Logo Przewdonik Katolicki

Ucałować ojczystą ziemię

Mateusz Wyrwich
Fot.

Uczą języka polskiego, historii, geografii, polskiej kultury i obyczajów. Ich podopieczni to głównie wnuczęta Polaków wywiezionych w czasach caratu i sowieckiej Rosji. Od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w dwunastu krajach dawnego Związku Sowieckiego pracowało ich dotychczas ponad dwa tysiące. Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych Elżbieta Bisialska wyjeżdżała...

Uczą języka polskiego, historii, geografii, polskiej kultury i obyczajów. Ich podopieczni to głównie wnuczęta Polaków wywiezionych w czasach caratu i sowieckiej Rosji. Od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku w dwunastu krajach dawnego Związku Sowieckiego pracowało ich dotychczas ponad dwa tysiące.

Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych Elżbieta Bisialska wyjeżdżała do Kazachstanu, niewiele wiedziała o tym kraju. Miała za sobą wieloletnią praktykę nauczycielską w warszawskich podstawówkach, kiedy wreszcie podjęła decyzję. Przed wyjazdem naczytała się wiele o Kazachstanie. Wciąż jednak nie bardzo wierzyła, że do jedzenia będzie tylko to, co sobie wyhoduje w ogródku.

Dla Władysława Kropiewnickiego, absolwenta historii i geografii, nauczyciela szkoły w podwarszawskiej Wiązowej, wyjazd do Daułgavpils na Łotwie był wybawieniem. Został wysłany na wcześniejszą emeryturę i zupełnie nie miał pomysłu, co robić z wolnym czasem. Wcześniej koleżanka wyjechała uczyć w polskich szkołach na Łotwie. Zaczął więc się zastanawiać, czy nie pójść w jej ślady. Trochę wprawdzie bał się niewiadomej, lecz pod koniec lat dziewięćdziesiątych zdecydował, że czas najwyższy rozpocząć nową życiową przygodę.

Katarzyna Grudzińska była jedną z tych młodych nauczycielek, które stały w kolejce po pracę w swoim zawodzie. Skończyła wydział nauczania początkowego na prestiżowej uczelni – Uniwersytecie Jagiellońskim, jednak propozycje nie sypały się jak z rogu obfitości. Skorzystała w końcu z ogłoszenia prasowego, które podsunął jej tata. Nawet podczas rozmowy kwalifikacyjnej w Centralnym Ośrodku Kształcenia Nauczycieli nie wiedziała, do jakiego państwa chce jechać. Odpowiedziała więc zgodnie z prawdą, że jest jej to obojętne. Wysłano ją do Mołdawii. I zakotwiczyła tam na pięć lat.

Bez wody i światła
Elżbieta Bisialska osiadła w Kazachstanie w 1991 roku na trzynaście lat. Już po pierwszych tygodniach pobytu przestała się dziwić, że po wodę musi chodzić z wiadrami do miejskiej pompy, gdy mróz sięga czterdziestu stopni. Również nie zaskakiwały jej pustki w sklepach. Znała ten widok z komunistycznej Polski. O ile jednak pani Elżbieta szybko przekonała się, że można na co dzień jeść ziemniaki, buraki, cebulę i nic więcej, o tyle pani Zofia, Polka, u której mieszkała, nie chciała uwierzyć, że w Polsce mogą być półki pełne żywności. Propaganda sowiecka przecież zapewniała, że są supermocarstwem, że z każdym rokiem podnosi się im stopa życiowa. Początkowo nawet wierzyli w to, bo… jeszcze w latach sześćdziesiątych biały chleb przepisywał lekarz na receptę, a już w latach siedemdziesiątych pieczywo to pojawiało się w sklepach. – Tłumaczyłam Zosi, pracownicy miejscowego kuratorium: przecież oglądasz polskie filmy i wiesz, jak wygląda życie w Polsce – opowiada Elżbieta Bisialska. – Na co ona odpowiadała, że oglądała też radzieckie filmy o ich własnym życiu codziennym. I nie uwierzyła moim opowieściom dopóty, dopóki nie przyjechała do Polski i nie doznała szoku. Wtedy u nich w ciągłej sprzedaży były tylko zapałki, czarny makaron i sok brzozowy. Przywoziliśmy więc z Polski wszystko, co potrzebne do pracy. Kolorowe długopisy, zeszyty, książki, telewizor, odtwarzacz, kasety wideo, taśmy z muzyką, słodycze.

Katarzynę Grudzińską zszokował natomiast w mołdawskiej stolicy, Kiszyniowie, brak oświetlenia na ulicach. Długo nie mogła się też przyzwyczaić, że kiedy odkręca kurek z ciepłą wodą, leci tylko zimna. Musiała więc wpisać w codzienny kalendarz grzanie wody i wędrówki w ciemnościach późną nocą.

Ksiądz chce cerkiew zrobić?
Dla Władysława Kropiewnickiego ciągłym zaskoczeniem była indoktrynacja łotewskich nauczycieli. Jeszcze pod koniec XX wieku żyli w przeświadczeniu, że II wojna światowa zaczęła się w 1941 roku, zaś Polaków w Katyniu zamordowali Niemcy, a nie Rosjanie. Poza tym polskiego nauczyciela zaskakiwała serdeczność i atencja, z jaką traktowali Łotysze Polaków, nieskrywana wdzięczność za poparcie ich dążeń niepodległościowych. Serdeczność jednak zazwyczaj poprzedzał okres dystansu i ostrożności.

– Na początku sporą nieufnością obdarzała nas Polonia. Było to dziwne, bo jednocześnie okazywali nam dużą serdeczność. Zesłańcy, starsi ludzie, nie chcieli nam opowiadać o sobie, o tym, jak tu trafili, jakie było ich życie w latach trzydziestych, czterdziestych. Jakby czas im się zatrzymał – opowiada Elżbieta Bisialska. – Kiedy przyjechałam, w polskim kościele można było zastać tylko babcie. Już nie mówiły po polsku, ale w praktyce ich wiary przechował się język. Śpiewały, modliły się po polsku. Książeczki do nabożeństwa były u nich rzadkością. Babcie przepisywały sobie pieśni do zeszytów. Ludzie przychodzili do kościoła na dwie godziny przed Mszą Świętą i tyle samo później wychodzili. Pobożność była tam przedsoborowa, nastrój poważny, wręcz przygnębiający, trzy czwarte nabożeństwa odbywaało się na kolanach. Gdy więc z Polski przyjechał ks. Eryk, rozpoczęła się „nauka”. Ksiądz zaczął uczyć tamtejszych wiernych, kiedy w czasie Mszy należy siadać, a kiedy klękać czy stać. Zaprotestowano wówczas u biskupa. Tamtejsi Polacy mówili: „Co to? Ksiądz z naszego kościoła chce cerkiew zrobić?”.

Bo babcia kazała
Każdy z trójki nauczycieli przez pierwsze lata, poza wakacjami i dniami wolnymi od pracy w czasie świąt, nie miał prawie odpoczynku. Potrzeba wiedzy o Polsce, bez względu na lata i kraj, była ogromna. Coraz więcej dzieci posyłano do polskiej szkoły.

– Różne były motywacje do podejmowania nauki w polskiej szkole – wyjaśnia Elżbieta Bisialska. – Przede wszystkim chęć nauki języka i poznawania polskiej kultury. Ale były i takie dzieciaki, które przychodziły tylko po to, żeby dostać jakieś prezenty, albo dlatego, że babcia kazała, bo sami rodzice już nie czuli związku z polską kulturą.

Władysław Kropiewnicki zapewnia, że spotkał na Łotwie wspaniałą polską młodzież, która szansę nauki w szkole z wykładowym językiem polskim traktowała bardzo poważnie. Najwięcej o Polsce wiedziały dzieci z młodszych klas. Znały hymn Polski, godło, historię w zakresie nauczania początkowego, polskie baśnie. Niektóre znały historię z okresu międzywojennego, przekazaną im przez dziadków.

Droga do kariery
– Rodzice dzieci, które się u nas uczyły, to na ogół ludzie dobrze wykształceni. Mieli więc świadomość, że nauka w polskiej szkole od najmłodszych lat może być dla ich pociech stopniem w ich przyszłej karierze. Stypendium studenckie na polskich uczelniach to dla wielu Mołdawian szczyt marzeń. A polskie dzieci, jeśli były ambitne, a były, po nie właśnie sięgały – wyjaśnia Katarzyna Grudzińska.

– Żałuję tylko tego, że nasi uczniowie na ogół nie wracają po studiach na Łotwę. I boję się, że język polski będzie powoli zamierał, bo już nie będzie tych babć, co go przechowywały, ucząc wnuki rodzimej mowy na pieśniach religijnych – niepokoi się Władysław Kropiewnicki i dodaje: – Ale warto było się trudzić, często ponad siły. Bo postawa polskich uczniów i polskiej kultury promieniuje na cały kraj.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki