Logo Przewdonik Katolicki

Betonowa pułapka

Adam Suwart
Fot.

W zakamarkach miejskich sypialni, wielkich blokowisk, w których mieszkają miliony Polaków, czają się liczne pułapki. Szczególnie latem wpadają w nie ci spośród cieszących się wakacjami uczniów, którym nie dane jest wyjechać na obóz, kolonię czy wczasy z rodzicami.

 

 

Skradał się jak wilk. Choć widziałem go z daleka, z odległości, która nie pozwala zapamiętać rysów twarzy, odnosiłem wrażenie, że jego oczy lśnią złowrogo z oddali, mimo blasku popołudniowego słońca. Plastyczna sylwetka zaskakiwała zwinnością. Wśród zmorzonych upałem ludzi, zwalniających tempo, on wyróżniał się szybkim krokiem, gwałtownymi zwrotami ciała, na które jednak nikt dookoła nie chciał zwrócić uwagi. Gdy obróciłem głowę, by po chwili skierować spojrzenie w to samo miejsce, jego już nie było. Po kilku sekundach dostrzegłem go znów, po drugiej stronie ruchliwej ulicy. Drobiąc kroki, zgrabnie mijał nieco bardziej ociężałych przechodniów. Przeskakiwał z nogi na nogę, zdawał się wręcz momentami unosić w powietrzu, tak chybotliwy i pełen trudnego do uchwycenia balansu był jego krok. Nagle chwycił z ustawionego na chodniku straganu dorodny owoc, chyba brzoskwinię i – jak gdyby nigdy nic – szedł, a właściwie tańczył, idąc dalej. Straganiarka nawet nie zorientowała się, że pod koniec dnia stwierdzi manko.

 

Łup Mieszka

Kelnerka wyłoniła się z wnętrza filigranowej kawiarenki, by podać kawę. Huk jednej z ulic warszawskiego centrum pozwalał zapomnieć o sączącym się z nieba skwarze tego czerwcowego dnia. Tysiące ludzi, jak to w Warszawie, przemierzało w sobie wiadomych kierunkach ulice, tworząc wielobarwny kobierzec, który zdawał się falować tą masą różnorodnych letnich kreacji, zwiewnych sukienek, pstrokatych hawajskich koszul czy bermudów. Wszyscy tęsknili już do pozamiejskiej kanikuły, do wyjazdów na egipskie plaże, Dominikanę, szmaragdowo lśniącą Teneryfę czy po prostu nad podwarszawskie jezioro, albo choćby na Mazury.

Zafrapowany serwowaną mi kawą i natarczywym wzrokiem kelnerki, która domagała się natychmiastowej zapłaty, straciłem z oczu giętką postać ze skradzioną brzoskwinią w dłoni. Uświadomiłem sobie, że człowiek ów, zapewne młody wiekiem, mimo że zwrócił akurat moją uwagę, poruszał się w tłumie zupełnie incognito. Paradoksalnie, pośród kolorowej konfekcji, w jaką odziana była większość przechodniów warszawskiej ulicy, on wyróżniał się banalnymi szarymi spodniami dresowymi, ciemną czapką z daszkiem i burym podkoszulkiem. Mimo to pozostawał niezauważony.

Nagle jednak ten sam tajemniczy człowiek pojawił się, nadchodząc z drugiego końca ulicy. Stopniowo zbliżał się do ogródka kawiarnianego, w którym starałem się wypić niezbyt dobrą kawę o skomplikowanej włoskiej nazwie, nieświadom, że jest obserwowany.

Przyglądając się już teraz z bliższej odległości, zauważyłem, że chłopak, bo wiek człowieka mogłem oszacować na 15-16 lat, jest niezwykle czujny. Świdrującym spod daszka czapeczki wzrokiem rozgląda się na boki, wykonuje – zdałoby się – dziesiątki ruchów w jednej chwili, nagle skręca w bok, podchodzi do zaparkowanego samochodu i kilkoma wprawnymi ruchami demontuje boczne lusterko. Za chwilę ginie w tłumie przechodniów.

Teraz ja rzucam się w pogoń. Z satysfakcją pozostawiam niedopitą, niesmaczną kawę i daję się wciągnąć rytmowi ulicy. Omijanie w biegu znacznie wolniej poruszających się ludzi wcale nie jest łatwe. Co rusz potrącam kogoś, narażając się na przekleństwa i szarpnięcia. Szczęśliwie jednak złodziej brzoskwini i lusterka samochodowego jest w zasięgu mojego wzroku. Po chwili znika za narożnikiem przecznicy. Skręcam i ja, wpadając w spokojniejszą uliczkę, łączącą – na dłuższym odcinku względnej ciszy – dwie hałaśliwe arterie.

Złodzieja nie ma. Przemierzam ulicę, z rzadka mijając nielicznych przechodniów, ale ofiary mojego pościgu już nie dostrzegam. Zrezygnowany postanawiam zawrócić. Nagle, zza węgła socrealistycznej kamienicy coś błyska. Dostrzegam fragment sylwetki odzianej w spodnie od dresu. Tak! Złodziej z lubością ogląda tu swój łup. Jest tak zafascynowany, że stracił całą swoją czujność sprzed kilkunastu minut. Już po chwili musi się przede mną tłumaczyć.

 

 „Praca dla frajerów”

Mieszko ma 15 lat. Nie ubliżając mu, można powiedzieć, że jest typowym osiedlowym chłopakiem. Choć skończył się dla niego rok szkolny, ubolewa – przeklinając soczyście – że będzie powtarzał drugą klasę gimnazjum. Kilka ocen niedostatecznych, bo przecież szkoła to „więzienie” i „bzdura”, by przytoczyć najbardziej cenzuralne określenia. Teraz jest na wakacjach i – jak sam twierdzi – „dorabia”, żeby poznać dziewczynę i jeszcze w sierpniu wyjechać z nią nad morze. Zapytany, czy kradzież jest godnym sposobem zarabiania, mówi wyniośle, że ulotki mogą roznosić tylko „frajerzy”. Jedyną niedogodnością w jego „pracy” są – jak wyznaje – zorganizowane szajki młodocianych złodziei, przed którymi musi się ukrywać. Pewnego razu jeden z konkurentów złapał go in flagranti i tak wykręcił rękę, że gdyby akurat ktoś nie nadszedł, pewnie by mu ją złamał.

Mieszko nie chce wiele o sobie powiedzieć. Sposobem udaje mi się jednak dowiedzieć, że mieszka na Bródnie. W blokowiskach wzniesionych tam w latach 70. Na swoim osiedlu nie ma jednak latem czego szukać. Zresztą serdecznie go nienawidzi. – Pełno jest tam starszych chłopaków. Jak się wieczorami naćpają, okupują ławki i strach przechodzić obok – przyznaje. Dlatego Mieszko stara się po zmroku nie wychodzić z domu. Zresztą wtedy i tak jest pod kontrolą zmęczonych późnym powrotem z pracy rodziców. – Matka pracuje w szpitalu – Mieszko nie chce powiedzieć, w jakim charakterze. Ojciec jest kierowcą autobusu. Rodzice nie mają pojęcia, czym trudni się ich syn, gdy oni są w pracy. Wakacje chłopak spędzi w Warszawie. Liczy, że pozna dziewczynę. Nie ma jednak pomysłu, jak to zrobić. Namawia rodziców, żeby kupili mu laptopa, może wtedy pozna miłość swojego życia przez internet.

Na końcu rozmowy postanawiam go bardzo nastraszyć, że złamie sobie życie, bo prędzej czy później złapie go policja, zarejestruje miejski monitoring albo – co gorsza – wpadnie w ręce przestępców. Barwnie opowiadając o tych zagrożeniach, osiągam chyba jakiś efekt, bo w oczach gimnazjalisty pojawia się strach. – Kup lepiej gazetę, poczytaj, jest dużo ośrodków kultury, półkolonii, miejsc spotkań, gdzie latem możesz zrobić coś wartościowego i poznać wielu rówieśników – mówię. – Ale nigdy nie kradnij! – dodaję dosadnie i mentorsko. Gdy po chwili dzwoni mój telefon i nieostrożnie odwracam się, robiąc parę kroków, by przeprowadzić rozmowę, ani się spostrzegam, jak mój rozmówca znika mi już definitywnie z pola widzenia.

Jako nieudolny i spontaniczny streetworker nie mam pojęcia, czy chłopak wziął sobie moje tyrady do serca.

 

Sami na pustyni blokowisk

Z najnowszych statystyk wynika, że ponad dwie trzecie polskich dzieci i młodzieży nie wyjedzie nigdzie na wakacje. Będą więc skazani na niepełną kontrolę swych rodziców, zabieganych pośród codziennych obowiązków, tak bardzo zapamiętałych w mozolnym wypracowywaniu elementarnych podstaw egzystencji swej rodziny, że paradoksalnie czasem tracą z pola widzenia swe pociechy, dla których przecież w dużej mierze pracują. W ten sposób dla setek tysięcy uczniów w dużych polskich miastach, wymuszonym wakacyjnym sztafażem staną się blokowiska. Te okazują się prawdziwym mikroświatem.

– Bardzo trudno jest nam zapanować nad młodzieżą na osiedlach, szczególnie latem – przyznaje chcący zachować anonimowość dzielnicowy z Wrocławia. Policjant, który w swym rejonie ma jedno z wielkich osiedli wybudowanych w epoce Gierka, jednym tchem wymienia najpoważniejsze zagrożenia: przede wszystkim narkotyki, rozboje z udziałem nieletnich, kradzieże i włamania, ale także prostytucję i nieszczęśliwe wypadki. Policjant zaznacza, że nieletni sprawcy tych działań wcale nie muszą pochodzić z tak zwanych patologicznych rodzin. – Zresztą, jak zdefiniować patologiczną rodzinę? – pyta retorycznie. Czy to taka, gdzie ojciec jest alkoholikiem i urządza burdy w domu, zastraszając matkę i dzieci; czy taka, gdzie dobrze sytuowani rodzice – z wyższym wykształceniem i na tak zwanych stanowiskach – nie umieją dopilnować swojego dziecka, które wpada w świat uzależnień, w złe towarzystwo, uciekając często od formalnie poprawnej, choć pozbawionej uczuć atmosfery domu rodzinnego.

Młodzież na licznych w polskich miastach osiedlach znajduje niebywałe miejsca spotkań: stare suszarnie w blokach, maszynownie dźwigów czyli wind, boczne, nieużywane klatki schodowe, upstrzone nieudolnym graffiti i śladami przypaleń od papierosów na ścianach. System obsiadania ławek osiedlowych młodzi ludzie mają tak doskonale opanowany, że często wiedzą, kiedy opuścić dane miejsce, by uniknąć konfrontacji z  patrolem policji. Napotkani na jednym z poznańskich osiedli młodzi ludzie, którzy bez żenady pili piwo pod jednym z bloków, odpowiedzieli rezolutnie, że „przecież policja nie ma tu rejonu służbowego”, więc nic im nie grozi. Mogli się jednak przeliczyć, gdyż w wielu miejscach zagrożeń na naszych osiedlach pojawiają się także nieumundurowani policjanci.

 

Wszyscy jesteśmy „pracownikami ulicy

Budowane w latach 70. i 80. minionego stulecia w technologii wielkopłytowej wielkie osiedla miały w założeniu otrzymać efektywną społecznie infrastrukturę: nie tylko sklepy, pocztę i aptekę czy przychodnię zdrowia, ale też domy kultury, harcówki, szkoły i biblioteki. Niestety propagandowy charakter działań w wielu tego typu placówkach w okresie PRL-u skompromitował je, a odium to ciąży na nich do dziś. Obok ośrodków kultury dla dzieci i młodzieży, z sukcesami działających w sercach wielkich blokowisk, są też takie, które ustąpiły miejsca centrom handlowym. Nadal na wielu osiedlach w największych polskich miastach nie ma żadnej oferty dla pozostającej w czasie wakacji w miejscu zamieszkania młodzieży. Zaś monotonia bloków i wszechobecna nuda, której młodzież, taka jak Mieszko z warszawskiego Bródna, często nie umie konstruktywnie zapełnić, sprzyja wykolejeniu, zejściu na złą drogę.

Pośród polskich blokowisk nadal potrzebna jest uwaga i troska o najmłodsze pokolenie. W wielu miejscach powinni pojawiać się streetworkerzy. Niekoniecznie muszą to być profesjonalni pracownicy socjalni. Takimi „ulicznymi pracownikami”, łowcami zagubionych i „nieprzystosowanych” mogą stać się księża z pobliskiej parafii, sąsiedzi, rodzice, starsze rodzeństwo, pracownik osiedlowej biblioteki, dzielnicowy, nauczyciel czy wreszcie każdy z nas, przypadkowych przechodniów.

 

Imię bohatera, o ile podał prawdziwe, zostało zmienione.

    

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki