Śmierć tuż przed świętami pięciu polskich żołnierzy w Afganistanie na nowo wywołała pytania o sens naszej obecności wojskowej w tym kraju i udziału w wojnie, która jest praktycznie niemożliwa do wygrania. St. kpr. Piotr Ciesielski, st. szer. Łukasz Krawiec, st. szer. Marcin Szczurowski, st. szer. Marek Tomala i szer. Krystian Banach zginęli w wybuchu miny pułapki, kiedy wracali samochodem do polskiej bazy. Była to największa tragedia w historii naszych misji wojskowych po II wojnie światowej. W sumie liczba Polaków, którzy polegli w Afganistanie, wynosi już 37 osób.
– Śmierć pięciu naszych żołnierzy to kolejny dowód na to, że trzeba tę misję kończyć – uważa były wiceminister obrony narodowej Janusz Zemke. – Jeśli po dziewięciu latach naszej obecności ciągle ponosimy straty, i to tak duże, to pokazuje, że ta misja niestety nie odnosi pożądanych efektów. Oczywiście nie powinny być to działania pochopne – zastrzega polityk SLD, który postuluje, by stopniowo przekazywać odpowiedzialność za prowincję Afgańczykom.
Również prezydent Bronisław Komorowski podkreślał, że ta śmierć jest potwierdzeniem, iż metody czysto militarne nie przynoszą w Afganistanie efektów.
Zostać czy wracać?
O natychmiastowe wycofanie naszych żołnierzy z Afganistanu apeluje część polityków z Januszem Palikotem na czele. – Obecność naszych żołnierzy jest nieuzasadniona nie tylko z punktu widzenia interesów polskich, ale również interesów samych Afgańczyków – przekonują.
Takiemu stawianiu sprawy zdecydowanie sprzeciwiają się politycy PO i PiS. – To czysty populizm i wykorzystywanie tragicznego wydarzenia do zbijania kapitału politycznego – mówi przewodniczący Klubu PiS Mariusz Błaszczak. – Powinniśmy być w Afganistanie tak długo, jak będzie to konieczne w ramach naszych sojuszniczych zobowiązań w NATO. Wbrew temu, co się mówi, to jest nasza wojna. Problem walki z terroryzmem to także problem Europy – dodaje.
Podobnie wypowiada się Platforma. – Każda taka deklaracja może doprowadzić do większego zagrożenia życia naszych żołnierzy – mówi Robert Tyszkiewicz (PO), wiceszef Sejmowej Komisji Spraw Zagranicznych. – NATO planuje zakończenie misji do końca 2014 r. i powinniśmy się tego harmonogramu trzymać – dodaje.
Eksperci zwracają uwagę, że Polacy są w Afganistanie ze względu na przyszłość NATO i właśnie dlatego nie powinni przedwcześnie kończyć swojego udziału. – Kwestia zakończenia misji w Afganistanie jest podstawowym warunkiem spójności i przetrwania sojuszu. Co jest – a przynajmniej powinno być – żywotnym interesem narodowym Polski. Dlatego bardzo ważne jest, by Polska decyzję o wyjściu podjęła wspólnie z NATO. W przeciwnym wypadku może to grozić rozłamem w Sojuszu, który jest jednym z gwarantów polskiego bezpieczeństwa – uważa Andrew Michta, dyrektor warszawskiego biura German Marshall Fund. – To, że NATO podjęło się tej misji i zainwestowało w nią całą swoją wiarygodność, oznacza, że nie może wycofać się z Afganistanu bez zrealizowania choćby najbardziej podstawowych celów – podkreśla.
Ambicje na wyrost?
Nie zmienia to jednak faktu, że część ekspertów i polityków od dawna zwraca uwagę, że sposób i skala naszego zaangażowania w Afganistanie przekracza nasze możliwości. Zwłaszcza po tym, jak w 2008 r. przejęliśmy dowództwo w prowincji Ghazni. 2600 naszych żołnierzy odpowiada za spokój w jednej z najniebezpieczniejszych prowincji. O tym, że były to ambicje na wyrost, mówi się od lat. – Założenie, że bierzemy odpowiedzialność za prowincję było błędne. Wszyscy wiedzieli, że jeśli się weźmie odpowiedzialność za jakiś obszar, to będzie trzeba tę odpowiedzialność ponosić w stu procentach, nikt z zewnątrz nam nie pomoże w utrzymaniu pewnego poziomu bezpieczeństwa w „naszej” prowincji – podkreślał już w 2009 r. śp. Aleksander Szczygło, były minister obrony w rządzie PiS, który zginął w katastrofie smoleńskiej.
Efekt jest taki, że mimo poświęcenia naszych żołnierzy kontrolę nad znaczną częścią Ghazni sprawują dziś Talibowie, a Amerykanie nieoficjalnie przyznają, że Polacy sobie nie radzą. Dlatego w najbliższych dniach do Ghazni ma trafić 1,5 tys. amerykańskich marines, którzy wspomogą polskich żołnierzy.
Krytycy takiej formy naszego zaangażowania podkreślają również, że nasze wojsko nie ma odpowiedniego wyposażenia, by skutecznie walczyć z Talibami i kontrolować całą prowincję.
Olbrzymie koszty
Zwracają też uwagę na olbrzymie koszty afgańskiej misji. W sumie zaangażowanie naszych wojsk w tym kraju od 2002 r. kosztowało już niemal 5 mld zł. W tym w 2010 r. prawie 1,8 mld. Znaczna część tej kwoty to utrzymanie samego kontyngentu i zakupienie dla żołnierzy dodatkowego wyposażenia. To znaczna kwota w budżecie Ministerstwa Obrony Narodowej, który wynosi ok. 30 mld zł.
Dla porównania bardzo krytykowana misja stabilizacyjna polskich żołnierzy w Iraku w latach 2003–2008 kosztowała niecały miliard złotych (znaczną część kosztów zwracali nam Amerykanie). Pochłonęła też mniej ofiar. Na misji zginęło 22 polskich żołnierzy.
Nie dla ONZ
Skala naszego zaangażowania w Afganistanie sprawiła, że polskie wojsko zostało wycofane z innych misji, w których brało udział, głównie tych pod auspicjami Organizacji Narodów Zjednoczonych. W 2009 r. po 35 latach została zakończona misja pokojowa naszych żołnierzy na Wzgórzach Golan w Syrii. 17 lat trwała również zakończona obecność polskich żołnierzy na misji ONZ w Libanie. Wycofano również żołnierzy służących na misjach ONZ i UE w Czadzie.
Rezygnacje z misji ONZ za błąd uważa wielu ekspertów, podkreślając, że udział w nich gwarantuje lepszą pozycję w ważnych dla bezpieczeństwa Polski, międzynarodowych dyskusjach. Ich zdaniem misje te wciąż są też doskonałą okazją, by żołnierze poznawali standardy i specyfikę międzynarodowych struktur. Wskazują, że podnoszone początkowo przez kierownictwo ministerstwa argumenty o oszczędnościach z tytułu wycofania żołnierzy są pozorne, bo ONZ zwraca ok. 60 proc. kosztów. Misje te pociągają też za sobą znacznie mniej ofiar niż operacje w Iraku i Afganistanie.
Obecnie poza Afganistanem polscy żołnierze służą tylko na Bałkanach. Ok. 200 z nich bierze udział w misji KFOR w Kosowie. Kolejnych 200 w ramach misji UE w Bośni.
Bilans zysków i strat
W ciąż otwarte pozostaje pytanie, czy udział polskich żołnierzy w misjach zagranicznych przynosi więcej zysków niż strat. Ich krytycy zwracają uwagę na wspomniane już olbrzymie koszty. Podkreślają, że nie sprawiają też one, by żołnierze byli przez to lepiej przygotowani do obrony naszego kraju. – Uczestnictwo w misjach powoduje, że nasza armia staje się armią do „misji pokojowych”, a nie do walki, wojsko uczy się teraz ochrony konwojów, a nie obrony czy natarcia – twierdzą.
Większość ekspertów podkreśla jednak, że udział w tych operacjach był bezcenną lekcją dla żołnierzy, którzy mogli sprawdzić się w warunkach bojowych i nauczyć współdziałania z kolegami z zagranicy. – Siły zbrojne, które są zdolne do działania w operacjach ekspedycyjnych, są z definicji lepszą rękojmią na wypadek zagrożenia bezpieczeństwa niż wojska spędzające czas na manewrach – uważa Olaf Osica, ekspert ds. bezpieczeństwa międzynarodowego z Collegium Civitas.
Oficjalnie misja polskiego kontyngentu wojskowego została w październiku przedłużona do 13 kwietnia 2012 r. Z kolei nasza strategia afgańska jest zawarta w dokumencie „Kierunki zaangażowania Polski w Afganistanie w latach 2011–2014”. Zakłada on stopniowe przekształcanie misji z bojowej na szkoleniową i jednocześnie stopniową redukcję kontyngentu aż do jej zakończenia w 2014 r. Pytanie „jak długo polscy żołnierze pozostaną w Afganistanie?” przynajmniej w najbliższych miesiącach pozostanie więc nadal bez konkretnej odpowiedzi.