Logo Przewdonik Katolicki

Jak kaczki na wodzie

s. Arletta Ziółkowska
Fot.

Droga przez most Codziennie rano pokonuję pieszo około 3,5 kilometra. Tyle mam do pracy, czyli do szkoły. Trochę daleko, ale spacery są korzystne dla zdrowia. Zimą na moście wieje porządnie od Wisły. Atrakcji i uroków też jest niemało. Trzeba tylko mieć dobry wzrok. Piękne wschody i zachody słońca, całe stada kaczek i łabędzi. Na samochody patrzę wtedy, gdy je mijam (stoją w korku)....

Droga przez most


Codziennie rano pokonuję pieszo około 3,5 kilometra. Tyle mam do pracy, czyli do szkoły. Trochę daleko, ale spacery są korzystne dla zdrowia. Zimą na moście wieje porządnie od Wisły. Atrakcji i uroków też jest niemało. Trzeba tylko mieć dobry wzrok. Piękne wschody i zachody słońca, całe stada kaczek i łabędzi. Na samochody patrzę wtedy, gdy je mijam (stoją w korku). Mam wtedy dziką satysfakcję, że szybciej pokonam most niż ci w autach. Do szkoły idę szybkim krokiem. Zajmuje mi to około 35 minut. Mam sporo czasu, by zastanowić się nad wieloma sprawami. I tak sobie czasami myślę o moich uczniach, zwłaszcza tych niesfornych. Nie chcą się uczyć, przeszkadzają, uciekają z wielu lekcji (nie tylko z katechezy), no i... nie ma ich w kościele.

Idąc slumsami


Zaraz za Wisłą w dalszej części mojej drogi do szkoły mijam stare, zaniedbane ulice, chodniki, podwórka, bramy. Codzienne obrazki z życia szokują, zaskakują, śmieszą, lub po prostu - dziwią. W bramach wystają ci, co to ich nikt "nie najął" albo nie chcą nająć się do żadnej pracy. Oni z reguły nie trzeźwieją, a na widok sióstr zakonnych wyrzucają z siebie "niezrozumiałe epitety" albo chwalą Pana Boga.
I znów myślę sobie: co będzie za kilka lub kilkanaście lat z tych uczniów, których szkoła "nie kręci". Dla nich ciekawsze są podwórka, bramy, w których zawsze się coś dzieje. Tam nie ma nudy. Jednak dzień się kończy i wtedy trzeba wrócić do domu. I wracają do zimnych, pustych mieszkań i długo czekają na matkę czy ojca albo są świadkami przykrych i smutnych scen i kłótni domowych.

Buty na pinezkach


Pudełko z pinezkami, trochę zabawy z przypięciem do podeszwy i "stepujące buty" już gotowe. No i nasi "szkolni bohaterzy" wystukują hip-hopowe rytmy pod ławką, skutecznie przeszkadzając. Wszystko, co jest możliwe, by zakłócić ciszę i spokój jest the best. To ich kręci! "Debeściaki"!
Kiedy tak patrzę na swoich uczniów z klasy szóstej, to są momenty, że nie wiem jak reagować na ich co najmniej dziwne zachowanie. Groźba, prośba, uwaga? To wcale nie skutkuje! Często po prostu zostawiam to wszystko i powierzam Panu Bogu. Jednocześnie przypominają mi się wybryki klasowe z moich szkolnych lat. Nie było aż tyle arogancji wobec osoby nauczyciela z naszej strony, nie mieliśmy odwagi pyskować i bezczelnie odpowiadać. Nasze żarty i kawały miały swój umiar. Kiedy staram się rozmawiać z dziećmi na temat ich postaw, przeważnie pytają: "Co siostra ode mnie chce, przecież ja nic nie robię? A co ja takiego robię?!". Próbuję wczuć się w ich tok rozumowania. Oni są przekonani, że wszystko jest OK i dziwią się, że ktoś zwraca im uwagę. Ale ja tego nie rozumiem.

"Moja" szósta klasa


W obecnej szkole katechizuję trzy klasy szóste, ale o jednej myślę... "moja". To ta najtrudniejsza, przysparzająca najwięcej kłopotów. To właśnie o niej najczęściej myślę na Mszy Świętej, na wspólnych modlitwach w domu, w drodze do szkoły i ze szkoły. Może niepotrzebnie aż tak często? Proszę Boga, by "mocno trzymał moje nerwy na uwięzi". Szukam różnych sposobów dotarcia do tych młodych ludzi, by nie zmarnować czasu, jaki dał mi Bóg w tym mieście, w tej szkole.
Piszę te słowa po Drodze krzyżowej, którą prowadziły dzieci. Przyszły te, co zwykle przychodzą - "reszta Izraela". A gdzie pozostałe? One już zapomniały drogę do kościoła. Mówią o tym wprost. Może przyjdą na rekolekcje wielkopostne albo przed bierzmowaniem przypomną sobie, że coś trzeba jeszcze mieć - jakiś "papier" może się przydać.
Cieszy mnie obecność i zaangażowanie tych, co zwykle są. Martwię się, co będzie z innymi.

Ostre podmuchy wiatru


Wiatr od rzeki mrozi policzki i czasem wyciska łzy z oczu. Mieszają się często z tymi, które płyną z bezsilności i bezradności wobec szkolnych problemów.
Już niedługo wiatr stanie się łagodniejszy, cieplejszy. Przyjdą nowe, dłuższe, wiosenne dni, a z nimi wielkanocna nadzieja. Trudy się nie skończą, ale inaczej na nie spojrzę. Już teraz, rozważając mękę Chrystusa, próbuję zrozumieć moje życie w świetle Jego życia. Musi być wiele piątków, by potem przeżyć radość niedzieli.
Może właśnie te "nieudane" katechezy, moja bezsilność i bezradność, a jednocześnie zaufanie Bogu przemienią otaczający nas świat i to wszystko, z czym dzisiaj nie mogę sobie poradzić?
I znów idę przez wiślany most. Lubię obserwować dzikie kaczki. Świetnie sobie radzą, zdobywając pożywienie. Zanurzają się całe tak, że dłuższy czas ich nie widać, a potem wypływają już w innym miejscu. I od czasu do czasu słychać furkot ich skrzydeł, gdy unoszą się nad wodą. A kiedy jest już ciemno, trzymają się razem i wtedy na wodzie można dostrzec ogromne ciemne plamy.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code
  • awatar
    Mateusz J
    15.07.2018 r., godz. 17:31

    Śliczny wiersz siostro Arletto 😘😘😘

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki