Logo Przewdonik Katolicki

Synod zmierza do rodzinnego nawrócenia

Ks. Przemysław Kwiatkowski
Fot.

Znam różne małżeństwa i rodziny. Niektóre biegną, inne kuleją. Są też takie, które opadły z sił. Jeśli jednak czegokolwiek mnie nauczyły, to właśnie tego, że potrzebują zarówno obecności, jak i słowa prawdy. Wszystkie mówią wprost, że ten, kto moralizuje, i ten, kto łudzi drogą na skróty, nie traktuje ich poważnie.

Z trudem udawało mi się dotrzymać kroku obradom Synodu Biskupów, który przez ostatnie dwa tygodnie pochylał się nad tematem rodziny. Każdy nowy dzień przynosił sensacyjne informacje. Mówiono o zaciętej wymianie poglądów w auli synodalnej. Na żółtym pasku wiadomości z ostatniej chwili pisano o Kościele, który wreszcie, po dwóch tysiącach lat, nabiera ludzkiej twarzy. W wypowiedziach ekspertów pojawiały się coraz łatwiejsze pomysły na uszczęśliwienie wszystkich. Na konferencjach prasowych słowa takie jak miłość, pocieszenie, miłosierdzie, tolerancja, otwarcie czy przyjęcie odmieniano na wszelkie możliwe i niemożliwe sposoby. Można było odnieść tylko jedno wrażenie: pomimo tych wszystkich spektakularnych newsów rodzina, która jest treścią człowieczeństwa, pierwszą Ewangelią i drogą Kościoła, ciągle jest pozostawiona sama sobie. Wiele szumu wokół niej, a ona i tak pozostawała na marginesie, zepchnięta w kąt.

Muszę przyznać, że w zmierzeniu się z tą trudnością najbardziej pomogły mi same rodziny. Zarówno te, które w auli synodu dzieliły się świadectwem swojego życia, jak i te, które spotykałem w innych miejscach. Pomogli przyjaciele, dzięki którym zawsze wraca się do rzeczywistości.

Pomogli też biskupi, którzy coraz odważniej pokazywali, że są oblubieńcami, ojcami, braćmi dla swoich wspólnot. Prosto w oczy mówili, że bez sakramentu małżeństwa nie ma sensu ani kapłaństwo, ani Eucharystia, ani Kościół. Pomógł Różaniec i wszystkie jego rodzinne tajemnice, od początku do końca. Pomogła Msza św. sprawowana przy grobie św. Jana Pawła II, jego klękanie przed Chrystusem i przed ludzką miłością. Pomogła myśl papieża Franciszka o przytuleniu się mocniej do Chrystusowego krzyża, a nie schodzeniu z niego. Pomogła Msza św. beatyfikacyjna Pawła VI, a na niej obecność emerytowanego papieża Benedykta. Każdy na swój sposób przypomniał, że albo nowa ewangelizacja rozpocznie się z rodziną i od rodziny, albo w ogóle się nie wydarzy.

 

Rodzina jako problem

Można mówić o rodzinie w kategoriach problemu do rozwiązania. Gołym okiem bowiem widać, że jest ona spychana na margines społeczeństwa. Nie przystaje do dzisiejszej kultury. Odbiera się jej własne miejsce. Życie publiczne i ekonomia idą swoim rytmem, a więzy rodzinne mają służyć co najwyżej jako rezerwat emocji. Mało kto decyduje się na głośne mówienie o trwałości, nierozerwalności i wierności, ponieważ uczucia, które dodają życiu trochę kolorytu, są krótkotrwałe. Z naszym ciałem też możemy zrobić wszystko, co się nam żywnie podoba, skoro miłość, seksualność i rodzicielstwo traktowane są jako klocki, z których zawsze można ułożyć coś oryginalnego. Im więcej fantazji, tym lepiej, na przekór prawdzie. A gdy już nie ma mowy o kobiecości, męskości i o darze z samego siebie, wtedy nawet religia staje się co najwyżej bajką. Ta sytuacja, w której się znajdujemy, tym bardziej powinna wzbudzać w nas chęć powrotu do szczerych słów adhortacji Evangelii gaudium, w której papież Franciszek obnaża takie oderwanie człowieka i rodziny od przestrzeni, czasu, korzeni, horyzontu i tajemnicy. Ważne jednak, aby nie zatrzymywać się wyłącznie na niektórych stronach papieskiego dokumentu, a już na pewno nie zapominać jej tytułu, który mówi o radości głoszenia Ewangelii. Nie wszystkim uczestnikom synodu przychodziło to z łatwością, co może świadczyć o realnym problemie.

 

Rodzina jako skarb

Temu, kto zamyka się w podobnej, problematycznej wizji, pozostaje tylko rozpaczliwe szukanie doraźnych rozwiązań. Będzie myślał o rodzinie jak o niedościgłym ideale, do którego przybliżają się tylko wybitni zapaleńcy – i to za jaką cenę!

Pisząc o tym, wcale nie jestem naiwny. Znam różne małżeństwa i rodziny. Niektóre biegną, inne kuleją. Są też takie, które opadły z sił. Jeśli jednak czegokolwiek mnie nauczyły, to właśnie tego, że potrzebują zarówno obecności, jak i słowa prawdy. Wszystkie mówią wprost, że ten, kto moralizuje i ten, kto łudzi drogą na skróty, nie traktuje ich poważnie. To one zwróciły mi uwagę na to, że człowiek upokorzony własną nędzą zazwyczaj puka do drzwi kościoła. Wie, że tam może na coś, na kogoś liczyć. Być może na niego nakrzyczą, ale koniec końców jednak czymś się z nim podzielą. Rodzina – taka, która walczy i taka, która się poddaje – też ma prawo zapukać do drzwi Kościoła, który podzieli się z nią obecnością i słowem prawdy. Jak często powtarza papież, ona nie potrzebuje gabinetu urody za tanie pieniądze, ale szpitala polowego, z którego powraca się do życia.

Największym wyzwaniem duszpasterskim Kościoła nie jest pozbywanie się kryzysu rodziny, ale odkrycie, jakim ona jest skarbem – właśnie teraz. Nie wystarczy wziąć ją pod lupę. Trzeba pomóc jej nazwać rzeczy po imieniu. Pokazać perspektywę drogi, bez ukrywania, ile to kosztuje. Pomóc się rozwinąć i być sobą. Dlaczego? Bo to w rodzinie na wyciągnięcie ręki spotykamy człowieka, który nie jest sam. Jako dziecko, rodzeństwo, małżonek i rodzic, bez żadnej zasługi, przychodzi na świat z miłości i do niej dorasta. Jest w stanie na nią odpowiedzieć i wziąć odpowiedzialność. Wyraża ją w swojej cielesności, aż do przekazania życia. Taka właśnie lekcja z teologii ciała, prowadząca do spotkania z Wcielonym Bogiem, czeka na odrobienie.

Rodzina jest skarbem przez swoją zdolność budowania społeczeństwa. Bez niej można co najwyżej podliczać rachunki, ale nie da się ich zapłacić. Przede wszystkim jednak, bez rodziny nie da się liczyć na zaufanie, wychowanie i oddanie siebie do końca. To ona jest szkołą i gwarancją dobra wspólnego – czyli dobra każdej ludzkiej osoby, każdej kobiety i każdego mężczyzny, bez wyjątku. To kolejne zadanie domowe, które na nas czeka.

Szczególnym darem rodziny jest zdolność do łączenia przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Tylko ona rodzi i podtrzymuje więzi między pokoleniami. Gdy wszystko wokół zawodzi, ona jest dowodem na to, że sens życia polega na obietnicy, do której trzeba powracać i którą można wypełnić.

Na szczęście okazuje się, że bardzo wielu uczestników synodu ma świadomość potrzeby codziennego przerabiania podobnych lekcji, we wspólnocie Kościoła.

 

Rodzina jako Ewangelia

Rodzina jest przede wszystkim Bożym skarbem. Doświadczona w różny sposób: słabością, grzechem i ograniczeniami, potrzebuje uzdrowienia, aby prawdziwie pozostać sobą. Zawsze jednak nosi w sobie światło stworzenia i odkupienia, bo to sam Bóg ją wybrał, aby objawić siebie. To ona jest pierwszym kerygmatem, który wcale nie uległ przedawnieniu. Trudność polega na tym, że gdy wszystko wokół bije na alarm, bo diabeł desperacko szukając sposobu na człowieka dorwał się do rodziny, zachowujemy się tak, jakby chodziło o budzik, który przez pomyłkę zadzwonił w wakacyjny poranek. Wyłączamy dzwonek i obracamy się na drugi bok. Nadzwyczajne Zgromadzenie Synodu Biskupów zebrało się po to, żebyśmy jednak się obudzili.

Kryzys wiary i kryzys rodziny są ze sobą ściśle złączone. Nie tylko dlatego, że „bez Boga ani do proga”. Oczywiście, jeśli wykreślimy to, co duchowe, rodzinie zabraknie powietrza do oddychania. Na te trudności należy jednak spojrzeć także z drugiej strony: to kryzys rodziny prowadzi do kryzysu wiary. Jak można uwierzyć w Boga, który kocha, kiedy podważa się otwarcie życie, sens ojcostwa i macierzyństwa? Jak można uwierzyć w Boga, który się z nami nie rozwodzi, jeśli rozwód staje się tak pospolity jak promocje w sklepie?

Kilka miesięcy temu, w drodze powrotnej z pielgrzymki do Ziemi Świętej, Ojciec Święty w jednym zdaniu zawarł istotę październikowego Synodu Biskupów. Zapytał wówczas: „Co wnosi Chrystus do rodziny?”. Największą tragedią małżeństw i rodzin nie są bowiem problemy, które napotykają. One były, są i będą. Prawdziwy dramat zaczyna się wtedy, gdy we wspólnocie Kościoła i w Kościołach domowych gubimy z oczu Chrystusa i to, do czego On nas zaprasza.

Z jednej strony, to właśnie podstawowe doświadczenie rodzinne dostarcza nam słów, którymi możemy wyrazić tajemnicę Chrystusa: Syna i Oblubieńca. Z drugiej strony, Chrystus odkrywa pełny sens małżeństwa, które staje się sakramentem Jego zaślubin z Kościołem i uczestniczy w Jego miłości do końca. A sakrament to nie pobożne życzenia, ale fakt. Tam, gdzie żyje rodzina zrodzona z sakramentu małżeństwa, tam mieszka Chrystus. Stąd też żadna próba odnowy Kościoła nie przyniesie błogosławionych owoców, jeśli nie będzie się kontemplować tej szczególnej wspólnoty osób,  przeżywanej w rodzinach chrześcijańskich. Do tego właśnie zachęcała modlitwa papieża Franciszka napisana z okazji synodu. Nie wiem, ile razy do niej wróciliśmy. Mogę mówić tylko za siebie, że robiłem to zdecydowanie zbyt rzadko.

 

Nawrócenie duszpasterskie

Pierwszym owocem zakończonej właśnie pierwszej części synodu jest zwięzłe przesłanie, które mówi o pięknie i trudzie życia rodzin chrześcijańskich. Kolejnym jest dłuższy dokument, którego trzy punkty nie zostały przyjęte przez zgromadzenie biskupów. Chodzi o paragrafy mówiące o możliwości dopuszczenia do spowiedzi i Eucharystii osób rozwiedzionych żyjących w ponownych związkach, o ich uczestnictwie w Komunii duchowej, a także o sytuacji osób o orientacji homoseksualnej. Ojciec Święty zdecydował się jednak je opublikować, by pokazać spektrum problemów, nad którymi dyskutowano podczas obrad synodalnych.

Jakie mogą być dalsze owoce płynące z pierwszego etapu doświadczenia synodu? Po pierwsze, odkrycie miejsca i misji rodziny w Kościele. Po drugie, czas poświęcony tym, którzy odrzucają myśl o małżeństwie, tym, którzy się do niego przygotowują i tym, którzy stawiają w nim pierwsze czy kolejne już kroki. Wyjście naprzeciw tym, którzy się pogubili, i towarzyszenie tym, którzy idą wolniej. Po trzecie, głęboka formacja i coraz większa jedność rodzin i kapłanów. To z kolei prowadzi do odkrycia, że jesteśmy Oblubienicą Chrystusa i rodziną samego Boga. Próba zrozumienia współczesnych problemów rodziny prowadzi bowiem Kościół do autentycznego nawrócenia. To właśnie jest pierwszym i najważniejszym celem synodu.

 


 

 

Autor jest sekretarzem Katedry im. Karola Wojtyły i profesorem na Papieskim Instytucie Jana Pawła II do Studiów nad Małżeństwem i Rodziną w Rzymie.

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki