Logo Przewdonik Katolicki

Gitarę wyciął z deski

Wojciech Knapczyński
Fot.

Kiedy za sąsiadów ma się renifera, borsuka, łosie i zające, człowiek wyraźnie czuje obecność Pana Boga. Wydaje się, że codziennie spogląda zza ośnieżonych drzew i mówi: dzień dobry, Piotrze. Na koncerty Trubadurów w latach 60. przychodziły tłumy. Cała Polska śpiewała z nimi Krajobrazy, Tajemnicę pamiętnika, Ej,...

Kiedy za sąsiadów ma się renifera, borsuka, łosie i zające, człowiek wyraźnie czuje obecność Pana Boga. Wydaje się, że codziennie spogląda zza ośnieżonych drzew i mówi: „dzień dobry, Piotrze”.

Na koncerty „Trubadurów” w latach 60. przychodziły tłumy. Cała Polska śpiewała z nimi „Krajobrazy”, „Tajemnicę pamiętnika”, „Ej, Sobótka, Sobótka”, czy „Znamy się tylko z widzenia”. Ubrani na scenie w fantazyjne, pełne falbanek, kolorowe stroje muszkieterów odbiegali swym emploi od szarzyzny PRL-u. Zdobywali nagrody na festiwalach, radio lansowało ich przeboje. Stali się jednym ze znaczących zespołów w Polsce. Jednak w 1978 r. wydawało się, że zagrali po raz ostatni. Zespół zawiesił działalność, a późniejsze próby reaktywowania nie przynosiły powodzenia. Musiało upłynąć 14 lat, nim spotkali się ponownie, by występować na scenie i nagrywać nowe piosenki. Wtedy właśnie, 10 stycznia 1994 r. na Balu Mistrzów Sportu w zespole tym po raz pierwszy zagrał poznański Słowik, gitarzysta i wokalista, Piotr Kuźniak. Od 1997 roku, kiedy to wydał solową płytę z kolędami, co roku gra i śpiewa je w kościołach Wielkopolski.

Akordeon w szafie


Klimat rodzinnego domu Piotra Kuźniaka zawsze przesiąknięty był muzyką. Ojciec posiadał pokaźną kolekcję płyt i adapterów; mama lubiła mu przygrywać na mandolinie i harmonijce ustnej. W Wigilię Bożego Narodzenia rozbrzmiewał nie tylko radosny śpiew kolęd, ale i żywy akompaniament. Kiedy miał 4 lata, w starej szafie rodziców odkrył akordeon Royal. Już w następnym roku regularnie grywał w orkiestrze akordeonistów na instrumencie, który przerastał go wagą i rozmiarami. W wieku 8 lat zostaje sopranistą w chórze Poznańskie Słowiki prof. Stanisława Stuligrosza. Tam nauczył się śpiewać. Chór, liczący ponad 90 osób, nim przeniósł się do poznańskiej katedry, a potem do filharmonii, występował co tydzień w niedużym kościele przy ul. Grobla. Tam Kuźniak miał pierwszy solowy występ, który do dziś doskonale pamięta: – Bałem się, że jak sam zaśpiewam moim cienkim głosikiem, to nie będzie słychać, a mikrofonów wtedy nie używano. Nacisnąłem więc mocno na przeponę... i w pierwszej chwili miałem wrażenie, że rozległ się odgłos kaczki! Tak donośnie popłynął głos.
Ciągnęło go do muzykowania. W 1962 r. z zespołem „Poznańskie Trio” zajmuje I miejsce (w kategorii duetów i tercetów) na ogólnopolskim festiwalu młodych talentów w Szczecinie. To wtedy w złotej dziesiątce, w kategorii solistów, znaleźli się m.in. Czesław Wydrzycki (Niemen), Krzysztof Klenczon, Karin Stanek, Halina Majdaniec, Wojciech Gąssowski, Adriana Rusowicz, Wojciech Kędziora (Korda) – talenty, które rozbłysły później na estradach muzyki rozrywkowej.

Przystawka w pudełku Akron


Był to okres bardzo pionierski, a pędu do czynnego uprawiania muzyki nie mógł stłumić nawet brak fabrycznych instrumentów. W Polsce gitar jeszcze nie produkowano. Gitary Yolana albo inne markowe można było kupić jedynie w komisach. Pensja wynosiła wówczas ok. 800-1000 zł, a instrument kosztował ok. 7 tys. zł. To była kwota astronomiczna.
– Pierwszą gitarę zrobiłem z deski do prasowania, z pełnego litego drewna – z uśmiechem wspomina Piotr Kuźniak dawne czasy. – Chodziło się na Targi Poznańskie, gdzie były gitary Fendera i obrysowywało się na papierze ich kształt, albo robiło się zdjęcia i po powiększeniu przelewało zarys. Potem z tym szedłem do stolarza, a progi nabijał lutnik. Przystawki robiło się ze słuchawek telefonicznych lub samemu nawijało się na magnesy i pakowało w pudełka po pastylkach na gardło Akron, bo to były takie ładne pudełka. Zwoje na magnesach zalewało się woskiem ze świeczki. Potem malowanie farbą nitro. Na tym się wtedy grało...
Wzmacniacze robiono własnym sumptem, łącząc od razu z głośnikami, żeby łatwiej było transportować. Wykorzystany został nawet wzmacniacz kinowy oddany do demobilu. – Koledzy znosili jakieś głośniki, o których pochodzeniu czy nazwie firmy nikt nie miał zielonego pojęcia. Miało to po prostu grać. Przewody łączyliśmy, wpychając je z zapałkami w gniazdka, żeby nie wypadły, bo w sklepach nie było takich wtyków.

Fajfy z „Szafirami”


W szkole średniej zakłada big-beatowy zespół „Szafiry”, który grał na tzw. fajfach. Siłę „Szafirów” stanowią trzy gitary, perkusja oraz głos nieznanej jeszcze wówczas wokalistki Anny Szmeterling (Jantar). Przygoda z „Szafirami” nie trwa długo, ale dzięki Annie Jantar w 1969 r. trafił do „Wagantów”. Wkrótce, na festiwalu w Opolu, zespół wylansował przebój „Co ja w tobie widziałam”. Śpiewał z różnymi zespołami: „Bardowie”, „Manufaktura Trzech (a potem Czterech) Dyrektorów”. Współpracuje też z Urszulą Sipińską.
W styczniu 1972 r. wyjeżdża muzykować do Finlandii. Po powrocie, dwa lata później, tworzą duet z Andrzejem Dąbrowskim, czego efektem jest słynny przebój „A ty się bracie nie denerwuj, tam Lubański gra” na płycie „Polska gola!” wydanej z okazji piłkarskich mistrzostw świata.
W początkach 1975 roku powtórnie wyrusza na podbój Skandynawii. Towarzyszy takim gwiazdom jak Robertino Loretti czy fińska piosenkarka Mario. W przerwach między kontraktami, w 1986 r., z piosenką Ryszarda Poznakowskiego występuje na festiwalu w Opolu. Ale przegrywa z Wojciechem Gąssowskim i „Prywatkami”.

Kanapki dla łosia


Na obczyźnie w walce z samotnością i nostalgią pomaga mu wiara i modlitwa.
– Skandynawia to zakątek, w którym katolików jest o wiele mniej niż protestantów. Pamiętam, jak raz na pół roku do domu kultury, do którego miałem jakieś 50 km, przyjeżdżał ksiądz i odprawiał Mszę. Ściągali na nią i Filipińczycy, i Turcy, i Pakistańczycy..., jeden wielki tygiel narodów z najdalszych okolic. O terminie Mszy dowiadywaliśmy się z gazety. Mieszkałem przez pewien czas w takiej miejscowości, gdzie był tylko bank, stacja benzynowa, jeden sklep spożywczy i hotel na wzniesieniu. Dyrektor hotelu był jednocześnie recepcjonistą i barmanem, w zależności od potrzeb. Z miejscowości oddalonej o 20 km przyjeżdżała sprzątaczka. Człowiek nie miał tam przyjaciela. Były tylko zwierzaki: borsuk, 2 łosie, renifer, zające. A łoś przychodził, wsadzał wielką głowę w okno. Codziennie miałem dla niego przygotowane kanapki. Kiedy ma się takie stworzenia za sąsiadów, człowiek wyraźnie czuje obecność Pana Boga. Wydaje się, że codziennie spogląda On zza ośnieżonych drzew i mówi: „dzień dobry, Piotrze”. Siedząc tak w osamotnieniu, czy raczej wygnaniu z własnej woli, miałem dużo czasu na modlitwę, rozmowy z Bogiem i stawianie egzystencjalnych pytań, na które, dzięki wierze, znajdowałem odpowiedź.

Polonia płacze


Na początku lat 90., już w kraju, nagrywa stare szlagiery w swoich własnych, nowych aranżacjach. W 1997 jedzie do Australii. Polonusi płaczą, gdy w sylwestrowy wieczór słyszą „Cichą noc” i „Wśród nocnej ciszy” w wykonaniu Piotra Kuźniaka. W następnym roku przywozi im nagraną przez siebie płytę z kolędami. Jest na niej autorska kompozycja „Kolędo nasza leć” do słów Anny Kepler. Wierni śpiewają ją w niektórych parafiach. Kiedy przed rokiem występował w Mochach pod Lesznem, ksiądz proboszcz zrobił mu niespodziankę – dzieci nauczone wcześniej słów tej kolędy śpiewały wspólnie z artystą.
Mówi, że poprzez kolędy i koncerty muzyki refleksyjnej w świątyniach Wielkopolski poznał wielu wspaniałych księży. Braci Kondratowiczów z Kowalewa i Góry kiedyś na festiwalu w Jarocinie, kiedy nie byli jeszcze kapłanami. Teraz pracuje nad aranżacją 18 piosenek, które bracia śpiewają na rekolekcjach.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki