Czas nadziei

Wojna się skończyła - oznajmiły główne stacje telewizyjne. A że wojna toczyła się nie tylko na ulicach Bagdadu, ale i na ekranach telewizorów (dla nas bardziej na ekranach, niż w rzeczywistości), to jej zakończenie przez wielkie stacje informacyjne jest prawdziwym końcem wojny.



Naturalnie nie oznacza to, iż okropieństwa wojny nie będą dotykały żołnierzy i mieszkańców Iraku...
Czyta się kilka minut
Wojna się skończyła - oznajmiły główne stacje telewizyjne. A że wojna toczyła się nie tylko na ulicach Bagdadu, ale i na ekranach telewizorów (dla nas bardziej na ekranach, niż w rzeczywistości), to jej zakończenie przez wielkie stacje informacyjne jest prawdziwym końcem wojny.

Naturalnie nie oznacza to, iż okropieństwa wojny nie będą dotykały żołnierzy i mieszkańców Iraku jeszcze przez długie miesiące. Ale widok entuzjastycznie reagujących tłumów na ulicach irackich miast nie mógł być inscenizacją. Uśmiechnięte twarze Irakijczyków są najlepszą legitymacją dla prezydenta Busha. Odkrycie śladów prac nad bronią masowego rażenia i autentyczna radość ludzi z końca dyktatury dowodzą, iż koalicja skupiona wokół Amerykanów miała solidne podstawy do podjęcia decyzji o zbrojnym wyzwoleniu Iraku.

Łatwiejsza część zadania została wykonana. Zwykle jest jednak tak, że wygranie wojny jest znacznie mniej skomplikowaną sprawą od wygrania pokoju. A to drugie zadanie już na początku wydaje się nieomal kwadraturą koła.

Amerykanie, wkraczając do Iraku, musieli myśleć nie tylko o wojnie z terroryzmem. Tak olbrzymia operacja i olbrzymie ryzyko polityczne, jakie podjęli, miały sens tylko jako pierwszy krok do wprowadzenia trwałego pokoju na Bliskim Wschodzie. Od kilkudziesięciu lat obszar ten był beczką prochu gotową do natychmiastowej detonacji. Niszcząc reżim Saddama, koalicja rozbroiła zaledwie jeden z potencjalnych zapalników grożących detonacją. Najtrudniejszy i najgroźniejszy potencjalnie konflikt bliskowschodni, czyli relacje Izrael - Palestyńczycy pozostaje nie załatwiony. Zaczyna gotować się na pograniczu Turcji i Iraku, bo rządy w Ankarze z przerażeniem obserwują wzrost aktywności Kurdów, a zwłaszcza perspektywę uzyskania autonomii i ogromnych wpływów z wydobycia ropy naftowej. Jeżeli Kurdowie iraccy pozostaną w Kirkuku i Mosulu - zdają się myśleć władze tureckie - to prędzej czy później olbrzymie zyski z pól naftowych przeznaczą na tworzenie niepodległego Kurdystanu, co oznacza zagrożenie rozpadem państwa tureckiego.

Na Bliskim Wschodzie zmieniła się całkowicie sytuacja strategiczna. Co więcej, zmieniła się też geopolityka światowa. Obraz upadającego pomnika Saddama na centralnym placu Bagdadu będzie dla przyszłych historyków obok rozpadu muru berlińskiego i bramy Stoczni Gdańskiej w 1980 r. jedną z ikon przełomu tysiącleci.

Wojna humanitarna?

Zaczynając od początku. Wojna, jaką prowadziła koalicja z Saddamem, była pierwszą wojną XXI wieku. Nie tylko chronologicznie. Przede wszystkim dlatego, że cele i sposób prowadzenia działań wojennych różniły się w sposób zasadniczy od wojen ubiegłego stulecia. W XX wieku nastąpiło nieprawdopodobne zwiększenie możliwości niszczenia. Człowiek znalazł się u progu możliwości zastąpienia Pana Boga w dziele sprowadzenia końca świata na Ziemię. Siła odstraszająca połączona z równowagą pomiędzy supermocarstwami sprawiła, że wojny prowadzono na obrzeżach świata rękami narodów, które nie dysponowały najnowocześniejszymi rodzajami broni. Wydawało się, że stara teza Clausewitza o wojnie jako kontynuacji i części polityki odeszła do lamusa. Demokratyczne narody Zachodu nie były w stanie zaakceptować tysięcy ofiar i rzezi cywilów będących nieodłączną częścią wojen XX stulecia. Stąd zapewne tak powszechny opór wobec samego słowa wojna. Została ona sprowadzona do pojęcia zła absolutnego.

Interwencja w Iraku stała się tymczasem wojną chirurgiczną, próbą czegoś, co zawiera wewnętrzną sprzeczność w samej nazwie: wojny humanitarnej. Celem armii amerykańskiej i jej aliantów stało się wyzwolenie Irakijczyków, a nie zniszczenie kraju. A więc zamiast wysadzania mostów mieliśmy ich przejmowanie przez oddziały specjalne, zamiast bombardowań dywanowych próby trafiania w cele punktowe, zamiast niszczenia oddziałów wojskowych, rozbijania ich centrów dowodzenia i tak dalej. Symboliczny stał się incydent z początku wojny, kiedy żołnierze amerykańscy zatknęli swoją flagę w zdobytym Umm Kasr i natychmiast na rozkaz dowódców ją zwinęli, bo przecież nie przybywają tu jako zdobywcy, tylko jako wyzwoliciele.

Sukces wojny chirurgicznej cieszy, bo udało się zminimalizować ilość ofiar i ocalić znaczną część irackiej infrastruktury. Ale może też rodzić pokusę łatwiejszego sięgania po oręż wojny w prowadzeniu polityki. Aby ostudzić zapały zwolenników takich rozwiązań, warto przypomnieć rzecz jedną. Otóż wojna chirurgiczna jest niebywale kosztowna. Jeden z setek wystrzelonych pocisków Tomahawk kosztuje milion dolarów, jedna z tysięcy "inteligentnych bomb" kilkaset tysięcy dolarów. Wyposażenie i wyszkolenie żołnierza sił specjalnych to również koszty idące w miliony. Poza tym (a właściwie po pierwsze) nawet wojna nowego typu niesie za sobą ofiary. Sięganie po broń musi być więc niesłychanie przemyślane i usprawiedliwione wizją wojny sprawiedliwej.

Nowa geopolityka

Na wojnę nowego typu stać we współczesnym świecie tylko jedno państwo - Stany Zjednoczone. Po zwycięstwie w Iraku Amerykanie umocnili się w roli jedynego mocarstwa światowego, czy jak już mówią niektórzy - hipermocarstwa. Z polskiego punktu widzenia to dobrze. Jesteśmy w grupie bliskich przyjaciół Ameryki, jesteśmy jednym z trzech państw zaproszonych do udziału w konferencji pokojowej, a przede wszystkim jesteśmy zainteresowani tym, by w polityce światowej panował prymat zasad nad zimnym i cynicznym rachunkiem interesów. Nie jestem natomiast pewien, czy w Waszyngtonie powinna zapanować radość. Bo rola dominującego mocarstwa pociąga za sobą olbrzymie obowiązki. Amerykanie stają wobec konieczności urządzenia ładu demokratycznego na Bliskim Wschodzie. Mają olbrzymie problemy z Turcją, rozdartą pomiędzy koniecznością utrzymania prozachodniego i demokratycznego wizerunku a antykurdyjskim nacjonalizmem. Stają wobec izraelskiego sojusznika z trudnym do zaakceptowania planem pokojowym dla Palestyny. Stają również wobec prozachodnich, ale antydemokratycznych reżimów Zatoki Perskiej. Wreszcie zderzają się z anarchią w Iraku. Normalnym odruchem narodu wyzwolonego spod totalitarnej władzy jest anarchiczna grabież i zemsta na oprawcach. Powściągnięcie rabunków i możliwych morderstw jest tyleż konieczne, co trudne.

W przededniu Wielkiej Nocy obserwujemy narodziny nowego ładu światowego. Ładu, który kontestuje część państw Zachodu, ładu, który nie podoba się Rosji i ładu tworzącego nadzieję dla Polaków. Jeżeli obecna administracja amerykańska zdoła sobie poradzić z gigantyczną listą problemów stojących przed nią po zwycięstwie w Iraku, to George W. Bush będzie miał szansę na otwarcie listy wielkich polityków III tysiąclecia. Jeżeli nie... to przegranymi będziemy wszyscy.

Polska szansa

Polska droga do demokracji zamożności i bezpieczeństwa okazała się trudniejsza niż przypuszczaliśmy jeszcze parę lat temu. Udział w koalicji antysaddamowskiej otworzył przed nami kolejną szansę. Jeżeli nasi politycy staną na wysokości zadania, to Warszawa dołączy do grona znaczących stolic świata. Wyśmiewany przez wielu obraz polskiej "półmocarstwowości" może okazać się realny. Powiem szczerze, iż nie wierzę, aby zdołał go zrealizować Leszek Miller. Nacisk kładziony w rządowej propagandzie na możliwe zyski finansowe z naszego udziału w wojnie pokazuje wyraźnie, jaki jest styl myślenia SLD. Otrzymawszy coś, co w historii zdarza się nadzwyczaj rzadko - drugą szansę - powinniśmy zabrać się do jej realizacji ogólnonarodowym wysiłkiem. Czy zdołamy? - cóż, w końcu piszę te słowa w czasie nadziei.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 16/2003