Lewicowy reżim Pol Pota był jednym z najbardziej zbrodniczych w dziejach świata. Oblicza się, że Czerwoni Khmerowie, którzy rządzili Kambodżą w latach 1975-79, wymordowali...
Lewicowy reżim Pol Pota był jednym z najbardziej zbrodniczych w dziejach świata. Oblicza się, że Czerwoni Khmerowie, którzy rządzili Kambodżą w latach 1975-79, wymordowali w tym czasie jedną trzecią ludności tego kraju.
Choć od ich upadku mija właśnie ćwierć wieku, żaden ze zbrodniarzy nie został osądzony.
"Pola śmierci"
Po przejęciu władzy w 1975 roku Czerwoni Khmerowie ogłosili Rok Zerowy i zaczęli tworzyć nowy ustrój powszechnej szczęśliwości społecznej. Najpierw jednak należało zburzyć stary porządek. W związku z tym rozpoczęto deportację wszystkich mieszkańców z miast do wsi, np. ze stolicy Phnom Penh wypędzono ok. 2 mln ludzi. Osoby, które uznano za podporę starego ładu - głównie inteligentów, lekarzy, nauczycieli czy urzędników - likwidowano w pierwszej kolejności. Podstawą wydania wyroku śmierci mogła być znajomość języka obcego czy też posiadanie okularów, książek lub nie spracowanych dłoni. Zakazana została jakakolwiek religia, mordowano mnichów buddyjskich, przedstawicieli mniejszości muzułmańskiej i katolickiej (jedyną budowlą, jaka została zniszczona w Phnom Penh, była katedra rzymskokatolicka).
W nowym społeczeństwie wyeliminowane zostały zresztą inne rzeczy stojące na przeszkodzie budowie komunizmu. Jak wspomina świadek tamtych wydarzeń Pin Yathay: "nie było więzień, sądów, uniwersytetów, liceów, pieniędzy, urzędów pocztowych, książek, sportów, rozrywek... W ciągu 24-godzinnego dnia nie tolerowano żadnej bezczynności. Życie codzienne zorganizowane było tak: 12 godzin pracy fizycznej, 2 godziny na jedzenie, 3 godziny na odpoczynek i szkolenie, 7 godzin na sen. Żyliśmy w ogromnym obozie koncentracyjnym. Nie było żadnej sprawiedliwości. O wszystkim w naszym życiu decydował Angkar (Organizacja Rewolucyjna)".
"Skoro nasz naród potrafił zbudować Angkar, nie ma dla niego rzeczy niemożliwych", głosił we wrześniu 1977 roku Pol Pot. A jednak niemożliwe okazało się budowanie krainy powszechnego dobrobytu bez ludzi wykształconych, jedynie przy pomocy niepiśmiennych chłopów oraz uzbrojonych nadzorców. Co prawda Czerwoni Khmerowie przekonywali, że "do budowy tam potrzebna jest tylko edukacja polityczna" albo że "lekarze są niepotrzebni, gdyż każdy może sam dokonać na sobie operacji", ale rzeczywistość okazała się bardziej skomplikowana. W rezultacie Kambodża pogrążyła się w gospodarczej zapaści. W kraju, który wcześniej eksportował ryż, zapanował głód.
Ideałem, jaki reżim Pol Pota starał się narzucić ludziom, była wegetacja bydląt. Cytowany już Pin Yathay wspomina, że usprawiedliwiając swoje działania, Czerwoni Khmerowie porównywali człowieka do wołu: "Sam nie może zmienić miejsca. Jest pilnowany. A kiedy każe mu się ciągnąć pług, będzie ciągnął. Nigdy nie myśli o żonie, o dzieciach."
Przykład szedł z góry - np. jeden z khmerskich przywódców, minister Hu Nim oświadczył publicznie: "Nie jestem istotą ludzką, jestem zwierzęciem". Pierwsza zasada, jaką wpajały swoim podwładnym polpotowskie władze, brzmiała: "Stracić ciebie to żadna strata. Zachowanie ciebie niczemu nie służy".
Nic więc dziwnego, że zbrodnia stała się metodą sprawowania władzy. Kary śmierci zapadały bez sądów, a mógł je orzec kierownik spółdzielni produkcyjnej. Zabijano za samowolne zbieranie kłosów po żniwach czy zrywanie bananów, podkradanie jedzenia z kuchni, niestawienie się do pracy, krytykowanie władz czy odwiedzanie rodzin. Rodziny bowiem uległy rozbiciu, zaś podstawową komórką społeczną stała się brygada pracownicza. Rodzicom odebrano władzę nad dziećmi, które indoktrynowano w duchu komunistycznym. Spośród dzieci do piętnastego roku życia rekrutowali się zresztą najbardziej okrutni żołnierze Pol Pota. Tak wspomina o nich jeden ze świadków - Dith Pran: "Nie wierzyli ani w religię, ani w tradycję, słuchali jedynie rozkazów Czerwonych Khmerów. Dlatego zabijali własnych rodaków, nawet niemowlęta, jakby tłukli komary".
Przykład braku przywiązań do rodziny demonstrował sam Pol Pot, który od czasu przystąpienia do konspiracji w 1963 roku zerwał wszelkie kontakty z krewnymi. Podczas "wielkiej czystki" zamordowany został jeden jego brat, a dwóch kolejnych ledwo uszło z życiem. Kiedy pewnego razu na jednym z oficjalnych portretów rozpoznali w wodzu państwa swojego brata, woleli o tym nikomu nie mówić, gdyż bali się, że zostaną zabici.
Tak jak synomimem zbrodni hitlerowskich stało się słowo Auschwitz, a sowieckich - Gułag, tak synonimem zbrodni w Kambodży stały się osławione "pola śmierci". Zwłoki ofiar reżimu były bowiem używane do użyźniania pól. Student medycyny Ken Khun wspominał: "Bez przerwy zabijali mężczyzn i kobiety na nawóz. Grzebali ich we wspólnych grobach, wszechobecnych na polach uprawnych, przede wszystkim tam, gdzie uprawiany był maniok. Często, wyrywając bulwy manioku, wyciągało się z ziemi ludzką kość czołową z korzeniami wrośniętymi w oczodoły."
Dwa miliony "błędów"
Rozmiary ludobójstwa przerażają. Oblicza się, że w czasie rządów Czerwonych Khmerów życie straciło ok. dwóch mln ludzi. Wszystko zaś w imię obłąkanej ideologii komunistycznej, zmodyfikowanej swoiście przez Pol Pota, noszącego w państwie oficjalnie tytuł "Brata Nr 1". Ten absolwent Sorbony, członek Francuskiej Partii Komunistycznej i entuzjasta Sartre'a za swój największy wzór uważał Mao Tse Tunga, którego postanowił jednak prześcignąć w urzeczywistnianiu ustroju świetlanej przyszłości.
Także w świecie zachodnim nie brakowało intelektualistów zafascynowanych kambodżańskim eksperymentem. Za jedną z najbardziej haniebnych książek XX wieku należy uznać opublikowaną w 1976 roku w Paryżu pracę Jerome i Jocelyne Steinbachów, zakłamującą prawdę o obliczu reżimu Pol Pota.
Sami Khmerowie już po swoim upadku zaprzeczali zbrodniom bądź umniejszali ich skalę. W grudniu 1978 roku, w ostatnim wywiadzie, jakiego udzielił przed utratą władzy, Pol Pot powiedział, że "tylko kilka tysięcy Kambodżańczyków mogło umrzeć w wyniku błędów w realizacji naszej polityki polegającej na zapewnieniu ludowi obfitości".
Z kolei w 1987 roku były premier Khieu Samphan, stojący na czele państwa Czerwonych Khmerów, napisał, że ofiar "błędów" było 3 tysiące, zaś pozostałych 11 tysięcy to zabici "agenci wietnamscy" oraz 30 tysięcy Kambodżańczyków "zamordowanych przez agentów wietnamskich, którzy przeniknęli do szeregów Czerwonych Khmerów". Na pytanie zaś, co się stało z 1,5 mln obywateli Kambodży, których nie można się doliczyć, były premier odpowiedział, że zabili ich Wietnamczycy po upadku Pol Pota w latach 1979-1980.
Dzisiaj Khieu Samphan żyje spokojnie w Kambodży i nie opowiada już takich bzdur. Opowiada za to inne. Twierdzi mianowicie, że o ludobójstwie dokonywanym w państwie, którego był premierem, dowiedział się całkiem niedawno z filmu dokumentalnego. Uważa, że jest niewinny: "Ciągle się zastanawiam, jak mogło dojść do takich zbrodni. Ja byłem tylko formalnym, pozornym przywódcą tego reżimu, nie mogłem niczego powiedzieć ani zrobić, aby przeciwstawić się gwałtom." Khieu Samphan zgadza się stanąć przed sądem i zeznawać, ale tylko pod warunkiem, że zostanie zagwarantowana mu nietykalność. Podobnie wypowiada się prawa ręka Pol Pota, "Brat Nr 2" - Nuon Chea.
Za zbrodnie w latach 1975-79 nikt do tej pory nie został pociągnięty do odpowiedzialności. Część przywódców Czerwonych Khmerów dziś już nie żyje. Sam Pol Pot zmarł w dżungli, gdzie się ukrywał, w 1998 roku. Zorganizowanie procesu uniemożliwiała skomplikowana sytuacja w Kambodży - najpierw wietnamska okupacja, później liczne wstrząsy polityczne. Od 1997 roku autokratyczną władzę w kraju sprawuje premier Hun Sen, który sam niegdyś był Czerwonym Khmerem, a potem przeszedł na stronę Wietnamczyków. Byli funkcjonariusze systemu Pol Pota zajmują dziś zresztą eksponowane stanowiska w administracji, wojsku i policji i nie zależy im na pełnym rozrachunku z minionym reżimem.
Przez ostatnich dziesięć lat ONZ sprzeciwiała się postawieniu zbrodniarzy przed sądami krajowymi, gdyż korupcja i podatność na wpływy polityczne kambodżańskiego wymiaru sprawiedliwości uniemożliwiłyby rzetelne osądzenie sprawców. Utworzenie międzynarodowego trybunału - tak jak było w przypadku zbrodni w Rwandzie czy byłej Jugosławii - okazało się niemożliwe, gdyż wymagało to rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ. W tej zaś sprawie weto zgłasza jeden ze stałych członków Rady, czyli Chiny. Pekin, który popierał reżim Pol Pota, obawia się, że międzynarodowy proces mógłby ujawnić zbyt wiele powiązań władz chińskich z kambodżańskimi ludobójcami.
W połowie zeszłego roku osiągnięto jednak kompromis - zawarto porozumienie, w myśl którego ma powstać trybunał mieszany, składający się zarówno z sędziów krajowych, jak i zagranicznych. Każda decyzja będzie musiała uzyskać zgodę co najmniej jednego sędziego międzynarodowego. Organizacja Amnesty International uważa, że rozwiązanie takie nie gwarantuje niezawisłości sądu i nazywa je "sprawiedliwością drugiej kategorii", na którą mieszkańcy Kambodży nie zasługują.
Od pół roku trybunał nie może być jednak powołany, gdyż skomplikowała się sytuacja polityczna w kraju. Po wyborach w lipcu 2003 roku niemożliwe stało się utworzenie parlamentarnej większości, która mogłaby powołać nowy rząd. Perspektywa osądzenia winnych znów odsuwa się w czasie. Tymczasem od rozliczenia się z własną przeszłością zależy przyszłość Kambodży, to, czy mieszkańcom tego kraju przywrócona zostanie wiara w praworządność i sens demokratycznych instytucji.
Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją
Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.
W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:
- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;
- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.
Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.
Masz konto? Zaloguj się
Subskrypcja miesięczna

Tylko teraz otrzymujesz czternastodniowy bezpłatny dostęp testowy do serwisu internetowego Przewodnika Katolickiego. Po jego zakończeniu płacisz jedynie 19,90 zł miesięcznie!
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!
Subskrypcja roczna

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.
Koszt rocznej subskrypcji przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.
↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!













