Logo Przewdonik Katolicki

Nietypowa baba jestem

Anna Seniuk w rozmowie z córką Magdaleną Małecką-Wippich fragment książki

Bardzo dobrze pamiętam śmierć dziadka Włodka, bo noc przed śmiercią mi się przyśnił. A następnego dnia przyszłaś po mnie do szkoły, jeszcze nie wiedząc o jego śmierci, i poszłyśmy na lody. Nagle spotkałyśmy na ulicy tatę, który musiał widocznie wybiec z domu po tym, jak dostał z Krakowa telefon. A może to był telegram? Nie wiem… W każdym razie znalazł nas, gdy wracałyśmy z małej osiedlowej cukierni, i powiedział, że dziadek zmarł. Pamiętam, że całą drogę do domu niosłam lody, ale już ich nie tknęłam, głupio mi było je zjeść. Czułam, że to nie wypada, że nie wolno jeść lodów śmietankowych, kiedy ktoś umiera. A z drugiej strony, wstydziłam się je wyrzucić. Więc całą drogę powrotną szłam z lodami, które topiły mi się w dłoni, kapiąc raz po raz to na moją rękę, to na chodnik.
Jeszcze dzień wcześniej pojechałam do Krakowa, odwiedziłam mojego tatę i siedziałam z nim przez parę godzin. Nie wiedziałam, że umrze tej samej nocy, skąd miałam wiedzieć? Mogłam pójść do niego jeszcze wieczorem, na noc, ale pomyślałam sobie: przecież rano dzieci idą do szkoły, mąż pracuje, trzeba zrobić kanapki, obiad, powinnam wrócić do Warszawy. Wiesz, jak człowiek jest młody, to zawsze są ważniejsze sprawy, nie zauważamy spraw ostatecznych, goni nas życie. W codziennym ferworze zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że to jest bardzo ważny moment. Że to jest właśnie TEN moment, kiedy powinnam się zatrzymać, być przy nim. Czasem sama myślę: jak chciałabym odejść? Wtedy, jak wielu starszych ludzi, dochodzę do wniosku, że nie chciałabym nikomu sprawiać kłopotu. Ale to przecież nie jest prawidłowe myślenie. Bo trzeba właśnie być przy tej drugiej osobie, to jest najważniejsze. Moja babcia Wanda i mój dziadek Stanisław, obydwoje mieli to szczęście, że mogli odejść wśród bliskich, w domu. Teraz starzy ludzie najczęściej umierają samotnie w szpitalach. Zdarza się, że ktoś najbliższy jest wypraszany z sali, to bardzo przykre. Albo to podtrzymywanie życia na siłę, to karmienie trupa w szpitalu. Pamiętam pielęgniarkę, która przyszła „doładować” jedzenie mojej umierającej siostrze. Mówię jej: „Niech pani ją zostawi, nie teraz”. „Ale ja muszę, ja tu mam zapisane, że teraz ma być kroplówka”.
 
Zostawiła Bożenkę?
Zostawiła. Niespełna po półgodzinie Bożenka zmarła. W pierwszym odruchu zaczęłam krzyczeć: „Oddychaj, oddychaj!”. Obok jakaś pacjentka, która usłyszała mój krzyk, zawołała lekarza, który pojawił się w ciągu sekundy, po czym wyprosił mnie z sali. Wpuszczono mnie dopiero później, kiedy Bożenka już była przykryta prześcieradłem. I nawet wtedy nie pozwolono mi z nią dłużej zostać, pożegnać się, pogłaskać ją. To nie powinno tak być, że osoba bliska nie może potrzymać tej drugiej za rękę. Do końca. Ten ostatni moment musi być straszliwą samotnością. Wiem, że żaden człowiek nie jest w stanie wejść w ten moment odchodzenia, ale mimo to, a może nawet tym bardziej, właśnie powinien być obok. Bo to jedyne, co można wtedy zrobić. Dlatego bardzo mi z tym źle, że nie udało mi się być przy moim ojcu, kiedy umierał. Ciągle czuję ból, że coś się dopełniło, a ja już nigdy nie zdołam tego naprawić, zmienić. Choć musisz wiedzieć, że nadal mam kontakt z ojcem, staram się z nim rozmawiać, czasem o coś go proszę. I myślę – profesor Kępiński pisze o tym w swoich książkach – że ten kontakt ze zmarłymi jest i nie należy się go ani wstydzić, ani wystrzegać. On po prostu jest, pod warunkiem że tego chcemy.
 
A może to jest kontakt głównie za pośrednictwem naszej pamięci i wyobraźni? Mówi się przecież, że zmarli żyją dopóty, dopóki o nich myślimy.

To według mnie sprawa drugorzędna, bo można to sobie wielorako tłumaczyć. Niekoniecznie trzeba od razu wierzyć w istoty duchowe, w transcendencję czy w Boga. Dla niektórych to może być zwykła potrzeba kontaktu z kimś bliskim, a może sposób na ukojenie tęsknoty za daną oso- bą? Mimo to jestem pewna, że taki kontakt istnieje. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy jest to kwestia metafizyki, czy naszej wybujałej wyobraźni.
 
Jak wygląda twój kontakt z twoim tatą? Rozmawiasz z nim na głos?
Różnie. Na głos albo w myślach. Czasem pytam, czy nie mógłby się̨ wstawić́ za mną̨ w jakiejś sprawie, mówię mu: „Jesteś tam bliżej, spróbuj trochę mi pomóc!”. Zresztą nie tylko z tatą mam kontakt. Czasem na przykład rozmawiam z Janem Matyjaszkiewiczem, moim kolegą aktorem. Choć w życiu wcale nie byliśmy typowymi kumplami, którzy się z sobą spotykają, rozmawiają. Kiedy nie graliśmy razem, bywało, że spotykaliśmy się raz na trzy lata. Ale wiadomo, że prawdziwa przyjaźń nie wymaga spotkań, kolacji, telefonów czy chodzenia na kawkę. Wystarczy świadomość, że ta druga osoba jest nam bliska na zawsze i że niezależnie od tego, kiedy się znowu spotkamy, będziemy się z nią czuć tak, jakbyśmy dopiero co się widzieli. Taka przyjaźń łączyła mnie z Janem. Pewnie dlatego czuję z nim taki permanentny, ciepły kontakt, czuję jakąś opiekuńczość z jego strony, jakbym słyszała to, co mówił do mnie nieraz: „Nie martw się, wszystko się ułoży”. Wiesz, to na pewno jest kwestia tego, jak to sobie nazwiemy, bo przecież nie słyszę tak naprawdę konkretnych słów bliskich mi zmarłych osób, tylko w jakiś sposób je czuję. Tak jak czuję na przykład nieustanną obecność Boga. Choć były takie okresy, kiedy go w swoim życiu odtrącałam. Po prostu był niewygodny. Kojarzył się z samymi zakazami, nakazami.
 
A potem stał się wygodny… i potrzebny?
To chyba nie jest tak, że wiara jest dana człowiekowi na zawsze. Że jeśli wierzysz, to już będziesz wierzyć – to by było zbyt proste. Trzeba ją odrzucać, trzeba jej szukać, trzeba ją hołubić, gniewać się na nią, a potem znów się z nią godzić – to jest długi proces. Dwa razy wadziłam się z Panem Bogiem tak strasznie, że aż zachrypłam na dwa dni. Zamknęłam się w samochodzie i krzyczałam. To nawet nie był krzyk, to była jakaś…
 
Rozpacz?
Chciałam zrozumieć, co się w moim życiu dzieje i dlaczego to się dzieje. Musiałam to wykrzyczeć, bo chciałam zmusić Boga do tego, żeby mi odpowiedział. Zawsze jest to fundamentalne pytanie: dlaczego? Kiedy człowiek zachoruje, pyta: dlaczego ja? Dlaczego właśnie ja? Głupie jest to pytanie. Dlaczego ja, a nie on? Dlaczego ja, a nie mój sąsiad? Czy to jest mądre pytanie? No nie jest. Być może ten mój krzyk wtedy to była wielka próba wiary? Ale potem się okazało, że ta życiowa katastrofa…
 
Chodziło o twoją chorobę?
Nie. Ja z moją chorobą sobie poradziłam, to nie było trudne. Najgorsza jest bezradność wobec ukochanych osób.
 
Więc o co chodziło?
O was. O ciebie. O Grzegorza. O wasze zdrowie. Później okazało się, że gdyby nie to trzaśnięcie, tąpnięcie, gdyby sam Pan Bóg nie potrząsnął mną i Grzegorzem, to być może nie zdawalibyśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa.
 
I od tego czasu przestałaś się wadzić z Bogiem? Kim stał się dla ciebie Bóg?
Mówiąc o Bogu najprościej…kim jest dla mnie Bóg.… mam takie poczucie, że to Ktoś, kto bez przerwy na mnie patrzy. Nie poucza mnie specjalnie, nie krytykuje, nie krzyczy, ale patrzy na mnie w każdej sytuacji, w każdej minucie. To oczywiście pewien dyskomfort być nieustannie obserwowanym, ale z drugiej strony ta świadomość pozwala mi powstrzymać się od pewnych działań, od złych decyzji albo zwyczajnie pomyśleć sobie: to chyba nie jest w porządku, chyba muszę się zatrzymać, nie powinnam dalej w to brnąć. Stała obecność Boga dużo mi daje, kieruje mną na swój sposób.
 
 
Anna Seniuk
Nietypowa baba jestem
Znak Literanova 2016

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki