Logo Przewdonik Katolicki

Kuba patrzy na Chrystusa

Ks. Piotr Gąsior
Fot.

Kuba wyspa jak wulkan gorąca, palm wachlarze wystawia do słońca...

  

„Kuba wyspa jak wulkan gorąca, palm wachlarze wystawia do słońca”...

 

Opinie zbudowane na fotkach internetowych, tudzież reklamie turystycznej, wymagają znacznej korekty. Wjeżdżamy wieczorem na przedmieścia Hawany i pytamy naszego przewodnika: Dlaczego tu tak ciemno? Tylko gdzieniegdzie świecą się żarówki i to jeszcze jarzeniowe. Kubańczycy taki stan rzeczy „rozumieją”, bo wytłumaczono im, że należy oszczędzać w imię tzw. rewolucji energetycznej.

 

Po bombardowaniu

     Ulice stolicy Kuby są wyjątkowo dziurawe. Nie brakuje za to kamer śledzących wszystko i wszystkich. Na każdym ważniejszym skrzyżowaniu stoi policjant, który nie kieruje ruchem, tylko czeka na sygnał, aby go zamknąć, gdy będzie przejeżdżał ktokolwiek z władz komunistycznej partii. Poruszanie się „na stopa” to tutaj normalne, gdyż komunikacja jest po prostu niewydolna. Wiele spotkań pomiędzy Kubańczykami nie dochodzi do skutku, bo ludzie nie mają możliwości na nie dojechać.

     Zwiedzając starą Hawanę - tę tzw. nieturystyczną - zaczynamy się czuć, jakbyśmy chodzili po mieście, w którym miało miejsce bombardowanie. Ruiny, brak tynku na elewacjach, wszechobecna rdza i stosy rupieci. Tu i ówdzie spotykamy palących cygara lub czekających nie wiadomo na co. Nikomu się zasadniczo nie opłaca pracować, gdyż płace są tak znikome. Dla przykładu wybitny lekarz zarabia na miesiąc 25 dolarów. Niemniej lekarzy na Kubie jest pod dostatkiem, bo przecież społeczeństwo socjalistyczne powinno być zdrowe.

 

Smutni panowie

     Ideologia komunistyczna trwa na wyspie już ponad 50 lat. Przypominają o niej partyjne gazety, wielkie billboardy ustawione na stałe na poboczach dróg, Komitety Obrony Rewolucji istniejące w każdym większym bloku mieszkalnym, codzienne apele i głos werbelków towarzyszące dzieciom rozpoczynającym i kończącym naukę w szkołach z jednogłośnym okrzykiem na ustach: „Niech żyje Fidel! Niech żyje wolna Kuba!”. Najważniejszą jednak rolę „porządkującą” spełnia obywatelskie poczucie odpowiedzialności za państwo. Stąd wielu czuje się w obowiązku donieść na swojego sąsiada, kolegę z pracy, a nawet na brata do specjalnych służb.

     Zerwanie więzów rodzinnych, rozwody, aborcja na życzenie, wszechobecne donosicielstwo czy „smutni panowie” nikogo tutaj nie dziwią. Ale o fakcie niedożywienia, a nawet głodzie, zapomnieć się raczej nie da. Ludzie stoją więc w upokarzających kolejkach i patrzą na puste półki, obok których widzą doskonale wykadrowane portrety wodzów rewolucji. Kto się nie boi donosu, próbuje sobie radzić, sadząc pomidory na przykład w… wannie.

Wszystko jest na kartki. Na wszystko trzeba mieć pozwolenie. Nawet na połów ryb. Za nielegalny handel jajkami jest przewidziana kara 1,5 roku więzienia. Z kolei za zabicie krowy dostaje się wyrok pozbawienia wolności do lat 3; niedawno było lat 7. Co zatem trzeba zrobić, żeby móc zjeść kawałek wołowiny? Przywiązać krowę do torów, aby przejeżdżający pociąg mógł ją „przypadkowo” potrącić, ucinając głowę, lecz nie niszcząc reszty zwierzęcia.

 

Dla „mężczyzny na drzewie"

     Pytając o sprawy religijne, dowiadujemy się o pracy duszpasterskiej, która jest misją od podstaw. Na nabożeństwa uczęszcza zaledwie 3 procent ludności danej parafii. Ponoć po wizycie Jana Pawła II jest i tak o wiele lepiej. Wcześniej Kubańczycy nie mieli nawet jednego dnia wolnego na Boże Narodzenie. Obecnie mają, ale i tak chodzą do pracy, bo rząd w tym dniu płaci podwójnie. Kościoły pełniły funkcję magazynów i muzeów. I tak zresztą w niektórych miejscach jest do dzisiaj. Bardzo brakuje powołań. Na mniej więcej 11-milionowy naród przypada 300 księży. Zaś w jedynym seminarium w stolicy jest w tej chwili zaledwie 45 kleryków. Młodzież ma tak wielkie braki wiedzy religijnej, iż wchodząc do świątyń, szczerze pyta: Kim jest ten mężczyzna wiszący na drzewie?

     Potrzeba zatem wielkiego wysiłku duszpasterskiego i systematycznej, przemyślanej „współpracy” z Kubańczykami, którym nie jest - wedle oficjalnej propagandy - potrzebna pomoc. Na prowadzenie takiej działalności odważył się na przykład ambasador Zakonu Maltańskiego na Kubie Przemysław Hauser, który postępuje zgodnie z dewizą Rycerzy Maltańskich: „Bronić wiary, towarzysząc biednym i cierpiącym”. Jak dotychczas zorganizował m.in. pierwsze niezależne kino, dzięki któremu ludzie mogą oglądać nieocenzurowane filmy, a po projekcji spotkać się na swobodnej dyskusji, wypromował objazdową wystawę fotograficzną przypominającą historyczną pielgrzymkę papieską z 1998 roku, założył i finansuje przy parafiach 37 jadłodajni zwanych „comedorami” oraz wyposażył w sprzęt medyczny szpital dla trędowatych.

     Dzięki takim osobom - świeckim, siostrom zakonnym i kapłanom (w Hawanie spotykamy troje Polaków: s. Henrykę Milczarek, ks. Andrzeja Borowca i ks. Pawła Szulca) wydaje się, że Kuba nieśmiało uchyla drzwi Jezusowi. Dlatego z nadzieją spoglądamy w stronę Jego figury ustawionej na wzgórzu w dzielnicy Casablanca. Tuż po wybuchu rewolucji w grudniu 1959 roku nie ośmielono się jej usunąć, ale żeby nie raziła, zasłonięto ją, obsadzając drzewami. Obecnie posąg jest dobrze widoczny. I dlatego Kubańczycy na powrót zaczynają patrzeć na Chrystusa.

 

 

 

 

 

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki