Logo Przewdonik Katolicki

Wracać czy nie wracać?

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Kiedy Tony Blair i George Bush są bardzo ostro atakowani za operację iracką, posiadanie twardego polskiego sojusznika ma dla nich wymierną i znaczną wartość. Nie da się przeliczyć polskiej krwi na ropę - jednym tonem zakrzyknęli były minister spraw zagranicznych Bronisław Geremek i komentatorzy postkomunistycznej "Trybuny". Wszystko wzięło się z pogłosek, iż Polska może otrzymać...

Kiedy Tony Blair i George Bush są bardzo ostro atakowani za operację iracką, posiadanie twardego polskiego sojusznika ma dla nich wymierną i znaczną wartość.



Nie da się przeliczyć polskiej krwi na ropę - jednym tonem zakrzyknęli były minister spraw zagranicznych Bronisław Geremek i komentatorzy postkomunistycznej "Trybuny". Wszystko wzięło się z pogłosek, iż Polska może otrzymać od władz Iraku prawa do eksploatacji pól naftowych albo udział w wydobyciu tego surowca. I oczywiście zacytowani na wstępie mają rację - życie ludzkie jest wartością nadrzędną i nie da się jej przeliczyć na żadne korzyści materialne. Co nie zmienia faktu, że odsądzany od czci i wiary rząd Kazimierza Marcinkiewicza odniósł oczywisty sukces.
Żeby być do końca uczciwym przypomnę, że i ja sam, między innymi na łamach "Przewodnika", dość nerwowo reagowałem, kiedy na początku wojny w Iraku ówczesny premier Miller i prezydent Kwaśniewski prześcigali się w opowieściach o tym, jakie to profity ekonomiczne uzyska Polska w wyniku naszego udziału w wojnie. Bo do wojny przystępuje się w wyniku przemyślanej strategii politycznej i w obronie uniwersalnych zasad, a nie dla doraźnych korzyści ekonomicznych. Czym innym jest jednak sama decyzja, a czym innym oczywiste niewykorzystywanie szans wynikających z długiego i kosztownego wysiłku militarnego państwa.

Bilans okupacji


W najbliższych tygodniach będą zapadały decyzje dotyczące przedłużenia (bądź nieprzedłużania) naszej obecności w Iraku. Aż się prosi, aby tym razem była to decyzja poprzedzona publiczną debatą. Debatą, w której musi pojawić się również pytanie o korzyści gospodarcze, jakie Polska może wynieść ze swojego zaangażowania na Bliskim Wschodzie. Na początek jednak wypada zapytać o bilans wojny, a dokładniej o Polski bilans, bo dyskutowanie o sytuacji w Iraku w ogóle przekracza ramy zwykłego artykułu. Popularność wojny w społeczeństwie polskim gwałtownie spadła. Pod wpływem dość alarmistycznych doniesień mediów i nieustannej propagandy klęski spora większość Polaków odpowiada, iż powinniśmy wycofać się z Iraku możliwie najszybciej. Taką też decyzję podjął poprzedni rząd, ustalając, że nasza misja powinna się zakończyć w lutym przyszłego roku. Powstaje jednak pytanie: dlaczego? Czy dlatego, że zarządzana przez Polaków strefa jest zdecydowanie najspokojniejszym rejonem kraju, że życie w Hilli czy Diwaniji toczy się normalnie, a zamachów i starć w ciągu ostatniego roku było tam miej niż w Bagdadzie w ciągu tygodnia? Czy dlatego może, że Polacy dorobili się opinii zdecydowanie lepszej (u Irakijczyków), niż mają nasi amerykańscy i brytyjscy sojusznicy?
Bilans naszej obecności wypada bardzo dobrze co najmniej w trzech sferach: politycznej, humanitarnej i wojskowej. Niewątpliwie udział w wojnie i posiadanie "własnej" strefy stabilizacyjnej w Iraku niesłychanie wzmocniło pozycję polityczną Polski w świecie. Jest rzeczą oczywistą, że najbardziej wrażliwy i bodaj czy niedecydujący dla polityki globalnej obszar to właśnie Bliski Wschód. I fakt, że trudno rozmawiać dziś o problemach bliskowschodnich bez udziału Polaków sprawia, że jesteśmy państwem, z którego opinią muszą się liczyć kraje znacznie od Polski silniejsze. Irak cementuje też sojusz polsko-amerykański. Nikt nie kwestionuje, iż Warszawa jest dziś jednym z kluczowych sojuszników europejskich Waszyngtonu. A skoro to Amerykanie rozdają dziś karty w polityce światowej, to rola ważnego partnera największego supermocarstwa powoduje, że nawet w Unii Europejskiej - przeżartej antyamerykanizmem - Polska jest mocniejsza niżby wynikało to z prostego rachunku naszych możliwości gospodarczych i wojskowych. Co więcej, dzięki temu, że nasi żołnierze znaleźli się w Iraku Polska przestała być traktowana jako mały i prowincjonalny kraik, którego interesy zamykają się pomiędzy Rosją a Niemcami. Jeśli uznać, że jednym ze strategicznych celów polityki państwa powinno być odbudowanie pozycji Polski na arenie międzynarodowej, zgodnie z aspiracjami większości Polaków, to udział w wojnie irackiej przybliżył nas do tego celu bardziej niż cokolwiek innego, może poza wejściem do NATO i UE.
O bilansie humanitarnym, czyli o odbiorze polskiej obecności przez samych Irakijczyków oraz wykonywaniu zadań związanych z budową społeczeństwa obywatelskiego, już wspomniałem. Polscy żołnierze i specjaliści uczestniczyli w realizacji ponad 2 tys. projektów takich, jak budowa szkół, szpitali, szkolenie irackiej policji. Nasi lekarze pomogli tysiącom mieszkańców polskiej strefy. To inwestycja, która będzie procentowała w przyszłości.
W wymiarze wojskowym ponad 10 tys. żołnierzy i oficerów uczestniczących w wojnie może stać się zalążkiem nowej polskiej armii. Nie armii brzuchatych generałów i pułkowników wyszkolonych w sowieckich akademiach, którzy najlepiej z wojskowych umiejętności NATO posiedli przestawienie się z wódki czystej na whisky, ale wojska, które jest zdolne do szybkiego działania, nie boi się wydawanych po angielsku rozkazów ani, wreszcie, nie koncentruje się na musztrowaniu Bogu ducha winnych poborowych, tylko jest profesjonalną armią z prawdziwego zdarzenia. Każda armia świata dąży do tego, by mieć możliwość sprawdzenia się w czasie prawdziwej wojny, bo wtedy tylko jest to armia zdolna do działania. Doświadczenie wyniesione z Iraku będzie procentowało przez całe lata, podnosząc ranking Wojska Polskiego.
Jakby to okrutnie nie brzmiało, w wielkim przetargu politycznym toczącym się nieustannie w świecie nie mamy wiele lepszego do zaoferowania niż poświęcenie i krew naszych żołnierzy. Z tą krwią nie jest zresztą tak najgorzej, bo podczas ostatnich dwóch zmian polskiego kontyngentu nie było wśród żołnierzy ofiar śmiertelnych.

Cena pozostawania w Iraku


Nietrudno się domyślić, że jestem zwolennikiem pozostawienia naszych oddziałów w Iraku, a nawet wzmocnienia polskiego kontyngentu. Prawdę mówiąc, opuszczenie przez nas Iraku w tej chwili byłoby zmarnowaniem ofiary siedemnastu Polaków poległych od początku konfliktu. Bo teraz mamy doskonałą koniunkturę, by wyciągnąć realne korzyści gospodarcze i polityczne z naszego zaangażowania. Pieniądze, poświęcenie żołnierzy i wysiłek całego państwa doprowadziły do tego, że zarówno rząd Iraku, jak i rządy Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii chcą, by Polacy w Iraku zostali. Oferta naftowa jest zapewne jednym z elementów zachęcających nas do podjęcia takiej decyzji. A warto pamiętać, że Irak dysponuje również jednymi z największych na świecie zasobami gazu ziemnego. Skoro jednym z najważniejszych zadań stojących przed nowym polskim rządem jest doprowadzenie do tego, by Polska stała się krajem suwerennym energetycznie, to nasza obecność w Iraku oraz wprowadzenie na tamtejszy rynek polskich firm naftowych i gazowych jest realizacją naszego interesu narodowego. Sygnały dochodzące wcześniej z Bagdadu i Waszyngtonu mówiły o wyjątkowej nieudolności postkomunistycznej ekipy w upominaniu się o nasze interesy ekonomiczne. Obecny minister obrony, a wtedy jeden z ekspertów American Enterprise Institute - Radek Sikorski - wielokrotnie przypominał publicznie o konieczności dbania o interes ekonomiczny Polski w negocjacjach dotyczących Iraku. I nie była to próba handlowania polską krwią. Krew warto było przelewać za wyzwolenie narodu spod tyranii i półtotalitarnych rządów Saddama Husajna. Ale oprócz krwi jest to ogromny wysiłek finansowy podatników płacących na wojsko. I tutaj mamy prawo dopominać się o preferencyjne traktowanie naszych interesów w Iraku. Dzisiaj, kiedy Tony Blair i George Bush są bardzo ostro atakowani za operację iracką, posiadanie twardego polskiego sojusznika ma dla nich wymierną i znaczną wartość. Także dla Irakijczyków z polskiej strefy perspektywa wejścia do niespokojnej strefy amerykańskiej nie wydaje się zachęcająca. Ale zadaniem polskiego rządu jest twarde powiedzenie "coś za coś". Nasi obywatele muszą wiedzieć, że nie tylko spłacamy nad Tygrysem dług moralny z czasów komunizmu, lecz również działamy w interesie dzisiejszego i przyszłego państwa polskiego.

Autor był dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, w latach 1997-2001 podsekretarz stanu i główny doradca premiera ds. zagranicznych, obecnie komentator międzynarodowy tygodnika "Wprost"

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki