Logo Przewdonik Katolicki

Radość elżbietanek

Bernadeta Kruszyk
Fot.

W gnieźnieńskim seminarium jest ich pięć. Od wczesnego ranka krzątają się w obszernej kuchni i refektarzu. Przygotowują posiłki, nakrywają do stołów, dbają, by niczego nie brakowało. Skromne, ciche, na pozór nieobecne z niezmienną sumiennością i wytrwałością wypełniają swe codzienne obowiązki. Nie dla pochwał czy zaszczytów... Dla chwały Boga i dobra bliźnich... Niektórzy...

W gnieźnieńskim seminarium jest ich pięć. Od wczesnego ranka krzątają się w obszernej kuchni i refektarzu. Przygotowują posiłki, nakrywają do stołów, dbają, by niczego nie brakowało. Skromne, ciche, na pozór nieobecne z niezmienną sumiennością i wytrwałością wypełniają swe codzienne obowiązki. Nie dla pochwał czy zaszczytów... Dla chwały Boga i dobra bliźnich...
Niektórzy mówią, że pracujemy w sercu Kościoła - uśmiecha się siostra Michalina Trzeciak, przełożona domu zakonnego sióstr elżbietanek w Prymasowskim Wyższym Seminarium Duchownym w Gnieźnie. - To dla nas ogromna radość i wielki zaszczyt. Przecież tu wzrastają przyszli kapłani. Tu rozeznają i umacniają swoje powołanie. Cieszymy się, że możemy w tym uczestniczyć i być pomocne.
Wbrew niewygodom i trudom
Siostry elżbietanki przybyły do gnieźnieńskiego seminarium w 1919 roku. Zajęły się prowadzeniem kuchni, stołówki i konwiktu, w którym mieściło się "małe seminarium" dla chłopców. Lata owocnej pracy przerwał wybuch II wojny światowej. Jesienią 1939 roku do tętniącego życiem gmachu wkroczyło gestapo i w brutalny sposób wyrzuciło wszystkich jego mieszkańców. Siostry schroniły się w przykatedralnych kolegiatach. Zajmowały się praniem bielizny dla niemieckiego wojska. Przetrwały. W lutym 1945 roku wróciły do seminarium. Zacny gmach był w opłakanym stanie. Mimo to nie straciły ducha. Na nowo podjęły swą służbę, wbrew wszelkim niewygodom i trudom. W 1960 roku zamieszkały w konwikcie. Czasy były trudne - komunistyczne, warunki lokalowe nie najlepsze. Siostry wiedziały jednak, po co i dla kogo pracują - dla Boga, Kościoła i Ojczyzny. W 1989 roku przeniosły się do nowego, specjalnie dla nich wybudowanego domu. Mieszkają tam do dziś. Ciche, skromne, jakby ukryte dla świata, dzień po dniu wypełniają swe powołanie, w zaciszu seminaryjnej kaplicy, półmroku refektarza, cieniu kuchni...
"Idź w świat - poznasz Pana Boga"
Siostra Michalina Trzeciak urodziła się 7 stycznia 1933 roku w Wyszanowie koło Kępna. Dzieciństwo spędziła w domu rodzinnym wraz z pięciorgiem rodzeństwa. Pamięta wspólne zabawy, psoty i wyjazd na odpust do Mikorzyna. - Strasznie wtedy płakałam - wspomina z uśmiechem. - Jakaś pani dała mi obrazek z wizerunkiem świętej Teresy od Dzieciątka Jezus. Był na nim napis: "Idź w świat - poznasz Pana Boga". Byłam mała. Nie umiałam czytać, a gdy już się nauczyłam, rozumiałam go bardzo dosłownie. Myślałam, że mam przywdziać łachmany, wziąć tobołek i iść w nieznane. Dopiero później pojęłam, o jaką drogę chodzi... A droga ta miała swój początek u elżbietanek w Rościnnie. Siedemnastoletnia wówczas siostra Michalina pojechała tam do cioci - elżbietanki, by poznać tajniki szycia, gotowania i wielu innych sztuk, które wzorowa gospodyni znać powinna. Usłyszała głos Boga. Została zakonnicą. W 1954 roku rozpoczęła posługę w gnieźnieńskim seminarium. Pełni ją nieprzerwanie do dziś. - To moja pierwsza i jedyna placówka zakonna - mówi wzruszona. - Wzrastałam w tych murach, zżyłam się z nimi i z tą wspólnotą. Praca i modlitwa urabiały mego ducha i wzmacniały wolę czynienia dobra. Na ile dawałam i daję świadectwo życia innym, pozostawiam ocenie Pana Boga, jestem Mu jednak wdzięczna, że przez tyle lat dodawał mi sił...
Ora et labora od świtu do wieczora
Gdy siostra Michalina rozpoczynała posługę zakonną, w gnieźnieńskim seminarium pracowało trzynaście sióstr. Dziś jest ich tylko pięć. - Brakuje nowych powołań - mówi ze smutkiem i zaraz dodaje: - Ale Bóg da i to się zmieni. Z pewnością, choć życie za klasztorną furtą do łatwych nie należy. Nie ma tu miejsca na modny dziś indywidualizm i wolność rozumianą jako brak ograniczeń. Trzeba się podporządkować i nauczyć żyć według reguły, która nakazuje modlić się, pracować i służyć bliźnim, a nie sobie. To daje prawdziwą radość. Cóż bowiem po pełnym portfelu i sukcesach zawodowych, jeśli w sercu panuje pustka. Siostry doskonale to rozumieją. Ich każdy dzień wypełnia modlitwa i praca. Wstają o świecie, by o 5.30 spotkać się w kaplicy na porannych modlitwach i Mszy Świętej. Później przygotowują śniadanie dla kleryków i księży profesorów. W kuchni szefuje siostra Agnieszka. - Ma talent - przyznaje siostra Michalina. Przed południem każda z sióstr udaje się do swych zwykłych obowiązków. Trzeba pozmywać, posprzątać, zanieść rzeczy do pralni, dopilnować, by w kaplicach znalazły się świeże kwiaty, przygotować i podać obiad, załatwić tysiąc różnych spraw. Siostra przełożona nie ukrywa, że uporanie się z tymi wszystkimi obowiązkami byłoby trudne, gdyby nie pomoc pracujących w seminarium osób świeckich i kleryków. Przyszli kapłani są dla sióstr wielką wyręką. - Przy nich i my czujemy się młode - przyznaje z rozbrajającą szczerością. - Gdy wyjeżdżają na wakacje, mamy mniej pracy. Możemy trochę odpocząć. Cóż z tego, kiedy brakuje ich śmiechu, żartów, zwykłego hałasu, jaki robią.
Na wzór św. Elżbiety Węgierskiej
Zgromadzenie Sióstr św. Elżbiety powstało w 1842 roku w Nysie na Śląsku. Założyły je cztery młode kobiety: Klara Wolff, Matylda i Maria Merkert oraz Franciszka Werner, które objęły opieką ambulatoryjną chorych w ich domach. Pomagały każdemu bez względu na płeć, wyznanie i status społeczny. Niosły ulgę zarówno w cierpieniu fizycznym, jak i duchowym. Wkrótce potem zostały poddane ciężkiej próbie. Trzydziestotrzyletnia wówczas Matylda umarła na tyfus, którym zaraziła się, pielęgnując chorych. Jej trzy towarzyszki natomiast - "szare siostry", jak nazywali je mieszkańcy miasta - zgodnie z życzeniem władz kościelnych dołączyły do Zgromadzenia Sióstr Boromeuszek. Pragnienie niesienia pomocy cierpiącym okazało się jednak silniejsze. Jako pierwsza nowicjat u boromeuszek opuściła Klara. Wkrótce potem podobną decyzję podjęły także Maria i Franciszka. Ostatnie wróciły do Nysy, by odbudować swe dzieło. 19 listopada 1850 roku - w dniu poświęconym św. Elżbiecie Węgierskiej, patronce wspólnoty - wznowiły przerwaną działalność, wydając ubogim i chorym odzież oraz ciepłą strawę. Niebawem do sióstr dołączyło pięć dziewcząt. Na swą przełożoną wybrały Marię. Na początku września 1859 roku książę biskup Förester zatwierdził powołane przez nie Stowarzyszenie Sióstr Szarych. Pięć lat później król pruski nadał założonej przez matkę Marię fundacji dobroczynnej prawa korporacyjne na wieczne czasy, a w 1871 roku papież Pius IX wydał dekret pochwalny i tym samym uznał wspólnotę za zgromadzenie zakonne na prawach papieskich. Po śmierci matki Marii przełożoną została Franciszka. Zmarła w grudniu 1885 roku. Jej śmierć opłakiwało blisko siedemset sióstr. Dziś, po niespełna stu dwudziestu latach jest ich blisko półtora tysiąca. Są najliczniejszym żeńskim instytutem życia konsekrowanego w Polsce. Na wzór św. Elżbiety Węgierskiej niosą pomoc najbardziej potrzebującym. Idą tam, gdzie są potrzebne i tym, co posiadają, radośnie i chętnie dzielą się z innymi.
Podwójna rocznica
W tym roku przypada 85. rocznica obecności sióstr elżbietanek w gnieźnieńskim seminarium duchownym. Uroczystości odbyły się 19 czerwca br. i były połączone z jubileuszem siostry Michaliny Trzeciak, która obchodzi pięćdziesiątą rocznicę złożenia ślubów zakonnych. Jak powiedział ks. dr hab. Bogdan Czyżewski, rektor PWSD w Gnieźnie, wytrwała posługa sióstr elżbietanek oraz świadectwo ich życia stanowią dla całej wspólnoty seminaryjnej wielkie dobrodziejstwo i przykład pełnego poświęcenia się w służbie Bogu i bliźnim. Ksiądz rektor ma rację. Skromne, ciche są jak kłosy chylące się ku ziemi, które przynoszą plon obfity.
Tekst i zdjęcia:

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki