Logo Przewdonik Katolicki

Sąsiadki w habitach

Piotr Kołodziejski

Trzy pokoje na 60 metrach kwadratowych, w których na co dzień mieszkają... siostry zakonne. Nie w zakonie, nie w klauzurze, ale wśród świeckich. Małe Siostry Jezusa.

Zgromadzenie założone w 1939 r. przez Magdalenę Hutin w Algierii jest jedną z kilkunastu wspólnot powstałych w oparciu o duchowość bł. Karola de Foucauld. Siostry w 62 krajach światach tworzą kilkuosobowe wspólnoty. Jedna z nich od 32 lat posługuje w szczecińskim Niebuszewie. Dziś wspólnotę tworzą trzy siostry, które poznaję w ich domu: Ewa Janina, Hiacynta Magdalena i Halina. Siostry chcą zachowywać bezpośredni kontakt z ludźmi, dlatego w relacjach wolą, gdy inni zwracają się do nich po imieniu.
 
Zakonnica roznosi listy
Siostry są zgromadzeniem kontemplacyjnym, żyjącym jednak w świecie. – Podejmujemy zwykłe obowiązki, jak każdy chrześcijanin, a więc musimy dbać o dom, pracować, zarabiać, aby ten dom utrzymać. Każda z nas ma w sobie przekonanie, że sama praca nie jest najistotniejsza i że ważna jest też modlitwa. W naszym przypadku poza wspólnymi jutrznią i nieszporami, poranną medytacją, jest także godzinna adoracja w ciszy. Każda stara się być też codziennie na Mszy św. – mówi Ewa Janina. Wieczorami spędzają czas wspólnie przy stole na dzieleniu się tym, co przyniósł dzień, a także tym, czym żyją przyjaciele, sąsiedzi, ludzie wokół nich.
 
Hiacynta Magdalena pochodzi ze Śląska Opolskiego i w Szczecinie jest od roku. Pracuje jako… listonosz. Długo nie mogła znaleźć pracy. Podczas jednej z rozmów kwalifikacyjnych zapytała wprost, którego warunku nie spełnia, żeby otrzymać pracę. – Okazało się, że problemem jest mój strój. Stwierdziłam więc, że jest dyskretny, a w dodatku w starych barwach Poczty Polskiej. Ja noszę chustkę, a gdyby ktoś inny nosił dredy, to czy z tego powodu nie byłby zatrudniony? Prosiłam o szansę i ją dostałam – mówi.
Do pracy najczęściej nie ubiera habitu ze względów praktycznych, ale jest ubrana na granatowo, w długiej spódnicy z welonem na głowie. Pod bluzką krzyż, a na zewnątrz identyfikator pracownika Poczty Polskiej. Z uśmiechem dodaje, że o reakcjach mieszkańców można by napisać książkę. Historie są różne. Od takich, gdzie ktoś od razu wiedział, że jestem zakonnicą po tych, którzy przypuszczali, że jest siostrą, ale także tych, którzy niedowierzali, że mogę pracować na poczcie. Jak łączy to z modlitwą? – Często trudno jest wznosić myśli ku Bogu lub trwać w świadomości jego ciągłej obecności. Wokół mnóstwo cyferek, trzeba być skoncentrowanym w pracy listonosza. Dla mnie jednak ważnym gestem jest wrzucanie listu do skrzynki, któremu towarzyszy modlitwa: „Pokój temu domowi”. Bardzo często jestem zbudowana tym, jak świeccy żyją kontemplacją w świecie. Czasem się wstydzę, że jestem siostrą i nie dorastam im do kostek – mówi.
 
Mieć Jezusa za sąsiada
Pani Małgorzata mieszka nad siostrami, a pokój jej dziecka znajduje się dokładnie nad kaplicą z Najświętszym Sakramentem. – Jest opieka i każdy chciałby mieć takich sąsiadów – przyznaje. – Siostry wyczują, kiedy człowiek ma problem. Wtedy są i starają się pomóc. W dniu ślubu mojej córki przepięknie przyozdobiły klatkę schodową i zrobiły cudowną bramę – dodaje.
Ewa Janina podkreśla, że siostry starają się być dyskretne. – Nie narzucamy się, ale jak są ważne wydarzenia, to w nich uczestniczymy. Dobrze pamiętam ślub córki pani Małgosi. Chcemy być w takich momentach. My też zapraszamy sąsiadów. To takie dyskretne bycie.
Główną misją siostry Haliny jest praca w dzielnicy, gdzie mieszkają, odwiedziny u ludzi, którzy tego potrzebują. – Czasem trzeba zrobić komuś zakupy, innym razem po prostu porozmawiać lub pójść do lekarza, odwiedzić kogoś w DPS-ie. Zapotrzebowanie jest wielkie. Raz w tygodniu sprzątam też w jednej rodzinie. Kiedy ktoś ma problem, to przejmujemy się tym, jak w normalnej rodzinie. To jest to, o czym ostatnio mówił Ojciec Święty. Chodzi o rozeznawanie i towarzyszenie. O to, by być z kimś, być z nim, a nie za niego – dodaje.
             
 
Kontemplacja i codzienne życie
Zgromadzenie Małych Sióstr Jezusa opiera się na duchowości bł. Karola de Foucauld, który mówił o łączeniu głębokiego życia modlitwą z codziennością. Czy da się jednak pogodzić życie siostry zakonnej ze zwykłą codziennością świeckiego człowieka? – Bywa różnie, ale trzeba walczyć o ten czas – odpowiada Halina. – Wybieramy dogodne godziny adoracji, Mszy św. Adorację mamy zwykle jedna po drugiej. Mamy również  „dni pustyni”. Co miesiąc dwa dni siostry spędzają w samotności, w ciszy. To czas zarezerwowany tylko i wyłącznie dla Boga.
 
Hiacynta uważa, że jej pójście do ludzi nie ma sensu, jeśli najpierw nie będzie trwała przed Jezusem w Najświętszym Sakramencie. – Chcę z Nim wkraczać w moją codzienność i w taki sposób nieść go między ludzi. Tak świadczymy o znaczeniu Betlejem i Nazaretu w Kościele. O tym, że Syn Boży stał się człowiekiem, a więc naszym Bratem, żył zwyczajnie pośród nas i pracował.
Pani Ewa odwiedza siostry. Przychodzi na posiłki i modlitwę. Zanim siostry przeprowadziły się, sąsiadowała z nimi. – Siostry wprowadzają spokój duchowy. Ujęło mnie, że będąc z ludźmi nie są oddalone od Boga. To pierwszorzędna sprawa, że w tak trudnym miejscu w świecie one po prostu są – zaznacza pani Ewa, przyznając, że kiedyś była daleko od Kościoła.
 
Wybierają trudne miejsca
W Polsce są w sześciu miejscach: koło Żywca, w Machnowie, Częstochowie, a także w Krakowie-Nowej Hucie, na warszawskiej Pradze i szczecińskim Niebuszewie. To nie są łatwe miejsca. – Nie przypadkiem w dzielnicach, w których obecność Pana Boga nie jest taka ewidentna. To też często miejsca trudne społecznie, naznaczone przemocą – tłumaczy s. Ewa.
Był kiedyś brudny i śmierdzący mieszkaniec Niebuszewa. Lechem nikt nie chciał się zajmować, ale on wiedział bardzo dobrze, gdzie ma przyjść i zawsze przychodził do sióstr. – Już nie wytrzymywałyśmy tego smrodu. Siostry cały czas go karmiły i same nigdy by tego nie zrobiły, dlatego to ja zadzwoniłam na policję, która zabrała go – wspomina sąsiadka, pani Małgosia. – Za kilka dni widziałam go obstrzyżonego i przebranego. Dziś już nie żyje, ale długo miał u sióstr swego rodzaju schronienie, bo one nigdy nie odmówią. To bogactwo mieć takich ludzi blisko – dodaje.
Halina przynosi list, który dwa lata przed śmiercią napisał do nich  Lechu. – Mamy ten testament w domu. Napisał w Boże Ciało 2010 r.: „Dla drogich, miłych i bardzo dobrych sióstr. Tak zwane Małe Siostry. Od Leszka, refleksja. A gdy już będę tam, gdzie tysiące krzyży wita odwiedzających swoich bliskich, wspomnijcie mnie moje drogie siostry i zmówcie za moją dobrą duszę skromną modlitwę, a ja w zamian poproszę Pana Boga o to, żeby Was moje Drogie, Pan Najwyższy obdarzył wielkim zdrowiem. Aż do kresu Waszego życia”. Pan Lechu zmarł 12 marca 2012 r. Kiedy siostra Halina czytała „testament”, pani Małgorzata nie ukrywała wzruszenia.
 
Kryzys powołań czy kryzys powołanych
Ewa Janina w Szczecinie jest 14 lat. Pochodzi z Bielska-Białej, z wierzącej rodziny, w której gdy ojciec był umierający, to matka złożyła ślub, że jeśli wyzdrowieje, to codziennie będzie na Mszy św. – Pamiętam, że chodziłam z mamą codziennie na Eucharystię. Nie myślałam o życiu zakonnym. Musiałam pięć lat zwalczać lęk przed powołaniem. Kiedy jednak spotkała Małe Siostry pod koniec studiów miała światło, że to jest chyba to, czego szukała. – To było na pieszej pielgrzymce z Warszawy do Częstochowy. Czwartego dnia rozbijaliśmy namioty, siedziałam na stercie plecaków, zachodziło słońce i miałam iluminację: „Co się tak szarpię? Przecież dobrze wiem, że te Małe Siostry to jest dla mnie”. Ewa Janina dopiero w Częstochowie dowiedziała się, że właśnie tego dnia o zachodzie słońca duszpasterz akademicki, który jako pierwszy mówił jej o Małych Siostrach Jezusa, zginął w wypadku samochodowym. – Jestem przekonana, że on stanął przed Panem Jezusem i zadziałał w mojej sprawie. Wtedy miałam wewnętrzne przekonanie, że tylko w tym miejscu będę szczęśliwa, chociaż po ludzku wydawało mi się, że się nie nadaję i jestem fatalną Małą Siostrą, ale jeśli Pan tak chce, to jestem – wspomina Ewa Janina, która na co dzień pracuje w drukarni, a także sprząta biura. W regule sióstr jest bowiem zaznaczone, że nie mają podejmować w swojej pracy żadnych funkcji kierowniczych, wychowawczych ani nauczycielskich.
Hiacynta Magdalena długo „kłóciła się” z Bogiem, twierdząc, że nie nadaje się do takiego życia, a jednocześnie prosiła go o konkretne znaki. – W końcu się poddałam i dziękuję Panu Bogu za miłosierdzie wobec mnie i za ten czas, kiedy się opierałam. Ufam, że Jego wola się wypełniła – mówi. Poznała Małe Siostry w wieku 19 lat, mając dwie koleżanki w rodzinnej wiosce,  już ponad 20 lat w zgromadzeniu. – Kilka tygodni przed maturą pojechałam odwiedzić jedną z nich. To było pierwsze zgromadzenie, które odwiedziłam w życiu. Przeżyłam szok, że one nie mieszkają w klasztorze, tylko w małym skromnym domu, z Jezusem Eucharystycznym pod jednym dachem – dodaje. Nocna adoracja bardzo poruszyła jej serce. – Przez wiele lat pracowałam jako katechetka i przyszedł moment, kiedy zdałam sobie sprawę, że dalej nie mogę zachęcać i uczyć o tym, jak rozpoznawać i wypełniać wolę Bożą w życiu, kiedy sama się opieram i nie mam pokoju w sercu. Wiedziałam, że albo rzucę się w ramiona Pana Boga i zaryzykuję, albo muszę zmienić pracę. Kiedy w końcu wstąpiłam do Małych Sióstr pokój serca przyszedł – przyznaje Hiacynta Magdalena.
Halina (w Szczecinie od 11 lat, urodzona we Włocławku) wspomina, że kiedyś na kazaniu usłyszała, że jak ktoś nie ma problemów i wątpliwości w wierze, to chyba coś jest z nim nie tak. – I zaraz zaczęłam je mieć. Potem był okres szukania i walczenia o żywy kontakt z Bogiem. Znów na innym kazaniu usłyszałam, że Pan Bóg potrzebuje kogoś, żeby pojechał na misję i brakuje ludzi. Pomyślałam, że ja mogę. Wiedziałam, że wtedy coś się stało. Nie złożyłam żadnego ślubu, tylko potem to za mną bardzo chodziło. Nie chciałam wstąpić do żadnego zgromadzenia, ale pojechać na misję, założyć rodzinę. Cały czas jednak chciałam pogłębiać wiarę. Będąc na pewnym kursie, poczułam, że Kościół jest wspólnotą. Spotkałam żywego Boga. Po tym kursie wiedziałam, że chcę żyć dla Boga i rok później jeden z księży powiedział mi o bracie Karolu de Foucauld. Przeczytałam książkę o nim i to, co mnie poruszyło, to jego spowiedź. Ja też przeżyłam jedną ze spowiedzi i poczułam, że Bóg mnie kocha i jak czytałam jego życiorys, czułam to samo. Zaczęłam szukać Małych Sióstr i Pan Bóg pokazał mi, że to jest to zgromadzenie – mówi Halina.
Hiacynta Magdalena radzi szukającym i wątpiącym. – Nie bój się zaufać i spróbować. Dziś inaczej niż kiedyś patrzy się na kogoś, kto był we wspólnocie czy w zgromadzeniu zakonnym, ale wystąpił, bo rozeznano, że to nie jest ta droga. Kiedyś taki ktoś był naznaczony na całe życie, nawet jeśli był postulantką lub nowicjuszem. To się zmieniło i to powinno ułatwić odważenie się na ten krok. Jeśli ktoś słyszy ten głos w sobie i nie ma pokoju w sercu, a ma pragnienie życia w bliskości z Bogiem, to powtarzałabym tej osobie: nie bój się zaufać Bogu i spróbować, bo On chce dla nas zawsze jak najlepiej. Wielką łaską jest mieć stałego spowiednika lub kierownika duchowego. Taka osoba jest ogromną pomocą i wsparciem w rozeznawaniu. Ta osoba nie podejmie za nas decyzji, ale może nam obiektywnie odpowiedzieć na pytania, bo zna nasze wnętrze.
 
Allahu akbar i przeistoczenie
Zgromadzenie narodziło się pomiędzy muzułmanami, bo założycielka mieszkała z wyznawcami islamu. Stąd też siostry swoje życie ofiarowują za ludy islamu, a przed ślubami wieczystymi przez jakiś czas przebywają w kraju muzułmańskim. Halina wspomina, że kiedy była w Algierii w trakcie Mszy św. podczas przeistoczenia słyszała w tle modlitwę muezina z minaretu „Allahu akbar”. Siostry były wtedy jedyną grupą chrześcijańską w mieście.
Hiacynta zaznacza, że ofiarowując swoje życie zakonne m.in. za braci islamskich, jest dla niej jasne, że ofiarowuje je dlatego, bo pragnie, by oni poznali Jezusa. – Nie będę ich nawracać, ale ofiarowuję to z nadzieją, że Pan Bóg uczyni to, co będzie chciał. Musimy pamiętać, że islam jest bardzo różnorodny i trudno mówić o islamie ogólnie, a nasze siostry mają przeróżne doświadczenia. W Nigrze np. siostry musiały ukrywać się, ale inni muzułmanie robili patrole przed wejściem do ich domu albo ukrywali w swoich domach. Nie można wszystkich wrzucać do jednego worka – zaznacza Hiacynta.
 
Po rozmowie siostry zapraszają mnie na kolację. Siadamy przy jednym stole, jak w rodzinie i mam poczucie, że to były niezwykłe trzy godziny, chociaż spędzone w zwykłej kamienicy, pośród innych mieszkańców szczecińskiego Niebuszewa

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki