Logo Przewdonik Katolicki

"Poznańczycy" bez prezydenta

Adam Suwart
Fot.

Pokutujące jeszcze niekiedy w niektórych regionach Polski przekonanie o swoistej antybitności Wielkopolan powinno być zawstydzające, szczególnie w obliczu ostatnich badań i publikacji.

 


 

   Wielkopolanie czy poznaniacy nie cieszą się w powszechnym postrzeganiu opinią szczególnie bitnych, chętnych do wojaczki „za obcego cara czy cesarza”; zbyt często przypisuje się im także utylitaryzm, zbliżony do konformizmu, oraz skrajny materializm, wyśmiewany często w innych regionach w figurze „poznaniaka – polskiego Szkota”. Dopóki tego typu stereotypy są jedynie formą żartu, jakimi rodacy z innych regionów darzą Wielkopolan, dopóty są raczej testem na poczucie humoru, którego nota bene także odmawia się poznaniakom. Sęk w tym, że stereotypy te sięgają znacznie głębiej, a ich skutkiem jest znaczna nieświadomość co do wpływu Wielkopolan w budowę wolnej i niepodległej Polski. Klasycznym przykładem jest chociażby powstanie wielkopolskie z lat 1918/1919, które jako zryw nie tylko zwycięski militarnie, ale i przynoszący konkretne skutki polityczne, przez lata był w powszechnym odbiorze mało znany poza regionem. Jeszcze mniejsza wiedza dotyczy ogromnego wkładu Wielkopolan w budowę zrębu II Rzeczypospolitej. No bo jak tu uwierzyć, że Wielkopolanie, którzy ze swojej ziemi wprawdzie usunęli Prusaków, zdołali zaraz potem wyjechać na wschód, by solidarnie z innymi Polakami odpierać bolszewicką nawałę?

 

Dowód dla czytelnika

A jednak im się to udało. Jak do tego doszło, opowiada w sposób detaliczny i obrazowy najnowsza książka, wydana przez Dom Wydawniczy „Rebis”. Detaliczny, bo książka obfituje w opisy konkretnych wojennych epizodów, potyczek czy wypraw; prezentuje takie detale, jak elementy umundurowania, liczne dokumenty archiwalne, opisy broni czy reprinty rozkazów i żołnierskich nekrologów; obrazowy – gdyż publikacja jest w istocie albumem zaskakującym bogactwem ponad 800 fotografii archiwalnych, najczęściej nigdy dotąd niepublikowanych, w tym fotografii portretowych żołnierzy, ich legitymacji służbowych, map i szkiców. A wszystko pod tytułowym hasłem książki: „Poznańczycy w wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1921”, której autorem jest dr Bartosz Kruszyński z Zakładu Historii Wojskowej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Już edytorsko album robi imponujące wrażenie – twarda okładka z wymownymi reprodukcjami, przedstawiającymi owych „poznańczyków” w ujęciach sprzed 90 lat z frontu wschodniego, duży format i dobrej jakości papier zachęcają do lektury (i – za sprawą wielu zdjęć - oglądania!), mimo że publikacja ma ponad 500 kart dużoformatowych.

Dr Kruszyński tworząc album wyszedł właśnie z założenia, że z udziału wielkopolskich żołnierzy w wyniszczających konfliktach na Kresach Wschodnich „niewiele osób zdaje sobie sprawę”. Tymczasem postawa i działania tych żołnierzy zasługują na nasze uznanie i zobowiązują do zachowania pamięci. Znakomicie zorganizowane oddziały i świetnie przeszkoleni żołnierze o wysokim morale opuścili Wielkopolskę po sukcesie powstania, które wyzwoliło ten region, by bić się o wschodnią granicę Rzeczypospolitej. Sprawność Armii Wielkopolskiej była efektem znakomitej organizacji zaprowadzonej za sprawą generała Józefa Dowbora-Muśnickiego. To on wprowadzał karność i dyscyplinę, które w połączeniu z tradycyjną wielkopolską pilnością i poznańskim zapałem do pracy dawały rewelacyjne efekty. Kształtujący się już wówczas etos powstańców – uczestników zwycięskiego boju o najstarsze polskie ziemie, z pewnością dodawał Wielkopolanom na Wschodzie bitności i podsycał ich wiarę w kolejną wiktorię. Paradoksalnie, owi ciemiężeni przez zaborcze stulecie Wielkopolanie, także poprzez wcielanie ich do obowiązkowej służby w pruskim wojsku, wynieśli stamtąd znakomite wzorce pruskiej strategii i taktyki wojskowej. Już wtedy jednak wielkopolscy wojacy prowokowali pewną, skrywaną bądź nie, zawiść i niechęć ze strony żołnierzy z „Kongresówki” i „Galicji”. Bartosz Kruszyński wspomina we wstępie do swej książki o „dobrym wyposażeniu, dwóch parach butów, jednolitym umundurowaniu, uzbrojeniu i zaopatrzeniu” u wielkopolskich żołnierzy, które wzbudzały zazdrość u ich towarzyszy broni z innych regionów odradzającej się Rzeczypospolitej.

 

Od Lwowa po Kijów i do Warszawy

 

Uczestnictwo poznaniaków w ponad dwuletnich bojach śledzimy dzięki albumowi od udziału Wojsk Wielkopolskich w odsieczy Lwowa, poprzez walki Poznańskiego Ochotniczego Batalionu Śmierci (któż kojarzy tę nazwę!?) z Armią Czerwoną na Wileńszczyźnie, przygotowania do walk z bolszewikami, wyjazd na front litewsko-białoruski w lipcu 1919 roku, zdobycie Mińska, boje o Ihumeń i Tuchowicze, zdobycie Bobrujska, działalność wielkopolskich eskadr lotniczych, walki o mosty i wypady nad wschodnie rzeki; widzimy wielkopolskich żołnierzy w Kijowie i dowiadujemy się, w jakich okolicznościach 15. pułk ułanów otrzymał przydomek „poznański”. Śledzimy odwrót żołnierzy i ich zaangażowanie w bitwę warszawską. Opis działań bojowych i frontowych uzupełniony jest rekonstrukcją życia codziennego  żołnierzy w chwilach wytchnienia, a także momenty podniosłe i honorowe, jak choćby dokonaną 5 grudnia 1920 r. przez Naczelnego Wodza Józefa Piłsudskiego dekorację chorągwi pułków 14. Dywizji Piechoty Wielkopolskiej Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti Militari.

 

Drobny żal

 

Co ciekawe, publikacja spersonalizowana jest prezentacją konkretnych żołnierzy, znanych z imienia i nazwiska, wraz z ich fotografiami i archiwaliami, jakie po nich pozostały. Może więc czytelnicy znajdą tam informacje o swych przodkach czy krewnych? Jednak właśnie w tej sferze odnalazłem pewną drobną skazę, a raczej brak. Album „Poznańczycy” odwołuje się do międzywojennego Poznania już poprzez samo przywołanie nieco archaicznej, choć jakże rozrzewniającej wersji nazwy mieszkańców Poznania, stosowanej właśnie szczególnie przed wojną. W zamyśle ukazuje też udział tychże poznańczyków w antybolszewickich zmaganiach, przywołując konkretne postaci, np. syna Mikołaja Kiedacza,  jednego z wiceprezydentów przedwojennego Poznania. Tymczasem nie natrafiłem w albumie na wzmiankę o samym prezydencie miasta Poznania z lat 1937-1939, majorze Tadeuszu Ruge, który niemal dwadzieścia lat wcześniej wziął udział w powstaniu wielkopolskim, a następnie na froncie litewsko-białoruskim i w dalszych bojach. Ten wybitny oficer, saper i specjalista w zakresie wojskowego kolejnictwa właśnie na wschodzie awansowany zostaje do stopnia majora, by pod dowództwem generała Rydza-Śmigłego dotrzeć do Kijowa. 8 maja 1920 roku odnosi poważne obrażenia pod Kłodnicą. Mimo odniesionych ran już po dwóch dniach przystępuje do odbudowy zniszczonych mostów na Dnieprze. Od sierpnia 1920 roku jest szefem kolejnictwa w 5. Armii generała Sikorskiego. Gdy w sierpniu wojska bolszewickie prą w głąb Rzeczypospolitej, major Ruge broni skutecznie przy pomocy zaledwie dwóch kompanii miasta miasta Mławy. Jeszcze później przewodzi ciężkim robotom polowym, naprawia zniszczone podczas wojny linie kolejowe, buduje i odbudowuje mosty. Na szczególną uwagę zasługuje niezwykła szyba i trwała budowa 300-metrowego mostu nad Horynią pod Aleksandrią oraz brawurowa akcja przeprowadzenia parowozu wraz ze składem 42 wagonów przez częściowo załamany most na Słuczy pod Dąbrowicą. Major Ruge otrzymał za swe bohaterstwo w wojnie polsko-bolszewickiej Krzyż Srebrny Orderu „Virtuti Militari”. Niestety, skądinąd znakomita książka „Poznańczycy” opisująca udział Wielkopolan w wojnie polsko-bolszewickiej milczy o nim, a szkoda, bo któż jak nie Ruge był znakomitym przykładem Wielkopolanina (urodzonego w Żabnie pod Mosiną) i poznańczyka (w tym prezydenta przedwojennego Poznania), który wsławił się znakomicie jako żołnierz, ale i jako patriota w surducie urzędnika samorządowego II Rzeczypospolitej. Zatem i o nim powinna być najnowsza książka „Rebisu”.

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki