Logo Przewdonik Katolicki

Pomarańcze owocują na mrozie

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Pomarańczowy karnawał odbywający się w Kijowie budzi w Polsce powszechną sympatię i poparcie. Przypominamy sobie solidarnościową rewolucję roku 1980 i środkowoeuropejską "jesień ludów" roku 1989. Roześmiane, młode twarze manifestantów i powszechne odurzenie odzyskaną wolnością. Na kijowskim placu Niepodległości grają zespoły młodzieżowe, a studenci z całej Ukrainy koczują...

Pomarańczowy karnawał odbywający się w Kijowie budzi w Polsce powszechną sympatię i poparcie. Przypominamy sobie solidarnościową rewolucję roku 1980 i środkowoeuropejską "jesień ludów" roku 1989. Roześmiane, młode twarze manifestantów i powszechne odurzenie odzyskaną wolnością. Na kijowskim placu Niepodległości grają zespoły młodzieżowe, a studenci z całej Ukrainy koczują mimo mrozu w miasteczku namiotów ciągnącym się wzdłuż Chreszczatika - głównej ulicy miasta. Tak wygląda stolica Ukrainy w tydzień po wyborach prezydenckich, które zostały w bezczelny sposób sfałszowane.

Obywatel - co to takiego?

Masowe wystąpienia zwolenników Wiktora Juszczenki zaskoczyły wszystkich - zarówno rządzącą na Ukrainie półmafijną oligarchię, jak i Rosjan i świat zachodni. Prawdę mówiąc, kibicując Juszczence i reprezentowanej przez niego lepszej, prozachodniej części elit ukraińskich, większość obserwatorów zakładała, że Leonid Kuczma sfałszuje wybory tak, by wygrał je Wiktor Janukowycz, urzędujący premier, gwarantujący ciągłość interesów obecnego obozu władzy. Można też z dużym prawdopodobieństwem założyć, że jeszcze bardziej szatański plan mieli Rosjanie stanowiący intelektualne i finansowe zaplecze Janukowycza. Gleb Pawłowski, zaufany doradca prezydenta Putina i kierowana przez niego ekipa "technologów politycznych", przyjechali na Ukrainę po to, by zlikwidować ukraińską niepodległość. Plan wydawał się genialnie prosty. Doprowadzamy po pierwsze do tego, żeby kandydatem obozu władzy został człowiek pozbawiony autorytetu i obciążony kryminalną przeszłością. Po drugie, do jego sukcesu ma dojść, broń Boże, nie w wyniku rzeczywistego zwycięstwa, lecz na skutek oczywistych i widocznych gołym okiem fałszerstw. Po trzecie wreszcie, ignorując protesty i głosy zagranicznych obserwatorów, natychmiast po wyborach ogłaszamy jego zwycięstwo. Efekt - nowy prezydent ma zamkniętą drogę do Waszyngtonu i Brukseli, a nawet do Warszawy. Staje się całkowicie zależny od poparcia Rosji. Jednocześnie spotka się z niechęcią większości własnego narodu. Bardzo łatwo będzie go więc zmusić do likwidowania resztek demokracji i narzucenia Ukrainie statusu podobnego do tego, który ma Białoruś rządzona przez Aleksandra Łukaszenkę. Jeśli ktoś uzna tę teorię za wyraz spiskowego odczytywania historii - proszę bardzo. Dlaczego jednak Leonid Kuczma nie zdecydował się na wystawienie kandydata mającego szanse na rzeczywiste zwycięstwo? Przecież reprezentantem obozu władzy mógł być choćby Włodzimierz Łytwyn, marszałek parlamentu. Dlaczego komisja wyborcza, która po pierwszej turze liczyła głosy przez dwa tygodnie, tym razem ogłosiła wyniki w kilka godzin po wyborach? Dlaczego fałszowanie wyborów odbywało się w absolutnie bezczelny sposób, na oczach międzynarodowych obserwatorów - tak jakby nie można było, metodą białoruską, zawczasu przygotować jako tako wiarygodnych wyników? Wydaje się, że powód mógł być tylko jeden - zademonstrować obywatelom, że mogą porzucić jakiekolwiek marzenia o demokracji, a światu, że nowy prezydent Janukowycz niczym nie różni się od satrapów rządzących w większości postsowieckich republik. Ta technologia polityczna - posłużę się ulubionym słowem kremlowskich specjalistów - zdała doskonale egzamin na Białorusi. Z logicznego punktu widzenia Aleksander Łukaszenko od lat zachowuje się skrajnie absurdalnie. Mogąc uczciwie wygrać wybory czy referendum - bo ciągle jest politykiem we własnym kraju popularnym - posuwa się do fałszerstw, gnębienia opozycji i drwin z całego cywilizowanego świata. Ale logika jego sponsorów z Kremla i Łubianki jest całkiem inna. Ludzie wywodzący się z sowieckiego KGB przekonali Łukaszenkę, mającego bez wątpienia skłonności paranoidalne, że jest zagrożony przez imperialistyczny spisek i że nie może zdawać się na niepewną loterię wyborczą, tylko musi mieć gwarancję zwycięstwa. I że oni mu to załatwią. Skutek - jedynymi partnerami do rozmów dla Łukaszenki są dziś, poza Moskwą, Fidel Castro, Kim Dżong Il i Muamar Kadafi, a cała białoruska gospodarka jest wykupiona przez Rosjan.

Imperium (nieudolnie) kontratakuje

Od czasu objęcia władzy przez Władimira Putina zbytnia niezależność Kijowa stała Moskwie ością w gardle. Nie miejmy złudzeń - 90 procent obywateli Rosji nigdy nie zaakceptowało faktu, że wczasy na Krymie wymagają posiadania zagranicznego paszportu. Uważają to za kpinę i niesprawiedliwość. Wedle wiarygodnych badań socjologicznych, ponad trzy czwarte obywateli Federacji Rosyjskiej zapytanych, co jest dla nich ważniejsze: dobrobyt czy mocarstwowość - wybrało potęgę swojego państwa. Ci ludzie są bazą prezydentury Putina, wraz z wojskiem i służbami specjalnymi. Popierają go, bo gwarantuje krwawą pacyfikację Czeczenii i powrót Rosji w koleiny polityki imperialnej. Oni również będą popychali Kreml do tego, by nie dopuścił do zachwiania się dominacji Rosji na Ukrainie. Nie oszukujmy się, dzisiejsza Ukraina jest państwem w dużej mierze od Rosji zależnym. Rzecz jasna, zasadniczym narzędziem panowania, rosyjskiego pozostaje całkowita zależność Ukrainy od surowców energetycznych ropy, gazu i paliwa atomowego dostarczanych przez sąsiada z północy. Ale nie tylko. Ukraińska elita polityczna i gospodarcza jest spenetrowana przez służby specjalne Rosji. Pamiętamy aferę związaną z zabójstwem niezależnego dziennikarza Grigorija Gongadze. O zlecenie tego zabójstwa - zapewne nie bez powodu - został oskarżony prezydent Kuczma. Ale koronnym dowodem w sprawie stały się taśmy z podsłuchami rozmów prezydenta wywiezione przez jego dawnego ochroniarza majora Mełnyczenkę. Nikt nie ma wątpliwości co do jednej rzeczy - prawdziwym pracodawcą Mełnyczenki był wywiad rosyjski. A taśmy opublikowano, bo Kuczma nie wykazywał się wystarczającą miękkością wobec żądań Moskwy. Rosjanie popełnili podczas wyborów prezydenckich jeden - brzemienny w skutki - błąd. Nie wzięli pod uwagę tego, że na Ukrainie rodzi się autentyczne społeczeństwo obywatelskie. A może inaczej - że rodzi się naród ukraiński. Opisany wyżej plan był znakomity. Załamał się, gdyż setki tysięcy ludzi, nie bacząc na śnieg i mróz, wyszło na ulice Kijowa (ale również Lwowa, Tarnopola i kilkunastu innych miast), aby zademonstrować, że nie pozwolą, by im bezkarnie pluto w twarz. Obecność międzynarodowych obserwatorów i kamer zagranicznych telewizji dodała im odwagi. Okazało się również, że władza nie może liczyć na wsparcie wojska i milicji. Mimo nacisków z Rosji Leonid Kuczma nie zdecydował się na użycie siły wobec demonstrantów. Brytyjski "Sunday Times" ujawnił, że Moskwa ofiarowała Janukowyczowi "internacjonalistyczną pomoc" w stłumieniu demonstracji. Relacje dziennikarzy z Kijowa donoszą (wiarygodnie) o obecności żołnierzy rosyjskiego specnazu przebranych w ukraińskie mundury. To wszystko okazało się jednak za mało. Wydaje się, że moskiewskie marionetki w Kijowie przestraszyły się skutków użycia siły, a może były zbyt słabe. Nie znaczy to jednak, że Rosja pogodzi się z faktem oddania władzy opozycji. Dla Putina takie rozwiązanie wiąże się z olbrzymim ryzykiem. Zanim jeszcze rosyjski prezydent po raz drugi złożył gratulacje Janukowyczowi, miał jakieś pole manewru. Przecież Juszczenko nie jest idiotą i ma świadomość, że Rosja jest dla Ukrainy partnerem kluczowym. Nic nie wskazuje na to, by ludzie Juszczenki ogłosili wojnę z Rosją. Ale bariera nieufności, która powstanie w wyniku rosyjskiego mieszania się w fałszowanie wyborów, może skutecznie zablokować możliwości współpracy obu krajów. Zwłaszcza że pomarańczowa rewolucja na Ukrainie spowodowała, iż Kijów zaczął być dostrzegany z perspektywy europejskiej i amerykańskiej. Twarde stanowisko Waszyngtonu zaskoczyło Rosjan. Ale jeszcze bardziej zaskoczyły ich głosy z Europy. "Rosjanie mylą się, jeśli sądzą, że gaz i ropa są dla nas ważniejsze od demokracji", napisał sobotni "Frankfurtem Allgemeine Zeitung" i jest to sygnał, że następuje zasadnicze przewartościowanie w kręgu zachodnich elit. Przewartościowanie mające cechy trwałości. Błędne przekonanie Rosjan, że wszystko można zmanipulować na obszarze byłego ZSRR, spowoduje olbrzymie osłabienie Putina. Klęska na Ukrainie może być początkiem końca prezydenta Rosji.

Nic się nie stało

Wpływ wydarzeń ukraińskich na sytuację w Moskwie każe jednak z ogromną ostrożnością patrzeć na szanse pomarańczowej rewolucji. W niedzielę w Siewierodoniecku zebrali się zwolennicy Wiktora Janukowycza. Towarzystwo było bardzo charakterystyczne, bo ich gościem był znany z antyukraińskich poglądów mer Moskwy Juri Łużkow. Na spotkaniu zagrożono secesją wschodniej Ukrainy, jeżeli powtórzone wybory prezydenckie wygra Wiktor Juszczenko. Przedstawiciele władz zerwali również rozmowy z opozycją w nocy z niedzieli na poniedziałek. Jedyną gwarancją tego, że zryw społeczny nie zostanie zmarnowany, staje się kilkadziesiąt tysięcy ludzi marznących od tygodnia na kijowskim placu Niepodległości. Wbrew naszemu przekonaniu, że Juszczenko wygrał na Ukrainie, jeszcze nic się nie stało. A dokładniej, stała się rzecz wielka w wymiarze społecznym, a nic się nie stało w sensie politycznym. Ta wielka rzecz jest niesłychanie optymistyczna dla Polaków. Bo scenariuszem awaryjnym dla Rosjan od wielu lat jest podział Ukrainy. O ile jednak w roku 1991 mogli liczyć na całą Ukrainę z wyjątkiem obszarów należących przed II wojną światową do II Rzeczypospolitej, o tyle dzisiaj granica rosyjskich wpływów przesunęła się daleko na wschód od Dniepru. Dzisiejszej Ukrainie nie grozi już podział, grozi natomiast zabór Krymu i Donbasu. A świat oczekuje od Polski, że zaproponuje, co zrobić, by do takiego rozwiązania nie doszło.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki