Logo Przewdonik Katolicki

Sprawa Serca

ks. Mirosław Maliński
FOT. FOTOLIA

Najważniejszym zadaniem każdego człowieka jest odnalezienie drogi do swojego własnego serca. Po co? Najpierw po to, by poczuć się w nim u siebie, by poczuć się tam dobrze.

Na co dzień żyję w niewielkim mieszkanku na strychu, w samym centrum dużego miasta. Muszę przyznać, że lubię to swoje mieszkanko. Mimo że czasami jest tam nieposprzątane, a nawet jest trochę brudno, lubię wieczorem siąść w fotelu i pomyśleć: „To jest moje miejsce. Tu czuję się dobrze. Owszem, będzie trzeba zrobić małe porządki, ale tu jestem u siebie”.
Wejść do swojego serca i poczuć się u siebie, mimo jakiegoś tam nieporządku. Poczuć się w swoim sercu dobrze. Oto ja jestem.
 
Miejsce najbardziej strzeżone

Czymże jest serce? Opinii na ten temat jest wiele, nie tylko w Biblii. Na potrzeby naszych rozważań przyjmijmy, że serce to symbolicznie najbardziej wrażliwy i najistotniejszy fragment naszej osoby. To tajemnicze miejsce, w którym przecinają się wszystkie nitki naszej osobowości. Tam zbiegają się uczuciowość, intelekt, historia życia, doświadczenia, wrażliwość estetyczna, seksualność, temperament, wszelkie talenty. Najwrażliwszy punkt, najdelikatniejszy z delikatnych. Miejsce najbardziej strzeżone. I słusznie. Pierwszą osobą, jaką Bóg mi powierzył pod opiekę, jestem ja sam. Mam się o siebie troszczyć, a przede wszystkim mam strzec swego serca, by nikt mnie nie skrzywdził. Nie mogę tam wpuszczać każdego, tylko wypróbowanych przyjaciół. Ale nie mogę też być tam samotny.
Mam zatem znaleźć drogę do swego serca, wejść, rozejrzeć się i poczuć się u siebie, poczuć się dobrze. Ale po co?
Gdy już zadomowię się w swym sercu, gdy już jakoś się z sobą oswoję, powinienem zadbać o wewnętrzną harmonię, w odpowiedni sposób nastroić swoje serce. Św. Elżbieta od Trójcy Świętej uważała, że człowiek to świetny instrument, ale ma jedną wadę – szybko się rozstraja. We wrocławskim duszpasterstwie akademickim mamy pianino, jeśli tylko przestawimy je o kilka metrów, musimy je na nowo stroić. Możemy zaprosić pana Blechacza, wielkiego polskiego pianistę, laureata Konkursu Chopinowskiego, by zagrał mazurki wielkiego mistrza. I co? Jest świetny pianista, jest wielki kompozytor, są wspaniałe utwory, ale cóż z tego, skoro pianino jest rozstrojone? Od strojenia wszystko się zaczyna.

Nastroić serce
Ludzkie serce również łatwo się rozstraja: wystarczy jedno wydarzenie. Jak je zatem nastroić? Kilka prostych sposobów podaje ks. Krzysztof Grzywocz.
Zdecydowanie uzdrawiająco działa na nas przyroda: wieczór, zachód słońca odbity w tafli jeziora, spacer po kolana w jesiennych liściach, pierwsze promienie wiosennego słońca, zapach nagrzanej świeżej ziemi i jesteśmy na nowo nastrojeni. Bezpośredni kontakt z tym, co prosto spod ręki Boga wyszło.
Na obozie studentów w Białym Dunajcu często siadam z samego rana w kuchni i obserwuję poranne przygotowania do wyjścia. Ludzie nierzadko odpowiadają sobie półsłówkami. Wargi mają zaciśnięte, oczy jak szparki, posykują na siebie. Kiedyś w busie próbowałem zaproponować modlitwę: mówiliśmy „Ojcze nasz”, a brzmiało to tak, jakby psy szczekały. Jednak gdy ci sami ludzie wracają po południu, wychodząc z busa, patrzą sobie w oczy, a uśmiechy nie schodzą z ich twarzy. Rozmawiają, poklepują się po plecach. To przecież ci sami ludzie – i jednocześnie zupełnie inni. Co się stało? Byli w górach. Ich serca złapały zupełnie inny nastrój.
Podobnie działa „dobra sztuka”. Niektórzy nawet jako kryterium „dobrej sztuki” przyjmują fakt, że po spotkaniu z nią czują się bardziej wartościowi: w jej obecności odkrywają swoją wartość. Kilka minut z koncertami Telemana w wykonaniu słynnego oboisty Tytusa Wojnowicza, kontemplowanie zimowego krajobrazu Bruegela i nagle serce nabiera harmonii, i jesteśmy gotowi wydobyć z siebie piękne dźwięki.
 
Poukładani na nowo
Możemy też odnaleźć wewnętrzną harmonię przy drugim człowieku, który ma dobrze nastrojone serce. Spotykając się z niektórymi ludźmi, czujemy się scaleni, poukładani na nowo. Sami nie wiemy, jak to się dzieje, ale się dzieje. Zmarły rok temu, tuż przed uroczystością Najświętszego Serca Pana Jezusa benedyktyn o. Karol Meissner, serdeczny przyjaciel naszego duszpasterstwa, miał właśnie jakąś taką tajemniczą właściwość. On niby nic nie robił – prosta, szczera rozmowa przy śniadaniu, a studenci i ja sam również, łapaliśmy świeży oddech. Skąd to się brało? On sam zachowywał wewnętrzną harmonię, zawsze miał dobry nastrój. Kryła się jednak za tym też jakaś inna tajemnica.
Oczywiście możemy również nastroić swoje serce przy Sercu Pana Jezusa. Nie jestem specjalistą od teologii duchowości, ale prostym chłopakiem z Wielkopolski. Wydaje mi się jednak, że właśnie na tym polega kult Serca Pana Jezusa – mistyka Jego Serca. On usuwa dystans, obcość, proponuje otwartość, prostotę i bliskość, po prostu otwiera przed nami Swoje Serce. Nazywa nas swymi przyjaciółmi, bo objawił nam wszystko. To najbardziej otwarte Serce na świecie. „Uczyń serca nasze według Serca Swego” – brzmi wezwanie duchowości Serca Jezusa. Stanąć serce przy Sercu, głębia przy głębi, jaźń przy jaźni. Pozwolić, aby tę cząstkę nas, której nie jest w stanie wypełnić żadna ludzka zażyłość, wypełniła tajemnicza obecność. Znaleźć harmonię, nastroić swoje serce według Jego Serca.
 
Żyjemy, aby się przyjaźnić

Po co to wszystko? Po co mam nastroić swe serce? Czy po to, by mi było dobrze? Czy może dla jakiejś doskonałości duchowej? Dla ćwiczeń ascetycznych? 
Nie zapominajmy o tym, że całe nasze życie duchowe jest dla kogoś. Nie żyjemy dla siebie. Duchowość chrześcijańska to duchowość budowania więzi. Szukamy wewnętrznej harmonii, próbujemy odpowiednio nastroić się wewnętrznie, by móc do swojego serca zaprosić kogoś jeszcze. Serce zawsze przygotowujemy z myślą o kimś. Po to żyjemy, aby się przyjaźnić. Chrystus zachęca nas całym swoim życiem, byśmy się wzajemnie miłowali. Nie jest to jakiś romantyczny dodatek do wielkiej budowli dogmatyczno-teologicznej. To właśnie owa budowla jest nieustannie przez Kościół rozbudowana w tym jednym celu – by miłość wzajemna mogła zaistnieć. Jest, bym mógł powiedzieć: „Tak, potrzebuję obecności drugiego człowieka. Jestem zależny od innych ludzi i chcę być od nich zależny. Bez ich obecności nie potrafię żyć”.
Po to całe szukanie drogi do swojego „ja”. Po to próbuję się z sobą spotkać, poczuć się z sobą dobrze i zharmonizować swoje serce: by tam kogoś zaprosić. By było serce przy sercu, głębia, przy głębi, jaźń przy jaźni. To właśnie nazywamy miłością wzajemną, która jest jedną z twarzy życiowego szczęścia. Świetnie zdaje sobie z tego sprawę papież Franciszek, który ujmuje to w bardzo prostych słowach: „Braterska miłość pomnaża naszą zdolność do radości, ponieważ czyni nas zdolnymi do radowania się dobrem innych” (adhortacja Gaudete et exsultate). Oczywiście dopiero kochając, uczymy się kochać. Odkrywamy, że miłość nieokazana nie istnieje. I jak mawia diakon Marcin Gajda ze Szczecina: „Im więcej miłości, tym więcej miłości”. 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki