Terror na Podlasiu

Za wolną Polskę oddało swoje życie dziesiątki tysięcy osób. Ich bezczeszczone szczątki leżą często do dziś w bezimiennych mogiłach, a rodziny pomordowanych nadal nic o nich nie wiedzą. Tak jak w całej Polsce, tak było i u nas, na Białostocczyźnie.
Czyta się kilka minut

W 2013 r. podczas poszukiwań w ogrodzie dawnego białostockiego więzienia, w rowie nad którym później zbudowano chlew, pracownicy Instytutu Pamięci Narodowej odnaleźli kości młodego mężczyzny. Miał skrępowane z tyłu ręce. Kiedy strzelano mu w głowę – klęczał. Upadł na ciała rzucone przed nim. Po latach ich szczątki splątały się ze sobą tak, że trudno je było rozdzielić. Ten widok nie dawał mi spokoju – mówi dyrektor białostockiego oddziału IPN, Barbara Bojaryn-Kazberuk, kim był ten człowiek, jak się nazywał, gdzie mieszkał, może jego matka, może narzeczona wyglądała jego powrotu do ostatnich chwil swego życia. Ile jeszcze takich historii możemy opowiedzieć? Od sześciu lat IPN Białystok dokumentuje zbrodnie komunistyczne popełnione na terenie województwa podlaskiego. Efekty tej pracy są wstrząsające.

Opór na wschodzie

Białostocczyzna była jedynym regionem powojennej Polski, który w 1944 r. znał już specyfikę działania komunistów. Pamięć o okupacji sowieckiej lat 1939–1941, masowych deportacjach, kolektywizacji i terrorze NKWD powodowała, że większość mieszkańców tej ziemi nie dało się nabrać na komunistyczną propagandę i we wkraczających jednostkach Armii Czerwonej widziało raczej nowych okupantów niż wyzwolicieli od niemieckiej niewoli. Siła polskiego aparatu bezpieczeństwa była tu tak mała, że w latach 1944–1945 tylko obecność jednostek Armii Czerwonej i NKWD pozwoliła komunistom na utrzymanie się przy władzy i to jedynie w większych miastach. W terenie porządku pilnowało polskie podziemie zbrojne (głównie AK i formacje narodowe), w którego strukturach w woj. białostockim służyło w tym czasie ponad 40 tys. żołnierzy. Gdy w drugiej połowie 1945 r. funkcjonariusze polskiej, komunistycznej formacji bezpieczeństwa – UB, zwanej powszechnie „bezpieką”, korzystając ze wsparcia, szkolenia i osłony Sowietów oraz polskiego, „ludowego” wojska, rozpoczęli swoje własne operacje przeciwko podziemiu i jego zwolennikom, nastał okres terroru, którego zakres jest dzisiaj trudny do wyobrażenia. Chociaż główne siły podziemia zostały rozbite do 1947 r., krwawe represje trwały do końca funkcjonowania UB w 1956 r., a ostatni żołnierz konspiracji zbrojnej na Białostocczyźnie został zabity już przez SB w 1957 r.

Do roku 1956 represje „bezpieki” dotknęły niemal każdego środowiska na terenie województwa. Poza członkami i sympatykami podziemia zbrojnego UB działało przeciwko Polskiemu Stronnictwu Ludowemu, duchownym Kościoła katolickiego, sprzeciwiającym się obowiązkowym dostawom i kolektywizacji mieszkańcom wsi, konspirującym uczniom i młodzieży, a także wszystkim, którzy nie chcieli entuzjastycznie poprzeć nowej władzy. Funkcjonariusze UB docierali do każdej, nawet najmniejszej miejscowości i zatrzymywali tych, którzy wydali się im podejrzani.

Okrutne przesłuchania

Pierwsze przesłuchania następowały natychmiastowo, jeszcze w terenie, nierzadko w domu ofiary. Ubecy bestialskim biciem zmuszali zatrzymanych do przyznania się do różnych, nieraz wymyślonych przewin oraz wskazania współwinnych. O tym, co działo się podczas takich „śledztw”, może świadczyć relacja woźnego Gminnej Rady Narodowej w Lipsku, sprzątającego pomieszczenie, w którym funkcjonariusze z Augustowa „przesłuchali” kilku mieszkańców 17 grudnia 1945 r.: „Na podłodze stało wiadro z czerwoną wodą od krwi. Na ścianach widoczne były ślady krwi oraz na podłodze. Pokój wyglądał jak rzeźnia i za kilka dni musiano bielić ściany”. Gdy „bezpieka” wyjechała z Lipska, miejscowi znaleźli w niedalekim bagnie zwłoki jednego z zatrzymanych. Ofiara nosiła liczne ślady pobicia, miała połamane żebra, ręce zaś skrępowane drutem kolczastym. Po wstępnej „obróbce” zatrzymywani w terenie byli przewożeni do siedzib i aresztów UB, funkcjonujących w miejscowościach powiatowych i w stolicy województwa. Tam następowało dalsze bicie i bardziej wyrafinowane tortury. Rzadko bito rękoma, używano do tego raczej różnych kijów, pałek, prętów lub innych podobnych przedmiotów. Większość byłych więźniów najgorzej wspomina bicie w pięty: „Robiono to długą, drewnianą łatą. Za każdym razem trzeba było uklęknąć na specjalnym krześle lub taborecie stojącym przy ścianie. Po każdym uderzeniu spadałem z krzesła, bijąc czołem w ścianę. Po takim uderzeniu nie mogłem się podnieść, bo z jednej strony czułem straszny ból w nogach, na których nie można było stanąć, a z drugiej strony oszałamiający ból w głowie. A bito zawsze «do upadu», do utraty przytomności” – tak wspominał śledztwo na UB w Łomży Bogdan Wądołowski.

Poza biciem sadzano na nodze odwróconego taboretu, przypalano papierosami, zrywano paznokcie, wyłamywano stawy… W końcu lat 40. stopniowo zmieniano metody na niepozostawiające śladów, takie jak np. wielogodzinne stójki czy zmuszanie do wykonywania przysiadów lub podskoków (tzw. żabek) do upadłego. Często stosowano tzw. konwejer, czyli przesłuchania prowadzone przez kilkanaście bądź kilkadziesiąt godzin bez przerwy. Wszystkiemu towarzyszyły nieustanne groźby, kierowane pod adresem zatrzymanego i jego rodziny. Znane są również przypadki wykonywania na więźniu tzw. pozorowanych egzekucji.

Śmierć torturowanych

„Przypominam sobie, że w 1946 r. nad ranem przyjmowałem wartę przy areszcie. Zauważyłem, że w celi leżał aresztowany, który miał wbity gwóźdź w głowę i miał przerżnięte żyły u rąk. Nie pamiętam już, lecz wydaje mi się, że ten aresztowany jeszcze żył…” – to jeden z przypadków śmierci aresztowanego opisanych przez funkcjonariusza UB z Sokółki, Zbigniewa Żakiewicza. Nawet jeśli ktoś był na tyle silny, żeby przetrzymać wszystko, co działo się wówczas w więzieniu, to i tak mógł stać się ofiarą ubeków, którzy niejednokrotnie dopuszczali się samowolnych egzekucji. Wykonywał je m.in. osławiony „kat Augustowa” – Jan Szostak, który w 1952 r., po odejściu z UB, żalił się na forum zebrania prezydium Miejskiej Rady Narodowej: „Jak trzeba było wieszać ludzi, strzelać do nich oraz topić w ustępach, to nikogo nie było, a teraz zasług moich tych nie bierze się pod uwagę”.

Zgony torturowanych więźniów nie należały do rzadkości, co potwierdzał w 1946 r. w oficjalnym raporcie szef Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Białymstoku: „Faktów uśmiercania podejrzanych przez funkcjonariuszy UB w toku dochodzenia i śledztwa jest więcej. Pracownicy Urzędów Bezpieczeństwa biją podejrzanych, nieraz do śmierci i w ten sposób w formie samosądu wymierzają bandytom sprawiedliwość. Jednak jest jeszcze gorzej, kiedy usiłują dotkliwym biciem zmusić podejrzanych do przyznania się. Jasnym jest, że przy tego rodzaju metodach śledztwa zdarza się, że nawet osoby niewinne, względnie mało winne, przyznają się do wszystkiego, mając do wyboru albo ciągłe bicie, kończące się nieraz śmiercią albo samooskarżenie się. Z całą przykrością stwierdzić należy, że bicie podejrzanych stało się prawie że systemem w niektórych powiatowych UB”. Tylko w ciągu maja i czerwca 1946 r. potwierdził on oficjalnie siedem przypadków śmierci więźniów w czasie przesłuchań. A była to tylko kropla w morzu.

Do bicia aresztowanych, nieraz do śmierci, przyznawali się sami ubecy. „Funkcjonariusze bili aresztowanych i ja sam też mogłem wówczas kogoś bić, aby wydobyć zeznania” – zeznawał po latach funkcjonariusz UB Piotr Malczewski – „pamiętam dokładnie wypadki, że aresztowani na przesłuchanie przychodzili osłabieni na skutek pobicia i złych warunków w areszcie. Nie zaprzeczam, biłem aresztowanych, bo wówczas istniał taki system pracy w UB. Doradca, kpt. Wiekszyn, zalecał bić i niejednokrotnie konkretnie dawał komuś z referentów pręt żelazny do ręki, polecając bić nim aresztowanego. Znam wypadki, że w PUBP w Augustowie kilka osób zostało zabitych. Była to ścisła tajemnica wówczas” – to słowa Malczewskiego. Niektórzy z katowanych decydowali się na podjęcie w celi próby samobójczej, nierzadko skutecznej.

Bezkarni do dziś

Tylko niektórzy ubecy zostali osądzeni i ukarani, ale zazwyczaj były to śmiesznie niskie wyroki. Największą sankcję poniósł Marian Socha z Grajewa, który za zamordowanie z zimną krwią dwóch osób został skazany na osiem lat więzienia, a wyszedł po… sześciu. Łomżyński funkcjonariusz Jan Mikłaszewicz, który po pijanemu zastrzelił przesłuchiwanego żołnierza podziemia, został skazany na karę więzienia w zawieszeniu, gdyż, jak orzekł sąd, dokonał tego „pod wpływem silnego wzruszenia”. Nawet taka, jedynie symboliczna kara, dosięgła zaledwie kilkunastu ubeków. Kilkakrotnie większa była liczba tych oprawców, którzy nigdy nie trafili przed oblicze sądu, nawet jeśli ich wina była znana i udowodniona. Doradca sowiecki przy UB w Sokółce, kpt. Rakow, podczas przesłuchania zakatował na śmierć młodego chłopca. Zeznania przeciwko niemu złożył m.in. ówczesny szef miejscowego UB, Kazimierz Górecki, który widział „rozbite krzesło i siedzącego na fotelu nieżyjącego mężczyznę, zmasakrowanego” oraz pomagał pozbyć się zwłok. Mimo to Generalna Prokuratura rozkazała umorzyć śledztwo „z uwagi na niewykrycie sprawców”. W podłomżyńskim lesie grupa ubeków rozstrzelała bez sądu czterech zatrzymanych. Przesłuchiwani przez prokuratora ze spokojem przyznali się do tej zbrodni, twierdząc jednocześnie, że zrobili to na rozkaz przełożonego, nie pamiętają tylko, którego. Prokurator stwierdził, że nie mogą odpowiadać za wykonanie rozkazu i umorzył śledztwo. Podobne umorzenia zapadły w kilkudziesięciu sprawach. O wielu innych nie dowiedział się ani prokurator, ani nikt inny.

Statystyka, która przeraża

Według ostrożnych szacunków w latach 1944–1956 funkcjonariusze UB zatrzymali i przesłuchiwali blisko 100 tys. mieszkańców ówczesnego województwa białostockiego, kilkuset z nich zamordowali. Do lokalnych więzień trafiło ponad 50 tys. osób, co najmniej sto kilkadziesiąt z nich zmarło, a na ok. 330 dalszych wykonano wyroki śmierci. Jeśli do tego doliczymy ok. 600 ofiar obławy augustowskiej i kilkuset poległych w walce z obławami UB, NKWD, KBW i MO, to okaże się, że wprowadzenie systemu komunistycznego na Białostocczyźnie pochłonęło ponad 2 tys. ofiar. Miejsce pochówku większości z nich nie jest wciąż znane.


Najnowsza książka IPN oddział w Białymstoku pt. Śladami zbrodni okresu stalinowskiego w województwie białostockim autorstwa dr. Marcina Zwolskiego to pierwszy przewodnik po okrucieństwach komunizmu północno-wschodniej Polski. Po raz pierwszy opisuje on ogrom zbrodni dokonywanych tych terenach po wojnie przez funkcjonariuszy polskiego i sowieckiego aparatu bezpieczeństwa. Zbrodnie te ukazane są poprzez pryzmat miejsc, które jeszcze dziś mija się, przechodząc ulicami Białegostoku, Suwałk, Łomży czy Sokółki. Przez lata dbano, aby ci, którzy przeżyli, nie mieli odwagi opowiadać o swoich cierpieniach nawet najbliższym. Zapomniano jednak o śladach materialnych, które pozostały w dawnych aresztach, więzieniach, katowniach, czyli w miejscach, w których funkcjonariusze UB czy NKWD przesłuchiwali aresztowanych. Wydrapane na cegłach inicjały, daty, nazwiska, modlitwy jeszcze dziś budzą trwogę i przypominają tych, o których Polacy mieli zapomnieć lub wręcz niczego nie wiedzieć.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 9/2014