Logo Przewdonik Katolicki

IV Rzeczpospolita - jutro

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Czas przed referendum europejskim stał się okresem prawdziwych żniw dla socjologów. Sondaże, sondaże, sondaże. Cała klasa polityczna z entuzjazmem donosiła - przybył jeden procent, ubył jeden procent - niczym w prognozach stanu wód. Dyktatura sondaży jest zresztą zjawiskiem stałym zarówno w polskim, jak w światowym życiu politycznym. A jest to dyktatura niesłychanie zawodna...

Czas przed referendum europejskim stał się okresem prawdziwych żniw dla socjologów. Sondaże, sondaże, sondaże. Cała klasa polityczna z entuzjazmem donosiła - przybył jeden procent, ubył jeden procent - niczym w prognozach stanu wód.


Dyktatura sondaży jest zresztą zjawiskiem stałym zarówno w polskim, jak w światowym życiu politycznym. A jest to dyktatura niesłychanie zawodna i nie mająca wiele wspólnego z demokracją bezpośrednią. Sondaż w odróżnieniu od aktu wyborczego obarczony jest brzemieniem nieodpowiedzialności. Z drugiej jednak strony, lekceważenie opinii publicznej i nierzadkie w polskiej klasie politycznej przekonanie, że sondaże kłamią, powoduje, iż działania polityków rozbiegają się z oczekiwaniami obywateli.
Polityka z natury rzeczy jednak jest nieustannym poszukiwaniem kompromisów pomiędzy tym co możliwe, a tym co pożądane, tak więc wypada poprzestać na banalnej konstatacji, że sondaże opinii publicznej są pożytecznym narzędziem pomocniczym i tyle. Być może ucieszy to Leszka Millera i jego kompanów pogrążonych w oczach opinii publicznej niemal całkowicie. Ale nie do końca powinni się cieszyć, albowiem największą wartością badań opinii publicznej jest wskazywanie długofalowych tendencji w myśleniu społecznym. Te zaś wskazują na dwie rzeczy. Po pierwsze, nieustanny i trwały spadek poparcia dla SLD, wynikający z rozwiania się legendy o sprawności kompetencji postkomunistów. Po drugie, społeczna potrzeba odnalezienia reprezentacji i wiarygodnej partii o charakterze centroprawicowym.

Gdzie ci prawicowcy


I tutaj zaczyna się problem. Niewątpliwie najsilniejszą partią w tym gronie jest Prawo i Sprawiedliwość. Ale przekonanie braci Kaczyńskich, iż władza sama przyjdzie do nich, jest zdecydowanie zbyt optymistyczne. Blisko dwie trzecie Polaków jest przekonanych, że żadna z istniejących partii ich nie reprezentuje. Skłonienie ich do zmiany opinii wymaga ciężkiej pracy i przedstawienia sensownego programu naprawy państwa. Tymczasem zamiast debaty o Polsce oglądamy, w wykonaniu polityków, żenujący spektakl afer i awantur. Paradoksalnie - dobrze, że te afery wyszły na światło dzienne. Bo dowodem zdrowia systemu jest to, że zaczyna pozbywać się rakowatych narośli kapitalizmu politycznego. Tyle, że jest to zaledwie połowa prawdy. Druga połowa jest taka, że za Katona polskiej sceny publicznej zaczyna uchodzić Andrzej Lepper.
Śmiesznie i straszno, jak mawiano w kabarecie epoki PRL-u. Ale tak jest, ponieważ Lepper mówi językiem zrozumiałym dla przeciętnego obywatela. Językiem, który oddaje odczucia ludzi przekonanych, że polityka jest kłamliwym spektaklem ogrywanym w imię małych i najczęściej materialnych interesików.
Sukces prawicy musi być zbudowany właśnie na użyciu języka powszechnie zrozumiałego i na prawidłowej identyfikacji spraw najważniejszych dla obywateli. I wreszcie - co najtrudniejsze, a odróżniające polityka od politykiera - na zdolności przekonania współobywateli do spraw wskazanych przez świat polityczny jako ważne dla Polski. Poddawanie się dyktaturze sondaży skutkuje natychmiastową rezygnacją z tego ostatniego punktu. A obywatele, głosując na swoich przedstawicieli, robią to przecież między innymi po to by wskazywali drogę. Słowo "lider" czy "przywódca" wskazuje na człowieka, który potrafi stanąć na czele pochodu i swoim autorytetem albo siłą swoich argumentów przekonać jego uczestników, że należy iść tą, a nie inna drogą. Tymczasem - a nie jest to tylko polska choroba - dzisiejsi politycy przypominają tchórzliwą ariergardę rozbieganymi oczkami śledzącą, dokąd pójdzie większość i wtedy dopiero, gdy wybór zostanie dokonany przez zdezorientowany tłum, wybiegającą na czoło, głównie po apanaże i symbolikę władzy. Dotyczy to niestety również tych najuczciwszych.
Prawica nie wygra wyborów, gdy zamiast projektu na Polskę będzie zajmowała się krytykowaniem postkomunistów. Że jest źle, każdy widzi. Ale by dostać mandat do sprawowania władzy, nie wystarczy powiedzieć, co jest źle. Należy zaproponować, jak zrobić, aby było lepiej. Przyznam, że zaimponował mi przed rokiem Lech Kaczyński, kiedy rozmawiałem z nim o programie dla Warszawy, przedstawiając rzeczy, które mogłyby zostać przez niego zrealizowane i włączone do programu wyborczego w walce o prezydenturę Warszawy. Kaczyński powiedział wtedy, że to są pomysły dobre i zapewne popierane przez większość, ale wedle jego wiedzy zabraknie na nie środków w budżecie miasta, a nie zamierza składać obietnic bez pokrycia. Taki styl uprawiania polityki może przynieść sukces. Ale tylko wtedy, jeżeli program dotyczy spraw rzeczywiście najważniejszych. A tymczasem Platforma Obywatelska skupia się na wolności gospodarczej, PiS zdaje się być partią ubiegającą się o urząd ministra sprawiedliwości, a LPR wystawia coraz bardziej kabaretowe postacie gardłujące jedynie przeciwko Unii Europejskiej.

Dał nam przykład A. Kwaśniewski


Dziwicie się "Panowie" popularności Aleksandra Kwaśniewskiego? Niesłusznie. Kwaśniewski przynajmniej występując publicznie, dotyka najważniejszych problemów Polski. Spotyka się z zagranicznymi mężami stanu. Jeżeli wchodzi w spory, to robi to w sposób względnie obliczalny. I obywatele - to skądinąd zabawny paradoks - mają przekonanie, iż jest to jedyny polityk widzący coś więcej poza małym grupowym interesem.
Trzeba dodać, że taki wizerunek buduje się latami. Dlatego uparte milczenie prawicy w zasadniczych kwestiach międzynarodowych, w chwili gdy Polska otrzymała szansę na dołączenie do grona państw rozgrywających na światowej szachownicy, dowodzi braku instynktu politycznego. Bo zapewne takie zachowania nie zaprocentują wzrostem najbliższego sondażu, ale będą elementem tworzenia długoterminowego wizerunku. Nie tylko polityka i partii, ale całego nurtu centroprawicowego.
Jest smutnym paradoksem, że partia przez pół wieku pogrążająca Polskę w marazmie i wschodniej strefie politycznej uchodzi dzisiaj w oczach Polaków za najbardziej proeuropejską. Ale na pustym polu pozostawionym przez ludzi lata całe walczących o wejście do zachodnich struktur postkomuniści są jedynym aktorem.
Lista zaniechań prawicy jest długa. I jeśli nie zostanie ona w szybkim tempie wypełniona realnym programem, to będziemy rządzeni przez prezydenta Leppera. Pięknoduchy powiedzą wówczas, że naród nie dorósł. Tymczasem, podobnie jak polityczny powrót Millera i Kwaśniewskiego, odbędzie się to na życzenie ludzi, którzy potrafili o Polskę walczyć, ale nie potrafili Polski urządzić.
Mówiąc krótko. Centroprawica musi przedstawić realny program gospodarczy. Z przewagą elementów liberalnych, które trudno obywatelom narzucić, ale które są niezbędne dla osiągnięcia sukcesu ekonomicznego. Musimy przedstawić program celów w polityce zagranicznej, bo po wejściu do Unii cel zakotwiczenia Polski na Zachodzie realizowany od 1989 r. zostanie spełniony. Wreszcie z ołówkiem w ręku należy wyrysować mapę drogową łagodzenia społecznych nierówności i aktywizacji ludzi, którzy w kapitalizmie nie potrafili się odnaleźć. Na koniec rzecz z pozoru łatwa. Koniec z korupcją, kapitalizmem politycznym i "państwem kolesiów". Nawet tych, których prywatnie bardzo lubimy. Taki program rozpisany na konkrety ma szansę zyskać poparcie ponad połowy Polaków. Taki program dla większości ludzi na prawicy jest oczywisty. I takiego programu nie ma, bo lubimy się pięknie dzielić i brzydko od siebie różnić. Ale teraz larum grają. Niepotrzebna jest nazewnicza wymiana III Rzeczypospolitej na IV, dopóki nie będzie ta zmiana pokwitowaniem rzeczywistej przebudowy państwa. Prawica ma na to jeszcze kilka miesięcy.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki