Logo Przewdonik Katolicki

Czy chodzimy do tego samego kościoła?

Paweł Milcarek
Fot.

Przypomniała mi się ostatnio karykatura, którą widziałem w polskiej prasie gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku: ulica, na pierwszym planie mężczyzna w koloratce, o góralskich rysach znanego księdza filozofa i z "Gazetą Wyborczą" w kieszeni; na planie drugim dwie figurki przechodniów, starszego i młodszego. Młodszy pyta: "Tato, czy ten ksiądz chodzi do tego...

Przypomniała mi się ostatnio karykatura, którą widziałem w polskiej prasie gdzieś na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku: ulica, na pierwszym planie mężczyzna w koloratce, o góralskich rysach znanego księdza filozofa i z "Gazetą Wyborczą" w kieszeni; na planie drugim dwie figurki przechodniów, starszego i młodszego. Młodszy pyta: "Tato, czy ten ksiądz chodzi do tego samego kościoła co my?".



Karykatura, jak to karykatura - wyostrza i przesadza. Gdy ją rysowano, trwał w Polsce pewien ważny spór o obecność chrześcijaństwa w życiu publicznym. Karykatura dobrze ilustruje zaskoczenie wielu katolików, gdy autorytety intelektualne "Kościoła otwartego" wystąpiły gwałtownie przeciw dekomunizacji, przeciw prawnym zakazom zabijania nienarodzonych, przeciw oparciu ładu moralno-prawnego III RP na wartościach chrześcijańskich, nawet przeciw religii w szkole i krzyżowi w koronie tradycyjnego godła Rzeczypospolitej. Mówi się, że tamte namiętne spory minęły. Mówi się, że w Polsce, na szczęście, spory między katolikami nie stają się zasadniczymi sporami o doktrynę. Jednak myślę, że wspomniana karykatura przypomniała mi się nie przypadkiem akurat w ostatnich dniach - i że jej karykaturalna przesada przestała śmieszyć. Pytanie zdumionego przechodnia wróciło, prowokowane wydarzeniami ostatnich tygodni.

"Mądrości" o. Obirka


Przygrywką był - dwa dni po śmierci Jana Pawła II - wywiad polskiego jezuity dla belgijskiego "Le Soir". O. Stanisław Obirek SJ wyraził w nim opinię, że zmarły Papież zachowywał się wobec postępowych teologów "jak proboszcz wiejskiej parafii", a z powodu swych "irytujących wypowiedzi" i "majaczeń" jest odpowiedzialny za wizerunek "katolicyzmu egzotycznego". Ta wypowiedź spotkała się z dość powszechną krytyką i ściągnęła na jej autora coś w rodzaju kary kościelnej (ograniczenie możliwości wystąpień publicznych przez pół roku). Wygląda na to, że tym razem to forma wypowiedzi znanego jezuity okazała się już zbyt dosadna - gdyż jeśli chodzi o treść, mówił i pisał on dokładnie to samo od lat. Czy bowiem czymś innym była podjęta przezeń publicznie obrona piętnowanej przez Stolicę Apostolską teologii wyzwolenia ("Tygodnik Powszechny" 19.10.2003), harde ogłaszanie swym mistrzem duchowym o. de Mello w sytuacji, gdy Rzym właśnie uznał go za autora głoszącego herezje ("Tygodnik Powszechny" 13.09.1998) czy wreszcie określanie jako "nieco dwuznaczny" wkładu Jana Pawła II w kwestii stosunku do niewierzących oraz zaznaczanie dystansu wobec papieskiej diagnozy laickiej nowoczesności ("Przegląd" 17.06.2002)? Owszem, z powodu tych szczerych wypowiedzi ich sympatyczny autor uchodził od lat za "kontrowersyjnego" czy "śmiałego", lecz był to ten rodzaj śmiałości, który współistniał bezkonfliktowo zarówno z byciem przełożonym różnych instytucji zakonnych czy wychowawcą młodych jezuitów - jak i z nominacją do prestiżowej Nagrody Dziennikarskiej im. bp. Chrapka w roku 2002.
Czytając wywiady o. Obirka dla lewicowego "Przeglądu" czy liberalnego "Przekroju", można się zadumać nad pułapką czyhającą na księdza, który w swym pragnieniu dialogu ze wszystkimi tak dalece "z niewierzącymi usiłuje nie wierzyć" (by użyć poetyckiej frazy innego jezuity, o. Wacława Oszajcy), iż zapomina, że także jego niewierzący rozmówcy potrzebują wiary do zbawienia.

Bolączki o. Bartosia


Ponad rok temu na sesji zorganizowanej przez krakowskie środowiska homoseksualne o. Obirek bronił ich ulicznej parady i ostrzegał przed nietolerancją. W tym roku podobną rolę wziął na siebie dominikanin o. Tadeusz Bartoś ("Gazeta Wyborcza" 11.06.br.). Zapytany przez "Gazetę" o zakaz homoseksualnej Parady Równości w Warszawie, reaguje bardzo osobiście (ta decyzja "bardzo mnie niepokoi") i używa mocnych słów (zakaz jest "niezgodny z podstawowymi prawami obywatelskimi"). Zapytany o wypowiedź innego kapłana, ks. Dariusza Oko (uznał, iż "dla zdrowego rozumu akceptacja homoseksualizmu jest nie do przyjęcia") - o. Bartoś reaguje znów osobiście ("ten artykuł bardzo mnie zabolał") i gwałtownie (poglądy ks. Oko "można określić mianem nagonki", a jego język "nie jest językiem Ewangelii"). Ta sama wysoka temperatura wypowiedzi utrzymuje się tam, gdzie uczony dominikanin protestuje przeciw dyskryminowaniu homoseksualistów i dwukrotnie zapewnia, że "Kościół nie zachęca gejów do leczenia". Na tym wyrazistym tle bardzo mdło wypada wstydliwe przypomnienie, że w Kościele "nadal jest tradycja biblijna, która praktyki homoseksualne nazywa grzechem" (brzmi to jak informacja o zachowaniu się tu i tam jakiegoś regionalnego dialektu charakteryzującego się specyficzną wymową głoski "e").
Wywiad o. Bartosia wywołał zdumienie i publiczną krytykę, m.in. w telewizyjnym programie "Warto rozmawiać". W odpowiedzi o. Bartoś podkreślił, że "zasadniczą intencją" jego wypowiedzi było przedstawienie nauki Katechizmu Kościoła Katolickiego ("Gazeta Wyborcza" 25.06.br.). Podał fragmenty z Katechizmu, które miałyby potwierdzać tezę, że homoseksualizm to orientacja, której się nie wybiera (a więc nie da się jej leczyć). Okazało się, że korzystał z nieaktualnej wersji Katechizmu, pochodzącej sprzed ostatecznych poprawek z roku 1998 - i że w obowiązującym tekście Katechizmu nie ma sformułowań, na które się powołuje.
Nie na tym jednak polega główny problem jego nierzetelności.

Czytajmy Katechizm


Katechizm zajmuje się homoseksualizmem w podpunkcie pt. "Czystość i homoseksualizm". Są tam trzy akapity (2357-2359):
- W pierwszym mówi się o homoseksualizmie jako "poważnym zepsuciu", a akty homoseksualne określa się za niezmienną Tradycją, opartą na Piśmie Świętym, jako grzechy i czyny sprzeczne z prawem naturalnym, które "w żadnym wypadku nie będą mogły być zaaprobowane".
- W następnym akapicie jest mowa o tym, że homoseksualistów "powinno się traktować z szacunkiem, współczuciem i delikatnością", unikając "niesłusznej dyskryminacji".
- W akapicie trzecim Katechizm przypomina, że "osoby homoseksualne są wezwane do czystości".
Te trzy akapity o. Bartoś streszcza następująco: "1) homoseksualizm jako skłonność nie jest grzechem, 2) akty homoseksualne są grzechem zgodnie z tradycją, 3) homoseksualistów należy szanować i nie dyskryminować". Pomińmy już pytanie, co kryje się pod niezgrabną formułą "są grzechem zgodnie z tradycją". O wiele bardziej frapujący jest upór o. Bartosia w zniekształcaniu nauczania Katechizmu: jego trzy punkty nie odpowiadają trzem akapitom Katechizmu. O. Bartoś streszcza nie Katechizm, lecz swoje własne stanowisko.
Jednak w dniach niedawnej debaty na temat Parady Równości byli i tacy, którzy poszli dalej. Halina Bortnowska wyraziła przekonanie, że "odpowiedzialna budowa trwałego partnerskiego związku zgodnego z orientacją homoseksualną to zamierzenie godne najwyższego szacunku i pomocy" ("Gazeta Wyborcza" 6.06.br.). Z kolei ks. Adam Boniecki opowiedział się w programie telewizyjnym "Młodzież kontra" za legalizacją związku "par jednopłciowych". Wszystkie te osoby warto by zapytać, jak łączą swe wypowiedzi z aprobowaną przez Jana Pawła II instrukcją z 3.06.2003 r., podpisaną przez kard. Ratzingera, która mówi m.in.: "Kościół naucza, że szacunek dla osób homoseksualnych nie może w żadnym wypadku prowadzić do aprobowania zachowania homoseksualnego albo do zalegalizowania związków homoseksualnych".

W co wierzy ksiądz


Napisałem na początku, że przypomniała mi się pewna karykatura. Teraz dodam, że przypomniała mi się wraz z pewną cokolwiek straszną uwagą, na którą natrafiłem kiedyś w korespondencji Etienne'a Gilsona, wybitnego filozofa i znawcy myśli św. Tomasza z Akwinu (chwalonego po nazwisku przez Jana Pawła II w encyklice "Fides et ratio"). W liście do innego znanego autora, dominikanina o. Chenu Gilson napisał w roku 1967: "Czym jest okres posoborowy? Jest to czas, w którym człowiek świecki nie wie już, w co wierzy ksiądz, który do niego mówi" (cyt. Etienne Gilson & Jacques Maritain, "Correspondence 1923-1971", Paryż 1991, s. 238). W Polsce tak nie było. Czyżby tak zdefiniowany "okres posoborowy" miał się zacząć u nas właśnie teraz, za sprawą osób tworzących swoje własne magisterium w sprawach moralnych, wbrew nauce Kościoła?

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki