„Nie karm książkowego potwora. Kupuj mądrze” to facebookowa akcja, która rozpoczęła dyskusję na temat rynku księgarskiego w Polsce. Wszyscy doskonale wiedzą o tym, że „książkowym potworem” jest największa sieć księgarni w Polsce, której nazwa zaczyna się na literkę „e”.
Jeszcze do niedawna nikt nie chciał zadzierać z Empikiem. O przedziwnych praktykach tej sieci w środowisku księgarzy i wydawców płyt rozmawia się od kilku lat. Nawet teraz, gdy w internecie rozgorzała dyskusja, o której piszą również codzienne gazety, rzecz nazywają po imieniu tylko wydawnictwa duże i uznane. Małe firmy wciąż boją się Empiku i szybko przeliczają sobie, że bardziej opłaci im się zgodzić bez szemrania na warunki stawiane przez Empik, niż w tej sieci po prostu nie istnieć. Szum wokół sklepu ma swoje źródło w buncie czytelników, którzy przyłączyli się do akcji zainicjowanej między innymi przez redaktora naczelnego wortalu (portalu tematycznego) literackiego Granice.pl, Sławomira Krempa. „W pierwszym etapie naszej akcji zachęcaliśmy czytelników, by nabywali oni książki w małych księgarenkach, w księgarniach internetowych, poza wielkimi sieciami salonów multimedialnych. W etapie kolejnym chcemy dać sygnał do zmiany – pragniemy, by to miłośnicy książki nakłonili firmy działające na rynku książki do podpisania Deklaracji dobrej woli – dokumentu opisującego korzystne dla czytelników i przedsiębiorców zasadywspółpracy”– pisze on na Facebooku. Społeczność, która nie ma zamiaru „karmić książkowego potwora” liczy już niemal 6 tys. osób. Choć nie pada żadna nazwa, wszyscy i tak wskazują palcem na Empik. Czy sklep odczuje ten fakt w kasie? Czy sprzedaż spadnie? A przede wszystkim, czy wydawcy wreszcie sami podejmą walkę z siecią, której zarzucają nieuczciwość i niewywiązywanie się z umów?
Za ile ta półka?
Przeciętny klient salonów sieciowych nie ma pojęcia o większości nieuczciwych praktyk sprzedawcy. Odwiedza salon, który na pierwszy rzut oka robi wrażenie pełnego książek i płyt. Jak dziecko wierzy, że na półce z bestsellerami stoją rzeczywiście książki czy płyty najlepiej się sprzedające. Ufa, że na wyeksponowanym stoliku z nowościami sprzedawca wystawia najwartościowsze wydawnictwa. Jednak prawdziwy czytelnik na pewno zauważy, że wśród nowości stoją książki, które dawno nowościami przestały być. Albo że na liście najlepiej sprzedających się książek istnieje tytuł, którego nie ma jeszcze nawet w sprzedaży. Albo że najbardziej widoczne są tytuły pewnych wydawnictw, ale inne już trudno odnaleźć, a czasem jest to niemożliwe. Naiwnie ufamy, że największa sieć księgarni w Polsce powinna mieć w swej ofercie wszystkie dostępne tytuły, szczególnie te, które otrzymują nagrody literackie. Księgarzowi z pasją zależałoby na tym. Ale można odnieść wrażenie, że największa księgarnia sieciowa w Polsce to po prostu tylko ogromne przedsiębiorstwo handlowe nastawione jedynie na zysk, gdzie liczy się tylko pieniądz, a dobra książka to po prostu taka, na której można najwięcej zarobić. Joanna, która pracowała ponad rok na kierowniczym stanowisku w salonie Empiku w dużym mieście mówi: „Tak zwane topki, czyli najlepiej sprzedające się tytuły są odświeżane co dwa tygodnie. Większość z nich faktycznie jest rozlokowana na podstawie sprzedaży, ale zdarzają się tytuły, które w dniu dotarcia do salonu już są na <<topce>. Dziwne, prawda? Za ekspozycję tytułów na stołach promocyjnych płaci wydawca. Tam są tylko zapłacone tytuły. Co dwa tygodnie pracownicy dostają listy z towarem, który ma na takim stole się znaleźć”.
Niewiele wydawnictw stać na takie wydatki. A stolik promocyjny od listopada staje się nawet kilka razy droższy. Podobnie drożeje miejsce w katalogu Empiku: wydawca, jeśli chce, aby jego tytuł się tam znalazł, musi zapłacić od 20 do 50 tys. zł. Tymczasem sieć, która narzuca nawet 60-procentową marżę na cenę książki, ma kilkumiesięczne zaległości w spłatach za towar. Jednym słowem: bierze od wydawcy partię książek, za które płaci nawet po pół roku. Albo i nie płaci, tylko zwraca niesprzedany towar z powrotem do magazynu wydawcy.
Efekt domina
Czytelnik mógłby powiedzieć: no dobrze, ale co mnie to obchodzi? Przecież jeśli wydawca się na to wszystko zgadza, to co ja mam do tego? Świadomy czytelnik jednak powinien wiedzieć, że właśnie niedotrzymywanie terminów płatności uchodzi za jeden z najpoważniejszych problemów na rynku książki. – Wydawcy mają coraz większy problem zodzyskaniem pieniędzy za swoje książki– podkreśla Małgorzata Gutowska-Adamczyk, autorka bestsellerowej serii „Cukiernia pod Amorem”, która przyłączyła się do akcji. „Przez to maleje liczba tytułów pojawiających się w księgarniach, przez to maleją nakłady na marketing, przez to coraz większe problemy mają redakcje pism i serwisów literackich, przez to z kolei cierpią czytelnicy, poszukujący interesującej i naprawdę dobrej lektury. I właśnie czytelnicy są największą nadzieją na ozdrowienie sytuacji”. To wcale nie brzmi abstrakcyjnie. Działa tu efekt domina. Wydawca przez takie zaległości i zamrażanie własnych pieniędzy przez Empik traci płynność finansową. Po pierwsze więc, traci wydawca, który, ponieważ wciąż nie ma pieniędzy za sprzedaż swoich książek, nie może zrobić dodruku. Szuka najtańszych drukarni i najtańszych rozwiązań. W końcu odkłada wydanie kolejnego tytulu. W najgorszym wypadku zaczyna zachowywać się jak Empik, uważa, że nie ma wyjścia i nie może zapłacić autorowi, bo nie ma na to środków. Jeden z polskich muzyków mówi: „Moje płyty wydaje mała niezależna wytwórnia. Z Empikiem zawsze był problem. Dostaję tantiemy od każdej sprzedanej płyty. Empik zamawiał jakąś ilość płyt od firmy i ta ilość musiała być przez wydawcę uznana za sprzedaną. Po każdym kwartale firma rozlicza się ze mną. Po pół roku dostawałem nagle rozliczenia ujemne, z minusem przy sumie, co mnie bardzo dziwiło. Okazało się, że Empik, który nie sprzedał zamówionej na początku ilości płyt, po prostu po jakimś czasie zwracał je wydawcy. Ponieważ firma już mi zapłaciła tantiemy od pierwszego zamówienia, więc teraz musiałem je oddawać i byłem na minusie. Empik zalega z płatnościami mojemu wydawcy, a ja z tego powodu od roku nie otrzymuję należnych mi ZAiKS-ów i tantiem wykonawczych. Bo mój wydawca stracił płynność finansową. Wypłatę należnych mi pieniędzy uzależnia od tego, czy i kiedy zapłaci mu Empik”.Świadomy czytelnik i słuchacz powinien wiedzieć, że kupując książki i płyty w wielkiej sieciowej księgarni wspomaga jej szefów prowadzących nieuczciwą grę handlową, na której tracą wydawcy, pisarze i artyści.
Mała księgarnia
Wydawcy zebrali się na odwagę i choć nie mówią o konkretnych sumach zadłużenia, bo obowiązuje ich obustronna tajemnica handlowa, to jednak mimochodem rzucają, że chodzi o kwoty kilkuset tysięcy złotych. Rozmawiają o tym, czy nie wpisać Empiku do Krajowego Rejestru Długów, a to już popsuje wizerunek firmy na długo. Ale czy się odważą?
Co może zrobić czytelnik? Może kupować książki w małej księgarni, wspomagając lokalny handel. W miejscu, gdzie to książka jest najważniejsza, bo jest dobrem kultury, a nie towarem. To nieprawda, że niewielka księgarnia może zaoferować niewielką ilość książek. W takim miejscu każdy sprzedawca jest pasjonatem i czytelnikiem, chętnie każdą książkę na specjalne życzenie zamówi. Przy okazji z największą przyjemnością o niej porozmawia i coś poleci. A szukając książki Alberta Camusa, nie będzie patrzył pod literkę „k”. Wygląda na to, że to my, czytelnicy, możemy pomóc wydawcom, autorom i właścicielom niezależnych księgarni. Przynajmniej udało się sprowokować dyskusję na temat rynku książki w Polsce.