nadużycia.
 
Przeprosiny za acting out
Józef z powieści nie tylko nie informuje o swoich negatywnych uczuciach wobec wykorzystywania go przez współpracowników. W dodatku jeszcze przy pożegnaniu z nimi „przepraszał za swoje nieopatrzne postępowanie, gdy pomagając im podczas pracy, dawał może po sobie poznać, że wie o ich udanym zmęczeniu”.
Czymże było to jego „nieopatrzne postępowanie”, jeśli nie odruchowym wyrażeniem swojego niezadowolenia przez jakiś gest, minę albo niechęć do pomocy jakiemuś obibokowi? W nomenklaturze psychologicznej tego typu reakcje określa się angielskim terminem acting out, który tłumaczy się jako „rozegranie w działaniu”. Jest to zachowanie, nad którym dana osoba nie ma kontroli, bo w ten sposób odreagowuje wcześniej nagromadzone napięcie.
Józef z opisu nie tylko nie próbuje zrozumieć, co go frustruje i dlaczego, tylko jeszcze czuje się winny i z tego powodu za takie odruchy przeprasza. W dodatku jeszcze uzasadnia swoją domniemaną powinność opacznie rozumianym wymogiem etycznym. Zapewnia bowiem swoich współpracowników, że „niezależnie od ich prawdziwego czy udawanego zmęczenia zawsze chętnie im pomagał i pracował za nich, albowiem jest mężczyzną od nich silniejszym, a silniejszy powinien słabszemu pomagać”.
To prawda, że pomoc słabszemu jest pięknym ideałem, ale nie wtedy, kiedy ktoś udaje słabszego, niż jest w rzeczywistości! Wtedy takie postępowanie jest wielce niepedagogiczne! Poza tym przepraszanie za to, że czuję się oszukiwany, kiedy tak jest w istocie, wydaje się źle pojętym wyrzekaniem się siebie kosztem drugiego. A miłować drugiego mamy tak jak siebie, a nie bardziej…
 
Problem duchowego angelizmu
Cały przytoczony literacki opis zachowania Józefa jest próbą nadmiernej idealizacji tej postaci, w dodatku mało realistyczną psychologicznie. Prawdziwy Józef z kart Ewangelii, choć nie zanotowano jego żadnego słowa, prawdopodobnie potrafił się zezłościć na wieść o ciąży narzeczonej. Przecież był gotów ją odprawić. Dopiero nadprzyrodzony sen sprawił, że odkrył ponadnaturalną logikę wydarzeń i potrafił się jej podporządkować, godząc się na swoje nowe powołanie. Gdy natomiast jego 12-letni syn zniknął na trzy dni podczas powrotu z pielgrzymki z Jerozolimy, potrafił go wytrwale szukać, ale pewnie też nie był oazą spokoju, kiedy tamten w najlepsze przysłuchiwał się debatom uczonych w Piśmie. W końcu Maryja była potem rzeczniczką swoich i męża oczekiwań co do zachowania dziecka.
Opis z powieści ukazuje natomiast typowy przykład angelizmu, czyli pragnienia prowadzenia życia duchowego w relacji z innymi ludźmi w oderwaniu od własnych ograniczeń psychologicznych. Dobro innych staje się wtedy ważniejsze od mojego dobra, ale zbyt wielkim kosztem.
Czym innym jest bowiem gotowość do pomocy słabszym, kiedy mam poczucie, że mnie na to materialnie i emocjonalnie stać. A czym innym uznanie, że obojętnie, co czuję, jestem do takiej ofiary z siebie zobowiązany pod rygorem moralnym. W odróżnieniu jednej reakcji od drugiej może pomóc nam znajomość własnych realnych możliwości i właściwe odczytanie swoich uczuć.
„Radosnego dawcę miłuje Bóg” – napisze św. Paweł i w słowach tych ukryta jest myśl, że tylko wewnętrzna wolność czyni daną ofiarę z siebie zasługującą. Rezygnacja z siebie, która wynikałaby z jakichś abstrakcyjnych ideałów, prędzej czy później musi doprowadzić do frustracji i niezadowolenia.
Św. Ignacy Loyola w swoich regułach rozeznawania duchów za św. Pawłem napisze, że „właściwością anioła złego jest to, że się przemienia w anioła światłości, idzie razem z duszą pobożną, a potem stawia na swoim, to znaczy podsuwa myśli dobre i święte takiej duszy sprawiedliwej, a potem krok po kroku stara się dojść do swego celu i wciąga duszę w swoje zakryte sidła i przewrotne zamysły”. Taktyka ta może dobrze opisywać sytuację, w której ktoś słabo wyrobiony w sprawach duchowych dla szczytnych ideałów nakłada na siebie zbyt wielkie jarzmo, a potem jest ciągle sfrustrowany i niezadowolony, bo nie potrafi mu sprostać. Podczas gdyby czynił dobro na swoją miarę, mógłby służyć innym i być samemu zadowolonym przez długie lata.
Dobrze takie zagubienie pokazuje postać pustelnika z dramatu Igraszki z diabłem Jana Drdy. Długie posty i umartwienia anachorety powodują, że staje się on zgorzkniały i złym okiem patrzy na miłość i doczesne szczęście innych ludzi. Nie potrafi się nim cieszyć, a nawet dochodzi do wniosku, że Bóg jest niesprawiedliwy, skoro tak słabo wynagradza go za tak surowe podjęte życie. Nie widzi przy tym, że jest ono efektem jego osobistych wyborów, a niekoniecznie wynika z Bożej inspiracji.
 
Józef na kozetce
Gdyby Józef z powieści trafił do mnie na psychoterapię, prawdopodobnie na początku usłyszałbym o jego wypaleniu i zmęczeniu relacjami z innymi ludźmi. – Ciągle ktoś czegoś ode mnie chce!– mówiłby w przypływie szczerości i to najprawdopodobniej dopiero na czwartej czy piątej sesji. – Mam już tego wszystkiego dość! Nie mam już siły zaspokajać tych wszystkich roszczeń i oczekiwań kierowanych do mnie!
W toku rozmów szybko odsłaniałoby się również to, że problem nie dotyczy tylko nieuczciwych współpracowników, ale i innych relacji, także małżeńskich i rodzinnych. Gdy ktoś nie potrafi stawiać granic nadmiernym oczekiwaniom innych, otoczenie zwykle przyzwyczaja się do takiej dyspozycyjności i oczekuje coraz więcej zaangażowania.
Można by zatem usłyszeć na przykład, że mężczyzna właściwie nie ma swojego miejsca w domu. Bo nigdy nie śmiał powiedzieć, że chciałby mieć własną szafkę albo biurko, a o formie zagospodarowania mieszania zawsze decydowała wyłącznie żona. Mógłby też żalić się, że od dawna nie robił nic dla siebie i odkąd żyje w rodzinie, wyrzekł się wszystkich młodzieńczych przyjemności. Nie do pomyślenia jest zatem, aby sam wybrał się do kina, na rower czy na basen albo spotkał się z kolegami, mimo że kiedyś tak to przecież lubił...
Kiedy analizowalibyśmy dzieciństwo mężczyzny, prawdopodobnie usłyszałbym o tym, że kiedy czuł się pokrzywdzony w relacjach z rówieśnikami albo rodzeństwem, słyszał od rodziców, że „mądry głupiemu powinien ustępować” albo „pokorne ciele dwie matki ssie”. Nie mógłby natomiast spodziewać się troski o jego zranione uczucia i pomocy w dochodzeniu do sprawiedliwości wobec agresorów.
W ten sposób uczył się, że jego uczucia są nieważne, a w dodatku stwarzają innym same problemy. Zaczął więc tłumić swoje emocje, lekceważyć je, a z czasem nawet poczytywał to sobie za duchowe zwycięstwo nad sobą. Kiedy wobec agresji innych potrafił być wycofany i obojętny, mylnie brał to za swoje nadzwyczajne opanowanie. I tylko czasem zdarzało się, że wybuchał i tracił kontrolę nad swoją złością. A jeśli do tego nie dochodziło, trapiły go nocne koszmary, częste migreny niewiadomego pochodzenia albo regularny ból żołądka, co do którego przyczyn organicznych lekarze rozkładali bezradnie ręce.
Rozmowy w gabinecie z czasem przynosiłyby pozytywną zmianę. Józef coraz bardziej potrafiłby szanować swoje uczucia. Potrafiłby też coraz lepiej je wyrażać, a z czasem stawiać granice innym, kiedy dochodziłby do wniosku, że ich oczekiwania są dla niego niekorzystne. To prowadziłoby do tego, że coraz lepiej czułby się w różnych relacjach. Nie opierałby ich bowiem jedynie dawaniu i rezygnacji z siebie, ale i na przyjmowaniu i artykułowaniu własnych potrzeb. A dopiero równowaga w tych dwóch wymiarach prowadzi do przeżywania autentycznej satysfakcji.
 



Cezary Sękalski
Doktor teologii duchowości i psychoterapeuta. Specjalizuje się w psychoterapii indywidualnej oraz terapii par i małżeństw. Prowadzi bloga na stronie: psychoterapia-sekalski.pl

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki