Życie jest warte życia

Co tydzień jego program oglądało nawet 30 milionów Amerykanów. I nic dziwnego, bo abp Fulton Sheen potrafił głosić ponadczasowe prawdy nowoczesnymi środkami. Jak to robił?
Czyta się kilka minut
W swoim programie miał do dyspozycji tylko tablicę i kredę. Punktem wyjścia każdej trwającej niespełna pół godziny audycji było pytanie znane z codziennego życia | fot. Everett Collection/East News
W swoim programie miał do dyspozycji tylko tablicę i kredę. Punktem wyjścia każdej trwającej niespełna pół godziny audycji było pytanie znane z codziennego życia | fot. Everett Collection/East News

W pierwszym roku po II wojnie światowej telewizor znajdował się w zaledwie 10 tys. amerykańskich domów. Pod koniec dekady działało już prawie 1,5 mln odbiorników, a w połowie następnej dekady – 30 milionów. Wymęczona wojną amerykańska gospodarka odradzała się, ale jej kosztowne sektory takie jak kino złapały zadyszkę. Szybko odkryto jednak, że dużo taniej i szerzej oddziaływać może telewizja. Magia studia telewizyjnego pozwalała tworzyć atrakcyjne programy, nowe twarze przyciągały do szklanego ekranu, rodziły się pierwsze gwiazdy. Z drugiej strony wyprodukowanie wspomnianych wyżej urządzeń, sieci przesyłowej, kamer, lamp i tym podobnych napędzało przemysł. Amerykańscy katolicy początkowo nieufnie, ale z czasem odważniej korzystali z rozwoju tego medium i technologii. Wiemy, że od lat 30. ks. Fulton Sheen w radiu NBC prowadził „Katolicką godzinę” – tam do radioodbiorników też przyciągał miliony. Po wojnie, gdy został biskupem i szefem Papieskich Dzieł Misyjnych, działania rozpoczął z wielkim rozmachem.

Warto żyć

Jest wtorkowy wieczór 12 lutego 1952 roku. W amerykańskich domach zapalają się telewizory. O godzinie 20.00 na antenę wchodzi program, który według telewizyjnych kalkulacji nie powinien mieć większych szans: zamiast gwiazdy estrady przed kamerą staje katolicki biskup. Fulton J. Sheen, ubrany w czarną sutannę, purpurową pelerynę i z krzyżem na piersi, wychodzi na scenę nowojorskiego Adelphi Theatre. Za chwilę mówi do ponad dwóch milionów widzów. „Friends, thanks for allowing me to come into your home again” („Przyjaciele, dziękuję, że pozwalacie mi znów gościć w Waszych domach”) – zaczyna, jakby rzeczywiście zaglądał do każdego z tych domów osobno. Tak „Time” opisywał pierwsze miesiące „Life Is Worth Living” – programu nadawanego przez DuMont w najbardziej ryzykownym dla nowego przedsięwzięcia paśmie. W innych stacjach pokazywano programy prowadzone przez gwiazdy, bo ósma wieczorem to prime time – moment, gdy przed telewizorem siadają całe rodziny.

Biskup Sheen miał do dyspozycji przede wszystkim siebie, tablicę i kredę. Przez około 27 minut wybierał jeden temat i prowadził widza od pytania znanego z codziennego życia ku odpowiedzi filozoficznej, moralnej, po prostu chrześcijańskiej. Nie korzystał z notatek (przygotowanie jednego wystąpienia mogło jednak zajmować mu nawet 30 godzin...). Opowiadał historie, żartował, rysował na tablicy i mówił bezpośrednio do kamery, budując wrażenie osobistej rozmowy. Kiedy tablica się zapełniała, znikał na chwilę z kadru, a jego niewidoczny pomocnik ścierał zapiski. Bp Sheen żartobliwie nazywał go swoim „aniołem”. Ta ascetyczna forma przebijała się przez komediowe czy rewiowe programy, przy których Amerykanie chcieli wypoczywać.

Nie był to jednak program przeznaczony wyłącznie dla katolików ani seria tradycyjnych kazań. Pytania, od których wychodził bp Sheen, były znacznie szersze: dlaczego cierpimy, czym jest miłość, jak wychowywać dzieci, dlaczego praca może nudzić, czym jest wolność, jak rozumieć komunizm (!), czy nauka pozostawia miejsce dla Boga, dlaczego człowiek potrzebuje modlitwy? Zachowane katalogi odcinków pokazują zaskakującą rozpiętość tematów: od Fatimy i aniołów po ekonomię, psychologię, Szekspira, sądownictwo, alkoholizm czy relacje rodziców z dziećmi i wychowanie. Wiele z tych tematów wyrastało z listów nadesłanych przez samych widzów. I właśnie widzowie okazali się największą niespodzianką. Program, który początkowo nadawały zaledwie trzy stacje (DuMont było siecią telewizyjną, skupiającą kilka stacji), w ciągu kilku miesięcy zaczął gwałtownie się rozprzestrzeniać.

Od wykładów do przemian

Według archiwalnych materiałów poświęconych bp. Sheenowi liczba stacji wzrosła do 15 w niespełna dwa miesiące, a sam biskup otrzymywał około 8,5 tys. listów tygodniowo. Zapotrzebowanie na wejściówki do studia było kilkakrotnie większe niż liczba dostępnych miejsc. Już w kwietniu 1952 roku pisano o ponad dwóch milionach odbiorców, a późniejsze źródła szacowały szczytową widownię na niemal 20, a niekiedy nawet na 30 mln osób tygodniowo. W 1955 roku program otrzymał nominację do Emmy w kategorii program kulturalny, religijny lub edukacyjny. Sam bp Sheen zdobył natomiast w 1952 roku nagrodę Emmy dla najwybitniejszej osobowości telewizyjnej – wyróżnienie, które pokazuje, że nie był jedynie „księdzem z telewizji”, lecz pełnoprawną gwiazdą rodzącego się medium. Podczas ceremonii, nawiązując do sukcesu swoich programów, żartobliwie podziękował swoim „scenarzystom”: Mateuszowi, Markowi, Łukaszowi i Janowi. Program przeszedł z DuMont do ABC (nadawca ogólnoamerykański) w 1955 roku i był emitowany do 1957 roku. Zachowane materiały pozwalają dziś zobaczyć, na czym polegała jego siła: nie na efektownych produkcyjnych sztuczkach, lecz na obecności człowieka, który potrafił przez kilkadziesiąt minut utrzymać uwagę publiczności, przechodząc od żartu do filozofii, od problemu rodzinnego do Ewangelii, od codziennego doświadczenia do pytania o Boga. O tym mówił już sam tytuł programu, czasami tłumaczony jako „Warto żyć”,  dosłownie oznacza „Życie jest warte życia” – przesłanie, które i dzisiaj sprawdziłoby się w medialnym przekazie.

Po krótkiej przerwie w telewizji, związanej ze sporem z arcybiskupem Nowego Jorku, bp Sheen wraca przed kamerę, ale już w nowych warunkach technicznych. Program „The Fulton Sheen Program” (1961–1968) był emitowany w systemie syndykacji telewizyjnej, co oznacza, że prawa do emisji były sprzedawane bezpośrednio lokalnym, niezależnym stacjom telewizyjnym w całych Stanach Zjednoczonych, a część nagrań powstała także przy współpracy z ogólnokrajową siecią ABC. Z każdym rokiem zwiększa się liczba odbiorników nadających kolorowy obraz, a Fulton Sheen – biskup pomocniczy Nowego Jorku, a później Rochester – zaczyna mierzyć się na wizji z coraz trudniejszymi problemami. Zbliża się okres kulturowych przemian, erozji autorytetów i moralnego rozluźnienia. A równocześnie Kościół przeżywa czas soborowej odnowy, której bp Sheen jest entuzjastycznym zwolennikiem. Potrafi się odnosić stanowczo do problemów współczesności, ale co ważne, robi to z ogromnym szacunkiem dla drugiego człowieka, nawet popełniającego błąd. Ostatnią dekadę swojego życia spędzi już poza studiem telewizyjnym, choć pozostanie aktywny publicznie.

Naśladowcy

Choć do dziś abp Fulton Sheen jest popularny (potwierdza to oczekiwanie wielu osób na jego beatyfikację), to jakkolwiek banalnie to brzmi, był prekursorem obecności Kościoła w mediach. Bezpośredniość, o której wspominaliśmy, była narzędziem, z którego media korzystają do dzisiaj. Chodzi o to, by gwiazda, przecież oddzielona od nas ekranem, wydawała się nam maksymalnie bliska. A jeśli taki jest właśnie biskup, to może tacy są inni biskupi czy księża? Przekonywająca była także figura autentyczności: kogoś, kto obstaje przy swoich poglądach, nawet jeśli są one niepopularne, kto swoją działalnością charytatywną podkreśla autentyczność głoszonych nauk.

Nic dziwnego, że wzorem bp. Sheena zaczynają działać protestanccy teleewangeliści. Ten termin kojarzymy właśnie z ewangelikalnymi pastorami: Billym Grahamem, nazwanym nawet później pastorem Ameryki, czy zielonoświątkowcem Oralem Robertsem. Młodsi o pokolenie od bp. Sheena postawili na emocjonalne wystąpienia (Graham) lub ruch uzdrowieniowy, faith healing (Roberts na wizji nakładał ręce, by prosić o uzdrowienie). A katolicy? Już w latach 80. swoje wielkie dzieło rozpoczęła Matka Angelica, a po zmierzchu ery telewizji wielu katolickich influencerów.

A jeśli właśnie o influencerach i wpływie na ludzi mowa, to jest wiele przykładów tego, jak abp Sheen wpływał na gwiazdy popkultury. Najbardziej spektakularnym jest jednak moim zdaniem Ramón Gerard Antonio Estévez. Ta gwiazda Paragrafu 22 i Czasu apokalipsy zmieniła hiszpańsko brzmiące imię na Martin, a żeby być jeszcze bardziej amerykańskim, nazwisko na Sheen –  jak aktor sam przyznaje, na cześć „telewizyjnego arcybiskupa”. Mamy więc dzięki abp. Fultonowi Sheenowi aktorski klan, bo dzieci Martina (m.in. Charlie Sheen) również zajęły się tą profesją. Ale najważniejsze dziedzictwo nowego błogosławionego jest dużo większe – to wzór jak ponadczasowe prawdy głosić nowoczesnymi środkami. 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.

Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.

Polecane

Subskrypcja miesięczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp do treści przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Subskrypcja odnawia się automatycznie, rezygnujesz w dowolnym momencie
  • Po miesiącu próbnym 19,90 miesięcznie
1.00 zł

Subskrypcja roczna

  • Nieograniczony dostęp do aktualnych treści oraz archiwum
  • Dostęp przed wydaniem papierowym
  • Dostęp do aktualnych numerów w formacie PDF
  • Korzystasz ze wszystkich treści za znacznie mniejsze pieniądze 
  • Otrzymujesz 25% rabatu i oszczędzasz 66 zł
  • Tylko 3,33 zł za wydanie
172.90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 38/2026