Ta partia to oczywiście Ruch Poparcia Palikota. Oznacza to, że jej racją bytu będzie nieustanne atakowanie wartości chrześcijańskich, a sposobem działania prowokacja. SLD zapewne stanie do tej licytacji, walcząc o prymat na lewicy, zaś PO chętnie przyjmie rolę arbitra. Bynajmniej nie gasząc awantur odwracających uwagę od problemów, z jakimi nieuchronnie zderzy się nowy rząd.
Czym się zajmują posłowie?
Parlament kojarzy się z miejscem, gdzie rozstrzygają się losy kraju. W pewnym sensie nadal tak jest, bo ustrój Polski wciąż jest demokracją parlamentarną. Trudno jednak zaprzeczyć tezie, że najważniejsze decyzje podejmowane są już gdzie indziej. Nawet nie na forum rządu, ale w wąskiej grupie najbardziej zaufanych doradców premiera, a zarazem szefa największej partii. Rada Ministrów z kolei skupia się na przygotowywaniu projektów ustaw, co teoretycznie powinno być zadaniem posłów. A zatem: rządzi premier i jego kancelaria, zaś rząd – ponieważ nie jest egzekutywą – przejmuje zadania ustawodawcze. Co zatem robi parlament?
W minionej kadencji przyjął setki ustaw, trudno zatem posłów i senatorów oskarżać o lenistwo. Choć z drugiej strony większość z nich miała niewielką orientację „za” albo „przeciw” czemu podnosiła rękę. Ustawy przedkładał rząd, zatem większość sejmowa z założenia je popierała, kierując się instrukcjami od kierownictwa swojego klubu parlamentarnego. Sejm stał się maszynką do głosowań.
Arena igrzysk
Parlamentarzyści oczywiście gorąco zaprotestują. Przecież to właśnie w Sejmie znajduje się boisko, na którym rozgrywane są polityczne boje. Tylko co to za boje? W jakich sprawach fechtują posłowie? Co zwalczają, a czego bronią? Co dla nich znaczy słowo „polityka”? Gdy debata dotyczy sytuacji finansów publicznych, reformy emerytur, sytuacji na rynku pracy – sala pustoszeje. Napełnić ją w stanie jest jedynie awantura między partiami. A powód się zawsze znajdzie. Wystarczy zajrzeć do gazet. Agendy sejmowych awantur nie wyznacza bynajmniej konwent seniorów. Także w tej kwestii decyzje zapadają w „biurze politycznym” partii rządzącej. Najgłośniejsze kampanie ostatnich miesięcy: o pedofilów, dopalacze, hazard, czy walkę ze stadionowym chuligaństwem skomponowane zostały z doskonałym wyczuciem natury demokracji medialnej. To ona wybija dziś rytm walki politycznej. Posłowie przypominają zaś zaciężne armie, które w ten rytm ruszają w bój. Chodzi w nim jedynie o rozgrzewanie postpolitycznych emocji. Nie jest to w żadnym razie polityka rozumiana jako sztuka roztropnego zabiegania o dobro wspólne. Parlament stał się dziś miejscem nie tyle skupiania uwagi na sprawach ważnych, co odwracania uwagi od realnych problemów, hipnotyzowania rodaków. Stał się areną igrzysk.
Wojna kulturowa
Rozpoczynająca się właśnie kolejna kadencja wymagać będzie od posłów zmierzenia się z nie lada wyzwaniami natury ekonomicznej i społecznej. Tymczasem pierwszym tematem, jaki został wrzucony parlamentarzystom – jest obecność krzyża w sali obrad Sejmu. Słowo „wrzucony” jest tu równie istotne jak sam mechanizm przesądzania o tym, czym posłowie powinni się zajmować. Już widać, że będzie on taki sam, jak w poprzedniej kadencji: należy szukać tego, co dzieli, nastawiać ludzi przeciw sobie, wpędzać w kompleksy i straszyć. To w skrócie program igrzysk.
Kościół, zarówno jako instytucja, jak i wspólnota ludzi wierzących, może się spodziewać najgorszego, bo doskonale spełnia wszystkie wyżej wymienione warunki. Można nim straszyć, można go wyśmiewać, doskonale nadaje się jako punkt odniesienia dla „postępowców”. Przechodzący na pozycje merytorycznej opozycji PiS, przeżywający wewnętrzne kłopoty, nie spełnia już takiej roli jak dawniej. Przeciwnika trzeba zatem szukać gdzie indziej: w Kościele. Nadchodzi czas wojny kulturowej.
Zamiast kryzysu
Janusz Palikot, choć dziś na czele własnej drużyny, jak przed laty idzie w sukurs Donaldowi Tuskowi. Doskonale wie, że krzyża z sali Sejmu nie usunie. Nie ma także szans powodzenia żadna ustawa dotycząca rugowania symboli wiary z obiektów publicznych. Nie uda się wypchnąć nauki religii do sal katechetycznych. Po prostu nie ma (jeszcze) sejmowej większości, by dokonać formalnej dechrystianizacji przestrzeni publicznej. Zbyt żywe jest przywiązanie do tradycji, także w szeregach posłów nowej/starej koalicji rządzącej. A mimo to właśnie kwestie dotyczące sumienia i obyczaju, a nie kryzysu zajmować będą posłów. Skorzysta na tym pośrednio premier. A Palikot? Liczy, że na antyklerykalnej fali wzmocni swoją pozycję polityczną. I będzie miał w tych rachubach mocne wsparcie. Czeka nas zapewne zmasowana kampania antykościelna prowadzona przez jednolity front medialny. A właściwie kontynuacja kampanii wyborczej, która w efekcie wprowadziła Ruch Palikota do parlamentu. „Gazeta Wyborcza” już przekonuje, że sprawa obecności krzyża w Sejmie, to nie jest temat zastępczy, lecz główny. Bo Polska „odstaje” od Europy w kwestiach obyczaju i stosunku do religii. Czas to zmienić!
Misja rozmiękczania
Poza drużyną Palikota trudno w Sejmie znaleźć posłów przejętych taką misją. Nawet w SLD, którego starzy działacze po 1989 r. już z Kościołem wojować przestali. Są oczywiście w PO „ziomale Nergala”, i to w sporej grupie, ale partia o ambicjach hegemona sceny politycznej nie może sobie pozwolić na otwartą wojnę kulturową. Wystarczy jednak, że na ostre debaty nad propozycjami antyklerykałów będzie zezwalać. Choćby po to, by „rozmiękczać” opinię publiczną. Nastawiać ją negatywnie do odprawiania „katolickich guseł”, przyzwyczajać do profanowania symboli religijnych, stawiać nieustannie kwestię świeckości państwa, związków partnerskich, edukacji seksualnej. Niewykluczone, że właśnie te dwa ostatnie tematy zyskają mniej lub bardziej dyskretne wsparcie PO. Bo wsparcie głównego nurtu mediów mają już od dawna. A Platforma nieustannie monitoruje stan polskich umysłów, wiedząc o nas to, czego sami jeszcze sobie nie uświadamiamy.
Moment, kiedy Donald Tusk powie z sejmowej trybuny, że już nadszedł czas na legalizacje związków partnerskich i powierzy Wandzie Nowickiej stanowisko ministra edukacji (seksualnej) będzie oznaczał jedną z dwóch rzeczy: albo w krajutak źle się dzieje, że to przeoczyliśmy, albo... Polacy naprawdę się zmienili.