Logo Przewdonik Katolicki

Źródło życia

Mateusz Wyrwich
Fot.

Był ulubionym negatywnym bohaterem lewicowych mediów połowy lat dziewięćdziesiątych. Szczególnie przez kilka miesięcy 1998 roku. Wówczas to upominał się o prawa bezdomnych koczujących na warszawskim Dworcu Centralnym. Dziś, kiedy jest jednym z najbardziej popularnych piosenkarzy religijnych, niewielu dziennikarzy się nim interesuje. Przez ostatnich kilka lat nagrał dziewięć płyt....

Był ulubionym negatywnym bohaterem lewicowych mediów połowy lat dziewięćdziesiątych. Szczególnie przez kilka miesięcy 1998 roku. Wówczas to upominał się o prawa bezdomnych koczujących na warszawskim Dworcu Centralnym. Dziś, kiedy jest jednym z najbardziej popularnych piosenkarzy religijnych, niewielu dziennikarzy się nim interesuje.



Przez ostatnich kilka lat nagrał dziewięć płyt. Tytuły albumów to m.in.: "Modlitwa", "Chwała Panu", "Najświętsza Maryja", "Totus Tuus". Kalendarz koncertów w kraju ma już zapisany z dużym wyprzedzeniem. Koncertuje w Polsce, Austrii, Niemczech, a także w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, głównie dla środowisk polonijnych. Jego piosenki plasują się na pierwszych miejscach list przebojów katolickich rozgłośni radiowych. Śpiewa zarówno w wielkich parafiach, dla kilku tysięcy osób, jak i w maleńkich - dla kilkudziesięciu, ale nie ma w sobie nic z gwiazdy. Stale udoskonala swoje amatorskie umiejętności wokalne i kompozytorskie. W tym roku był już na kolejnych warsztatach muzycznych.
To skromny, trochę zamknięty i nieśmiały czterdziestosześciolatek - o. Bogusław Paleczny, kamilianin. Swoje śpiewanie traktuje bardzo serio, jako modlitwę, która pomaga innym. - Jeśli piosenka religijna nie będzie modlitwą, to czymże jest? Jakąś tam jedną z piosenek - wyjaśnia. I podkreśla, że umiejętność śpiewania to przecież nie jego zasługa, lecz dar. - Inspiracją dla mnie jest Pismo Święte. Moje śpiewanie to również rodzaj ewangelizacji. Chwalić Pana Boga można na różne sposoby. Ja staram się wnieść wiele radości do piosenki kościelnej, bo Kościół nie jest smutny.
Ojciec Paleczny uważa, że jego muzykowanie jest raczej do słuchania. Nie mieści się w kategorii piosenek oazowych czy pieśni religijnych. Nazywa swoje śpiewanie "piosenkami". Dla jednych są one ogromnym przeżyciem estetycznym, dla innych religijnym. Dla wielu jednak są przede wszystkim źródłem życia, bo pieniądze zarobione przez ojca Bogusława na koncertach i ze sprzedaży płyt, są przekazywane na utrzymanie bezdomnych. - Nie znaczy to, że gdybym nie śpiewał, ci ludzie nie mieliby z czego żyć. Ale nie wiem, czy potrafiłbym spłacić dom dla swoich podopiecznych, gdyby nie koncerty w USA i Kanadzie.


Dobre serce to za mało


Nieopodal dworca kolejowego Warszawa Ursus stoi kilka przedwojennych dużych dwupiętrowych kamienic. Jedna z nich wygląda jak nowa, wyróżnia się murami wyłożonymi licowaną cegłą. To założony w 1998 roku przez ojca Bogusława ośrodek dla bezdomnych zwany "Pensjonatem Socjalnym św. Łazarza". Ojciec Paleczny otrzymał budynek w dzierżawę w 1998 roku od ursuskiej "Solidarności". Dziś ten o wysokim standardzie dom jest już własnością Zakonu Ojców Kamilianów. Został zakupionym w głównej mierze za pieniądze pochodzące z dobrowolnych wpłat bądź zarobionych przez ojca Palecznego. Budynek, całkowicie zmodernizowany m.in. przez mieszkańców "Pensjonatu", dziś może być wzorcowym obiektem dla bezdomnych. Mieszka w nim blisko sto osób w znakomitych warunkach dwu- i czteroosobowych pokoi, o standardzie europejskiego hotelu turystycznego. Ale "Pensjonat" u wielu, którzy zajmują się pomocą bezdomnym, budzi liczne kontrowersje. Ich zdaniem tak wysoki standard może prowadzić do nieuzasadnionych postaw roszczeniowych bezdomnych. - Owszem, bezdomni przyłożyli rękę do swojej złej sytuacji, jednak już fakt, że znaleźli się w takim stanie, jest wystarczającą dla nich degradacją. Po co ich jeszcze bardziej upadlać nędznymi warunkami? Nad nimi trzeba pracować. Nie wystarczy powiedzieć, że się zajmujemy bezdomnymi. Nie wystarczy wrzucić ich kilkudziesięciu do sali i niech sami sobie radzą - mówi ojciec Bogusław Paleczny. - Bo problem bezdomnych, to nie tylko zapewnienie im miski i dachu nad głową. To są ludzie z poszarpaną psychiką, często po długoletnich więzieniach, łatwo awanturujący się w schroniskach; rżną się nożami, piją. Próbują do schronisk wprowadzić swoje brutalne prawa. Oczywiście, nie można im na to pozwolić, bo mogą dojść do fałszywych wniosków, że jeśli mieli trudne dzieciństwo, a później żyli w warunkach patologicznych, to mają tylko dwa wybory: być krzywdzonym albo krzywdzić. A wcale tak nie jest. I trzeba im to umieć przekazać. Nie wystarczy mieć dobrą wolę i dobre serce, by prowadzić schronisko.

Regulamin bez wyjątków


W bardzo nowoczesnej i sterylnie utrzymanej kuchni "Pensjonatu" bezdomni przygotowują trzy razy dziennie posiłki, a w "Barze Świętej Marty", założonym przez o. Bogusława koło Dworca Centralnego, dwa razy dla kilkuset osób. W obsłudze baru uczestniczą zarówno bezdomni, jak i wolontariusze.
Sosnowe szafki, pastelowe kolory wnętrz ursuskiego "Pensjonatu", nowoczesne urządzenia socjalne w żaden sposób nie przypominają, że jest to schronisko dla bezdomnych. Ale też i ojciec Paleczny nie przyjmuje tu wszystkich chętnych, a jedynie tych, którzy mają skończoną czterdziestkę, i zamierzają przestrzegać regulaminu domu, który zresztą nie różni się od wielu innych w Polsce. Tyle tylko, że jest bezwzględnie przestrzegany. Jedno wypite piwo zawsze eliminuje mieszkańca z tego domu, podobnie - zachowania z więziennych subkultur.

Wypłynąć na głębię…


Przygoda ze śpiewaniem o. Palecznego rozpoczęła się już w szkole podstawowej. Dłuższy czas grał i śpiewał także w czasie zawodówki, kształcącej "rzecznych wilków", czyli adeptów żeglugi śródziemnomorskiej. Przyszły zakonnik ukończył ją jako budowniczy statków. Choć zawsze "ciągnęło go w świat", dyrektor szkoły zdecydował, że będzie... budował statki. Po prostu akurat w tej klasie brakowało mu uczniów. Bogusław był rozgoryczony, jednak wówczas nie widział możliwości zmiany szkoły. Był jednym spośród siedmiorga dzieci. I choć mama była nauczycielką, a ojciec oficerem wojska, ubrania donosił po starszym rodzeństwie.
Po szkole nadal "gnało" go w świat. Trójmiasto miało być dla niego, jak dla wodowanych tam statków, szansą na wypłynięcie na głęboką wodę. Postanowił więc z kolegami, że pojadą do Stoczni im. Lenina w Gdańsku budować statki. Koledzy zrejterowali, ale on, żeby dotrzymać słowa, po szkole w 1978 roku pojechał sam. - Tam mnie poprowadził Pan Bóg. Praca w stoczni była dla mnie wielkim doświadczeniem. Zobaczyłem wówczas, jak naprawdę pracuje i mieszka klasa robotnicza - wspomina kamilianin. - Wielu wówczas robotników było niewolnikami systemu. Mieszkali w nędznych hotelach robotniczych, a to, co zarobili, przepijali. Niebawem mnóstwo ludzi stało się "produktem ubocznym" tamtych czasów. Niezaradni, mieszkający przez kilkanaście czy kilkadziesiąt lat w hotelach robotniczych, po likwidacji zakładów trafiali do noclegowni.
W stoczni dojrzewały także poglądy polityczne przyszłego kamilianina. Tu po raz pierwszy dowiedział się, kto zamordował polskich oficerów w Katyniu. Po raz pierwszy również, w 1978 roku, składał pod bramą stoczni kwiaty w rocznicę zamordowania przez komunistyczny reżim stoczniowców. Tu również zastały go sierpniowe strajki. Jednak nie był zainteresowany aktywnym udziałem w polityce czy działalnością związkową. Chciał przede wszystkim skończyć szkołę średnią i iść na studia politechniczne. W jego życiu zaszła jednak rewolucyjna zmiana. - Z domu nie wynosiłem wielkiej wiary - wspomina. - Panowała tam raczej religijna oziębłość, ale kiedy umierał mój ojciec, w wieku 57 lat, to umierał z różańcem w ręku. Przykład nawróconego ojca tak na mnie podziałał, że zamiast na politechnikę poszedłem do zakonu.
Zakon kamilianów był dla Palecznego kolejną wskazówką od Boga. Wcześniej bowiem wybierał się do oo. bernardynów. Praca dyplomowa w technikum mechanicznym, które ukończył po zawodówce, dotyczyła konstrukcji sprzętu rehabilitacyjnego. To skłoniło go do założenia habitu z dużym czerwonym krzyżem.
W seminarium był wyróżniającym się klerykiem. Już na początku lat dziewięćdziesiątych pomagał bezdomnym. Tymi na Dworcu Centralnym zajął się, bo, jak mówi, często ich tam spotykał, jeżdżąc na wykłady. Dziś nie uważa tego za jakieś nadzwyczajne zajęcie. - Po latach pracy postanowiłem stworzyć im godne warunki. To powinno być obowiązującym standardem, do którego należy dążyć, bo tego problemu ani ja, ani organizacje zajmujące się bezdomnymi dzisiaj nie rozwiążą - podkreśla ojciec Paleczny.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki