Logo Przewdonik Katolicki

Larum grają

Jerzy Marek Nowakowski
Fot.

Po zainstalowaniu w Polsce reżimu komunistycznego było modne w Warszawie powiedzonko: "Truman, Truman, rzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania". Ta bania to modna w propagandzie owych czasów bomba atomowa. Obawiam się, że coraz więcej ludzi zaczyna sobie po cichu powtarzać owo powiedzonko, z tą różnicą, iż zamiast prezydenta Trumana występuje w nim George Bush. Wokół Iraku trwa...

Po zainstalowaniu w Polsce reżimu komunistycznego było modne w Warszawie powiedzonko: "Truman, Truman, rzuć ta bania, bo jest nie do wytrzymania". Ta bania to modna w propagandzie owych czasów bomba atomowa. Obawiam się, że coraz więcej ludzi zaczyna sobie po cichu powtarzać owo powiedzonko, z tą różnicą, iż zamiast prezydenta Trumana występuje w nim George Bush.


Wokół Iraku trwa wojna nerwów. Nie wykluczam, że w chwili gdy Państwo będą czytali mój tekst, wojna wybuchnie. Nie wykluczam również, że będzie do niej dalej niż w tej chwili. Skoro jednak nie wiemy, czy opisywać kolumny czołgów, czy kunsztowne manewry dyplomatów, warto zastanowić się, kto w toczącej się wojnie nerwów jest zwycięzcą.

Ostatnie zwycięstwo Saddama


Kandydat na współczesnego Saladyna może spokojnie do swoich historycznych sukcesów dopisać jeden, bardzo realny. Udało mu się to, czego nie dokonał ani Stalin, ani Breżniew. Podzielić Zachód. Spór wokół Iraku był katalizatorem dramatycznego osłabienia NATO i zasadniczego sporu pomiędzy Francją i Niemcami z jednej, a Ameryką z drugiej strony. Demokratyczny Zachód będący pomimo różnych sporów jednością od czasów II wojny światowej jest podzielony głębiej niż kiedykolwiek. Saddamowi udało się też doprowadzić do zupełnie niezwykłej kompromitacji ONZ. Obserwowanie przedziwnych sporów i sojuszów w Radzie Bezpieczeństwa niewiele różni się od kibicowania dyskusjom w polskim Sejmie. Na koniec Saddam zdołał pomóc swoim sojusznikom z osi zła. Świat skupiony na Iraku tolerował kolejne szaleństwa dyktatorów Korei Północnej, Turkmenistanu czy irańskich mułłów.
Naturalnie, sukcesy Husajna nie byłyby możliwe, gdyby nie przedziwny sojusz interesów. Na istniejącym napięciu i bezładzie międzynarodowym zyskuje bardzo wiele państw nie należących bynajmniej do grupy krajów rozbójniczych. Dotychczas największym wygranym jest bez wątpienia Rosja. I to na kilku polach. Każdego dnia do kasy rosyjskich firm naftowych wpływają dwa dodatkowe strumienie pieniędzy. Pierwszy - mniejszy - to fundusze z wydobycia i transportu irackiej ropy naftowej (w tym także, jak się powszechnie twierdzi, z nielegalnego przemytu tej ropy). Znacznie większa rzeka pieniędzy wpływa do rosyjskiej kasy dzięki utrzymującej się niepewności na rynku i wysokim cenom ropy. Można obliczać, że Rosja dzięki kilkumiesięcznemu kryzysowi irackiemu zarobiła kilkanaście miliardów dolarów. I w interesie Moskwy jest, aby obecny stan napięcia utrzymywał się jak najdłużej. Zwłaszcza, że prezydent Putin niezwykle zręcznie wygrywa ten kryzys politycznie. Masakrę urządzaną w Czeczenii przez wojska rosyjskie nazywa teraz wojną z terroryzmem, umacnia dominację Rosji nad Gruzją i Armenią, podporządkowuje sobie krok po kroku Ukrainę. I na koniec zaczął montować antyamerykański sojusz w Europie razem z Niemcami i Francją. Gdyby Saddama nie było, to Rosjanie powinni go sobie wymyślić.
Na kryzysie zyskuje również Francja. I znowu, podobnie jak w wypadku Rosji, jednym ze źródeł zysków jest obecność francuskich koncernów naftowych w Iraku. Poza tym Francuzom udało się stworzyć wokół siebie grupę państw antyamerykańskich, które chcą przekształcić się w "twarde jądro Europy". I wreszcie Jacques Chirac na chwilę odsunął groźbę zdominowania przez Niemcy duetu francusko-niemieckiego. Wyciągnął rękę do kanclerza Schröedera, który swoimi niemądrymi deklaracjami antyamerykańskimi zapędził się w ślepą uliczkę. Francuzi wyciągnęli z niej Niemców, a następnie udowodnili, iż na polu międzynarodowym to oni wciąż grają pierwsze skrzypce.
Nie muszę dodawać, że ręce zacierają też wszyscy handlarze broni i politycy zyskujący na międzynarodowej destabilizacji, w rodzaju naszego sąsiada Łukaszenki czy wenezuelskiego dyktatora Chaveza.

Przegrani


Niestety, w gronie przegranych w wyniku przedłużania się kryzysu znajduje się między innymi Polska. Nie dość, że płacimy więcej za ropę, to tracimy możliwość prowadzenia aktywnej polityki wschodniej, gdyż zarówno USA, jak i Europa zabiegają przede wszystkim o względy Rosji. Na dodatek znajdujemy się między młotem a kowadłem, ubiegając się o ratyfikację rozszerzenia Unii Europejskiej i będąc równocześnie bliskim sojusznikiem Ameryki. Bliskim, ale mało skutecznym, bo nasza armia nie nadaje się do realnego wsparcia Amerykanów. Jako państwo potrzebujące inwestycji z niepokojem powinniśmy przyjmować przedwojenne osłabienie koniunktury. Wreszcie, rozpad solidarności Zachodu, w tym pękanie struktur Unii Europejskiej nie może nas cieszyć. Podobnie jak my, przegrane są kraje naszego regionu, przegrani są Czeczeni i Kurdowie. Przegranym jest także prezydent Bush. Podejrzewam, że w Białym Domu spadają gromy na głowy tych doradców, którzy radzili zwrócenie się do ONZ o akceptację ataku na Irak. Prezydent Stanów Zjednoczonych nie bardzo może wycofać się z wojny, a jednocześnie ma coraz mniejsze poparcie dla jej prowadzenia. Oczywiste przecież, że Amerykanom nie chodziło wyłącznie o rozbrojenie Iraku. Nie chodziło im również o ropę - jak sugerują przeciwnicy wojny. Celem Busha było dojście przez Bagdad do Jerozolimy. Czyli stworzenie z Iraku, który był ośrodkiem destabilizacji, centrum, z którego uda się wymusić pokój na całym Bliskim Wschodzie. Szczególnie w relacjach Izraela i Arabów. Po wojnie prowadzonej wbrew wszystkim będzie to prawie niemożliwe.
Jest przysłowie, że kto szybko daje, ten dwa razy daje. Podobnie jest w polityce - szybko podjęta decyzja to decyzja lepsza od decyzji odwlekanej. Nawet jeżeli dotyczy ona rzeczy tak złej jak wojna.
Wszystko wskazuje na to, iż wojna jednak będzie, tyle że nie rozwiąże ona tych problemów, które rozwiązać miała. A skutek przedłużającego się kryzysu będzie najgorszy z możliwych. Stany Zjednoczone dojdą do przekonania, że nie ma sensu montować jakichkolwiek koalicji, bo zachodni sojusznicy są nielojalni, wobec czego następną tego rodzaju akcje będą przeprowadzać bez konsultacji. ONZ zostanie sprowadzona do roli pustej dekoracji, a na Zachodzie zamiast solidarności wobec zagrożenia nastąpi trwały rozłam. Wymaga to od Polski solidnej analizy własnej roli w przyszłości i dokonania w najbliższych miesiącach istotnych politycznych wyborów. Tymczasem rząd przypomina ławę oskarżonych, a gospodarka dziurawe sito. Saddam, choć przegra, to już wygrał. A my, zwykli obywatele sporego państwa na obrzeżach Zachodu, powinniśmy powiedzieć za Sienkiewiczem: "Larum grają" i przegonić szarlatanów udających, że mają pomysł na Polskę.
Autor był dyrektorem Ośrodka Studiów Międzynarodowych Senatu, w latach 1997-2001 był podsekretarzem stanu i głównym doradcą premiera ds. zagranicznych, obecnie jest komentatorem międzynarodowym tygodnika WPROST.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki