Logo Przewdonik Katolicki

Światło, które rozrywa ciemność

Jolanta Próchniewicz
Fot.

Rozmowa z biskupem Witalijem Skomarowskim, nowym biskupem pomocniczym diecezji kijowsko - żytomierskiej na Ukrainie Księże Biskupie, miałam to szczęście, że pracowałam z Księdzem - jeszcze nie biskupem - przez parę lat. Teraz jednak wszystko nabiera innej perspektywy... Co to znaczy: być biskupem na Ukrainie? - Tak dokładnie to nie wiem, jestem biskupem dopiero pół dnia......

Rozmowa z biskupem Witalijem Skomarowskim, nowym biskupem pomocniczym diecezji kijowsko - żytomierskiej na Ukrainie

Księże Biskupie, miałam to szczęście, że pracowałam z Księdzem - jeszcze nie biskupem - przez parę lat. Teraz jednak wszystko nabiera innej perspektywy... Co to znaczy: być biskupem na Ukrainie?

- Tak dokładnie to nie wiem, jestem biskupem dopiero pół dnia... Ale myślę, że to oznacza to samo, co gdzie indziej. Dla mnie być biskupem to znaczy służyć. Zresztą bycie księdzem oznaczało to samo. Tyle, że służba biskupa różni się od służby kapłańskiej większą odpowiedzialnością i większą ilością obowiązków.
Wprawdzie moim pragnieniem było zostać proboszczem niewielkiej parafii, ale przecież posługę biskupią też musi ktoś podjąć. Jeśli więc Kościół uznał, że to ja mam być, to nie odmówiłem. Zgodziłem się przecież służyć, przyjmując święcenia kapłańskie.

A jaka była droga Księdza Biskupa do kapłaństwa? Były to jednak czasy zupełnie inne, niż teraz.

- Tak, różnica jest duża. Zarówno w znaczeniu politycznym, jak i w życiu Kościoła. Kościół rośnie w głąb, coraz pełniej rozwija się jako wspólnota wspólnot. To zresztą widzę jako najpilniejsze zadanie - rozwój ruchów świeckich. One przemieniają biernych chrześcijan w chrześcijan aktywnych, którzy żyją swoją wiarą i świadczą o niej. To jest potrzeba naszych czasów - żeby w Kościele byli aktywni wierni świeccy, odpowiedzialni i dojrzali.

Chętnie jeszcze podejmę ten temat, teraz jednak wróćmy do pytania o drogę do kapłaństwa...

- Kiedy miałem kilkanaście lat, byłem ministrantem w mojej parafii w Berdyczowie. Proboszczem był tam ks. Ambroży Mickiewicz. No, a "kościół" to była kapliczka w prywatnym domu... Pomagałem mu tam w parafii, a on czasami zabierał mnie ze sobą, kiedy jeździł na wioski. Trzeba pamiętać, jakie są parafie na Ukrainie! Wsie w dużym rozproszeniu, w nich po kilkanaście osób, jedzie się wiele kilometrów... Życie kapłana, w tamtych czasach szczególnie, upływało w drodze. Wyjazdy do odległych wiosek, odprawianie mszy, nie kończące się spowiedzi, odwiedziny u chorych, katechizacja. Wracaliśmy z tych wyjazdów często nocami i z tamtych lat zostało mi wspomnienie, które z czasem urosło do rangi pewnego symbolu kapłaństwa: strumień światła reflektorów samochodu, które rozrywa ciemność. Wtedy też dotarło do mnie, jak bardzo brakuje kapłanów i chciałem coś zrobić, żeby temu zaradzić. No i jednego razu podczas takiego wyjazdu, w czasie postoju nad jeziorem, powiedziałem ks. Ambrożemu, że chcę być księdzem.

Jednak do seminarium była jeszcze daleka droga...

- Tak, nie można było tak po prostu wstąpić! Wtedy jedynym seminarium na terenie ZSRR było seminarium w Rydze i dostać się do niego było trudno. Były jednak pewne tzw. możliwości, i z tego udało mi się skorzystać. Polegało to na tym, że byłem zatrudniony w seminarium i pracowałem jako palacz, ale przy tym brałem udział w całym życiu i formacji seminaryjnej - wykładach, modlitwach, rekolekcjach. Trwało to dwa lata, później mogłem już być normalnie. Zanim jednak tam poszedłem, ukończyłem szkołę medyczną - z zawodu jestem felczerem - no i byłem 2 lata w wojsku.

Mówimy o tym, jak o dawnych czasach, a przecież było to zaledwie kilkanaście lat temu.

- Tak, zostałem wyświęcony 27 maja 1990 roku.

Co było najpiękniejsze w tych 13 latach kapłaństwa?

- Wszystko było najpiękniejsze! Czasami coś takiego wspaniałego się wydarzy, że człowiek myśli sobie: "Dla tego warto było zostać księdzem". Ale wtedy Pan Bóg daje jasno zrozumieć, że to nie moje działanie, On działa, a ja jestem tylko świadkiem. Widzieć działanie Boże w ludziach - to jest najpiękniejsze.

A jaka powinna być relacja między kapłanem a świeckimi?


- Gdy byłem proboszczem w Żytomierzu, w 1998 roku zaproszono mnie na spotkanie kręgu Domowego Kościoła. Kiedy wszedłem w tę wspólnotę zrozumiałem, że ja, jako kapłan, też potrzebuję wspólnoty - ludzi, z którymi mogę dzielić się przeżywaniem wiary i którzy też dzielą się ze mną. Kiedy potem zostałem rektorem seminarium i przez rok nie miałem możliwości uczestniczenia w spotkaniach, zauważyłem, jak bardzo brakuje mi tej wspólnoty: modlitwy, obecności i wsparcia świeckich. Ile razy brałem udział w ich rekolekcjach, tyle razy przekonywałem się o ogromnej sile takich ruchów w Kościele, które pomagają ludziom wzrastać w wierze, żyć nią i wspierać wiarę innych. A relacja? Jak powiedział założyciel Domowego Kościoła, teraz Sługa Boży, ks. Blachnicki, kapłan powinien formować świeckich tak, żeby oni z kolei wspierali kapłana i formowali innych.

Jako rektor seminarium diecezjalnego ma Ksiądz Biskup duży wpływ na formację przyszłych księży.

- Trochę tak. Ale nie można zapomnieć o tym, że wielu kandydatów - ok. 50 proc. - pochodzi z rodzin rozbitych i z tego wynikają różne ich problemy. Chcemy też, żeby kandydaci byli trochę dojrzalsi. U nas młodzi ludzie kończą szkołę mając 17-18 lat i jeżeli od razu przychodzą do seminarium, to spod opieki mamy trafiają od razu pod inną opiekę i mało znają życie. Przychodzą jakby trochę na próbę: zobaczę, jak to będzie. Tymczasem powinni zaznać trochę samodzielności - czy wojsko, czy normalna praca, żeby nie było tak, że siedzi w seminarium, bo boi się, że w życiu nie da sobie rady. Dlatego od tego roku przyjmujemy dopiero od 20 roku życia.

Można by jeszcze wiele pytać i słuchać - o planach, potrzebach, staraniach... Ale może na koniec tylko jeszcze jedno: czego Księdzu Biskupowi życzyć?

- W moim herbie biskupim są słowa: Veni, Sancte Spiritus. Jeden z moich przyjaciół na konsekracji złożył mi takie życzenia: Żeby Duch Święty Tobą zawładnął całkowicie. To najlepsze życzenia i tego mi życzyć.

W takim razie - tego życzymy! Dziękuję za rozmowę.


Kościół katolicki na Ukrainie stał się nam bliższy dzięki wizycie Jana Pawła II w czerwcu 2001 roku. Sytuację w tym Kościele, przygotowania do pielgrzymki i jej przebieg na bieżąco przedstawiała prasa i RTV. Wtedy trochę lepiej poznaliśmy ten Kościół i zrozumieliśmy jego problemy, wynikające z uwarunkowań historycznych i dziejów najnowszych.

Dla przypomnienia:

Kościół ten tworzą wierni dwóch obrządków - greckokatolickiego i rzymskokatolickiego, w sumie 6,5 mln, co stanowi 13 proc. ludności Ukrainy. Grekokatolicy, potocznie zwani unitami (chociaż oni sami tego określenia nie lubią), to ci, którzy w wyniku Unii Brzeskiej w 1596 roku przeszli z prawosławia na katolicyzm, przyjmując doktrynę katolicką i uznając władzę papieża, ale zachowując własną liturgię (obrządek) i własną duchowość. Mieszkają głównie na Białorusi, we wschodniej Polsce, a najwięcej (ok. 5 mln) na Ukrainie. Wielu też, szczególnie narodowości ukraińskiej, rozsianych jest w diasporze, przede wszystkim w Brazylii, Australii i Kanadzie.
Kościół łaciński, zwany też Kościołem zachodnim, to historycznie najstarszy Kościół na Ukrainie. Według podań sprowadziła go księżna Olga ok. 959 roku, a struktura kościelna istnieje od roku 1375, kiedy to powstała pierwsza metropolia w Haliczu. Obecnie wiernych obrządku łacińskiego jest na Ukrainie ok. 1,5 mln. Większość z nich jest pochodzenia polskiego i zamieszkują głównie Ukrainę centralną - region Winnicy, Chmielnickiego i Żytomierza.
Kościół rzymskokatolicki podzielony jest na 7 diecezji i 804 parafie. Ma 1 kardynała, 11 biskupów i prawie 450 księży (jednak 2/3 z nich ma obce obywatelstwo).
Najpoważniejszym problemem tego Kościoła jest - obok zniszczeń moralnych, dokonanych przez 70 lat komunizmu - pojednanie między wiernymi i odkrycie własnej tożsamości. Przed 1939 rokiem tożsamość religijną katolików wiązano jednoznacznie z tożsamością narodową: Polak to rzymski katolik, Ukrainiec - grekokatolik. Podziały te zanikły w okresie komunizmu, wróciły jednak znowu po odzyskaniu wolności w 1991 roku i przez pierwsze lata niezależnej Ukrainy bardzo się nasilały. Powoli jednak dochodzi do głosu pokolenie młodzieży, które nie jest tak silnie obciążone bagażem wspomnień i często nawet nie rozumie wzajemnej niechęci. Poza tym różne środowiska - zarówno kościelne jak i świeckie - wykazują coraz większą aktywność na rzecz pojednania. Sytuacja zmienia się więc na lepsze, a wspomniana wizyta papieża miała tak wielkie znaczenie, że nawet trudno to wyrazić: mieliśmy nadzieję, że papieska pielgrzymka będzie szansą pojednania dla obu grup wiernych. Ale to, co się wydarzyło, przeszło nasze nadzieje. To było jak Zesłanie Ducha Świętego, który pozwolił nam na nowo odnaleźć wspólny język.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki