Zostały drobiazgi

Gdy dowiedział się, że w pałacu urządzono mieszkania,

był zadowolony.

Mówił: To dobrze, że rodzą się w nim polskie dzieci.



Kajetan Józef Morawski zawsze gdy wracał automobilem z Poznania albo z Warszawy, siedząc na tylnej kanapie, wsparty na laseczce, w kapeluszu, wyglądał przez okno. Gdy zza horyzontu wyłaniała się wieża...
Czyta się kilka minut
Gdy dowiedział się, że w pałacu urządzono mieszkania,

był zadowolony.

Mówił: To dobrze, że rodzą się w nim polskie dzieci.

Kajetan Józef Morawski zawsze gdy wracał automobilem z Poznania albo z Warszawy, siedząc na tylnej kanapie, wsparty na laseczce, w kapeluszu, wyglądał przez okno. Gdy zza horyzontu wyłaniała się wieża lubińskiego klasztoru benedyktynów, uśmiechał się z ulgą. – No, teraz jestem w domu – zwykł wtedy mawiać.

Dom

W 1841 roku, gdy dziad Kajetana Józefa – Kajetan Morawski kupował majątek w Jurkowie wraz z dwoma folwarkami w sąsiednich wsiach od Stanisława Chłapowskiego, pałacu jeszcze nie było. Stał wtenczas stary szlachecki dwór.

Wiele lat później Konstancja Morawska tak o nim pisała: „Dom stary, lepiony, niekształtny wznosił się nad samym wybrzeżem Obry. Stąd też wielka bywała wilgoć w pomieszczeniu. Pokojów, pokoików, sionek, kącików mnóstwo, pojąć nie można było, skąd ich się tyle bierze w tak pozornie małym domu. (...) Dzikie wino osłaniało festonami nieregularność ścian, rozlicznych przystaw i przystawek."

W drugiej połowie XIX wieku Morawscy w Jurkowie postawili nowy pałac, który został przebudowany przed drugą wojną światową według projektu znanego architekta Franciszka Morawskiego. Po przebudowie powstał przestronny, wygodny dom: arkadowy ganek, dwa skrzydła i taras. W dwudziestoleciu międzywojennym ten budynek stał się miejscem spotkań towarzyskich, dyskusji i wypoczynku wielu przedstawicieli ówczesnej elity polskiej. Do Jurkowa przyjeżdżali dyplomaci, artyści, profesorowie uniwersytetu.

– Wprawdzie byłem wtedy kilkuletnim dzieckiem, bardziej zainteresowanym zabawą z dziećmi z miejscowej ochronki, ale pamiętam spacerujących po naszym parku zakonników – wspomina Maciej Morawski. – Ktoś mi wyjaśnił, że to nasi misjonarze z Brazylii, którzy wrócili do Polski na wakacje i spędzają je u moich rodziców.

Jurkowski dom stoi, jak stał, choć jego dawnych mieszkańców mało kto tu pamięta. Czas nadgryzł nieco mury, ale pałac nadal służy ludziom. Teraz mieszka w nim kilka rodzin pracowników z byłej miejscowej spółdzielni.

– Ojciec nieraz dopytywał się o pałac, czy wiadomo, w jakim jest stanie – wspomina Maciej Morawski. – Gdy dowiedział się, że urządzono w nim mieszkania, był zadowolony. To dobrze, mówił, że rodzą się w nim polskie dzieci.

Przed wojną do Jurkowa, w sercu Wielkopolski, przyjeżdżali: Jan Lechoń, Kazimiera Iłłakowiczówna, wojewoda poznański Roger Raczyński i Melchior Wańkowicz.

Gospodarz

Urodził się w Jurkowie 19 kwietnia 1892 roku. Był synem Stanisława i Teresy z Morawskich, a wnukiem Kajetana Morawskiego i Józefy z Łempickich. Ukończył Gimnazjum Jana Amosa Komeńskiego w Lesznie. Po śmierci ojca w 1914 roku objął po nim majątek. Ukończył studia rolnicze i ekonomiczne na uniwersytetach w Lipsku i Monachium. Dzięki temu świetnie się znał na gospodarowaniu, ale miał mało okazji, by tę wiedzę wykorzystywać w praktyce. Mieszkał w Jurkowie i zajmował się majątkiem tylko w przerwach od pełnienia obowiązków urzędniczych i państwowych. Kajetan Morawski całkowicie bowiem poświęcił się służbie publicznej.

W 1919 roku powołano go do Komitetu Plebiscytowego przygotowującego plebiscyt na Warmii, Mazurach i Powiślu, był członkiem delegacji polskiej na konferencji w Spa. Po odzyskaniu niepodległości współorganizował Ministerstwo Spraw Zagranicznych, w 1924 roku został dyrektorem Departamentu Politycznego.

Niemal przez cały rok 1925 Morawski przebywał w Genewie, będąc tam szefem Delegacji RP przy Lidze Narodów. W grudniu wrócił do Warszawy, by objąć stanowisko najpierw podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, a od 10 maja 1926 kierownika MSZ w gabinecie Wincentego Witosa, rządzie obalonym przez zamach majowy.

Po zwycięstwie Piłsudskiego, odsunięty od funkcji państwowych, wrócił do Jurkowa, ale nie porzucił działalności publicznej. Działał w kółkach rolniczych, w radzie nadzorczej spółki akcyjnej Dziennik Poznański, w Katolickiej Unii Ziem Zachodnich, którą utworzył wspólnie ze Stanisławem Chłapowskim i Rogerem Raczyńskim.

W 1934 roku jednomyślnie wybrano go prezesem Wielkopolskiej Izby Rolniczej, a po dwóch latach – prezesem Związku Izb i Organizacji Rolniczych RP. Był prezesem Związku Eksporterów Zboża; zasiadał w Radzie Banku Polskiego w Warszawie, w której reprezentował rolnictwo; był członkiem rady nadzorczej towarzystwa polsko-francuskiego, które budowało magistralę łączącą Śląsk z Gdynią. Wreszcie w 1936 roku wicepremier Eugeniusz Kwiatkowski powołał go na stanowisko wiceministra skarbu. Kajetan Morawski pełnił tę funkcję do wybuchu wojny.

17 września 1939 roku opuścił wraz z rządem Polskę i przez Rumunię dostał się na Zachód. Działał przy polskim rządzie na obczyźnie, był ambasadorem przy francuskim Komitecie Wyzwolenia Narodowego, a potem przy rządzie francuskim w wyzwolonym Paryżu. Gdy rząd Francji cofnął uznanie dla polskiego rządu na emigracji, osiadł w Paryżu. Udzielał się w życiu Polonii, wśród której cieszył się wielkim autorytetem. Działał w Bibliotece Polskiej i w Towarzystwie Historyczno-Literackim w Paryżu. Przyczynił się do powstania polskiej fundacji humanitarnej, która nabyła w Lailly-en-Yal pałac z parkiem, z przeznaczeniem na dom opieki dla ludzi starszych.

Przepowiednia

Historyk profesor Andrzej Kwilecki poznał osobiście Kajetana Morawskiego w 1965 roku, gdy odbywał w Paryżu naukowe stypendium.

– Mężczyzna elegancki w ruchach i mowie – wspomina Kwilecki. Nie można nie wierzyć. Wystarczy spojrzeć na czarno-białą fotografię zrobioną w 1925 roku w Genewie: Kajetan Morawski z żoną Marią pozują na schodach jakiegoś budynku.

– I prawy człowiek – dodaje profesor. – Nigdy w żadnych okolicznościach nie mówił źle o innych ludziach. Znał wszystkich polityków polskiej emigracji. I nie tylko. Znał też przecież generała de Gaulle'a.

Mieszkanie Kajetana Morawskiego było nieformalną polską ambasadą w Paryżu. – To była wielka postać, dziś jakby trochę zapomniana – opowiada Kwilecki. – Jego pamięć jest kultywowana jedynie na ziemi kościańskiej, z której pochodził i którą ukochał. Bardzo często wracał w rozmowach i pisaniu do Jurkowa, Kościana, Lubinia.

Gdy Morawski dowiedział się, że Kwilecki wraca do kraju, poprosił go do siebie. – Powiedział, że dobrze wie, że już nigdy nie wróci do Polski, ale jest przekonany, że będzie mógł wrócić jego syn, Maciej – wspomina profesor.

To wydawało się nieprawdopodobne. Był 1966 rok, a Morawscy nie należeli do ulubieńców władzy. A jednak po ponad dwudziestu latach ta przepowiednia spełniła się.

Maciej Morawski, który po wojnie wraz z matką i bagażem okropnych wojennych doświadczeń pojechał do ojca do Paryża, z czasem stał się równie aktywnym członkiem polskiej emigracji. Jako dziennikarz Radia Wolna Europa nie był najmilej widzianą w ojczyźnie osobą. Stał się przedmiotem ataków ze strony środków przekazu PRL. Grożono jego rodzinie. Do Polski przyjechał po raz pierwszy w 1989 roku, w grupie towarzyszącej prezydentowi Mitterandowi. Od tego czasu wiele razy powracał do ojczyzny. Odwiedzał Warszawę, Poznań i oczywiście Jurkowo.

– To człowiek zakochany w tej ziemi – ocenia Paweł Buksalewicz, burmistrz Krzywinia.

Testament

W styczniu tego roku Maciej Morawski po raz kolejny odwiedził Jurkowo. Tym razem na zaproszenie krzywińskiego samorządu i Krzywińskiego Towarzystwa Kulturalnego. W Krzywiniu uroczyście otwierano wystawę poświęconą jego ojcu, a na murze kaplicy w Jurkowie odsłonięto pamiątkową tablicę.

– Rodzice byli głęboko wierzącymi osobami – mówi Maciej Morawski. – Szczególnie ukochali Matkę Boską Jurkowską, w słynącym cudami obrazie. Dziwili się, że jest ona tak mało znana i czczona, choć tak bardzo skuteczna. A to prawda, bo sam tego doświadczyłem. Mama zawsze mówiła, że gdy będę w potrzebie, mam się oddać Matce Boskiej Jurkowskiej. Ona wiele razy pomagała mi w ciężkich chwilach.

Kajetan Morawski zmarł w Zaduszki 1973 roku w Lailly-en-Val, w domu starców, który sam stworzył. Tam też został pochowany. Jak przepowiedział, nigdy już nie wrócił do Polski i Jurkowa. Po śmierci odczytano jego testament. Napisał w nim:

„Zobowiązuję mojego syna Macieja do wydania, tytułem pamiątek po mnie, następujących przedmiotów: memu synowi Hieronimowi Morawskiemu złotego sygnetu z herbem Nałęcz, mojej wnuczce Magdalenie Morawskiej mego złotego zegarka na rękę, mojej córce Barbarze Włodzimierzowej Ledóchowskiej przedstawiającego ją portretu pędzla Taranczewskiego oraz mego wiecznego pióra, memu zięciowi Włodzimierzowi Ledóchowskiemu złotego zegarka kieszonkowego marki Longines, moim wnukom, Janowi i Krzysztofowi Ledóchowskim, po jednej parze złotych spinek do mankiet.” Tyle mu zostało z jurkowskiego majątku po latach służbie ojczyźnie. Drobiazgi i pamiątki.

Korzystałem ze szkicu profesora Andrzeja Kwileckiego „Kajetan Morawski (1892-1973). Dyplomata i pisarz”

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 4/2003