w czwartek 24 września w St. Louis odbędzie się beatyfikacja abp. Fultona J. Sheena – biskupa pomocniczego Nowego Jorku, który w latach 50. XX wieku mówiąc z ekranu telewizora o Bogu, sensie życia i katolickiej wierze, gromadził tygodniowo więcej widzów niż największe ówczesne gwiazdy rozrywki.
Telewizja: nowe medium
Żeby zrozumieć skalę popularności amerykańskiego hierarchy, trzeba pamiętać, w jakim momencie historii mediów to wszystko się działo. Na początku lat 50. telewizja w USA liczyła sobie zaledwie kilka lat jako medium masowe – w 1950 roku odbiornik miało niespełna 9 proc. amerykańskich gospodarstw domowych, w 1955 roku już ponad 64 proc. Rynek definiowały wielkie sieci NBC i CBS oraz kilka gwiazd, przede wszystkim show Miltona Berle, nazywanego „Mr. Television”, i muzyczny program z Frankiem Sinatrą. DuMont, najmniejsza z czterech ogólnokrajowych sieci telewizyjnych, szukała wówczas programów, które mogłyby przyciągnąć widzów bez kosztów związanych z zatrudnianiem największych gwiazd rozrywki. Skoro kanału nie było stać na nikogo, kto realnie mógłby konkurować z gwiazdami innych stacji, postawiono na modlitwę – jak to później żartobliwie ujęto.
Emitowany od lutego 1952 roku program „Life Is Worth Living” z pomocniczym biskupem Nowego Jorku w roli prowadzącego, według rynkowych prawideł powinien być z góry skazany na porażkę, jednak stało się inaczej. Zaczynając na trzech stacjach DuMont, w szczycie popularności nadawany był przez 169 stacji w całym kraju. W 1955 roku przeniósł się do sieci ABC, a oglądalność sięgała według różnych źródeł od 10 do nawet 30 mln widzów tygodniowo (w kraju liczącym wówczas 160 mln mieszkańców). W 1953 roku abp Sheen otrzymał za program nagrodę Emmy dla najwybitniejszej osobowości telewizyjnej, pokonując m.in. Edwarda R. Murrowa i Lucille Ball.
Symbolem tego, jak bardzo fenomen abp. Sheena zaskoczył samą branżę rozrywkową, są relacje o samych rywalach programu. Jego program konkurował o widza z największymi gwiazdami, a sam Sheen potrafił zdobyć sympatię środowiska, które na pierwszy rzut oka powinno widzieć w nim przede wszystkim konkurenta. Sukces Sheena nie polegał na wygraniu wojny z rozrywkową ofertą, tylko na stworzeniu osobnej kategorii, w której rozrywka, popularyzacja wiedzy i powaga przestawały się wykluczać.
Kto oglądał biskupa
Tym, co odróżniało abp. Sheena od kaznodziejów telewizyjnych, którzy w ogromnej ilości pojawili się po nim, jest profil jego publiczności. W magazynie „Time”, który w kwietniu 1952 roku umieścił hierarchę na okładce, opisywano go jako najsłynniejszego kaznodzieję w kraju i podkreślono, że wśród jego widzów byli nie tylko katolicy, ale w dużej liczbie protestanci i Żydzi. To był fenomen tym bardziej znaczący, że Ameryka połowy XX wieku wciąż patrzyła na katolicyzm z podejrzliwością. Abp Sheen mówił nie do już przekonanych, tylko do całego społeczeństwa, nie unikając przy tym tematów i pytań trudnych, np. o cierpienie, zło, wolność, prawdę, komunizm czy sens śmierci – tematów, które przecież dotyczyły każdego, niezależnie od wyznania.
Jego działalność – najpierw radiowa, kaznodziejska i katechetyczna, a później także telewizyjna – wiązała się z licznymi konwersjami. Wśród osób przypisujących Sheenowi wpływ na swoją drogę do Kościoła byli np. pisarz i publicysta Heywood Broun, polityczka i dramatopisarka Clare Boothe Luce (żona wydawcy „Time” i „Life”), przemysłowiec Henry Ford II, skrzypek Fritz Kreisler, a także – co robiło wówczas największe wrażenie w kontekście trwającej zimnej wojny – redaktor komunistycznego dziennika „Daily Worker” Louis Budenz i działaczka partii komunistycznej Bella Dodd. Katolicki Uniwersytet Ameryki, którego abp Sheen był wieloletnim wykładowcą, szacuje liczbę osób, na których duchowe przemiany miał wpływ, na dziesiątki tysięcy.
Tradycja i nowoczesność
Dlaczego ten medialny sukces był w ogóle możliwy? Przede wszystkim ważne wydaje się to, że ten amerykański biskup roztropnie nie chciał konkurować na cudzym terenie. W epoce rozrywki, telewizyjnych rewii z piosenkami, tańcem i różnymi sztuczkami estradowymi, abp Sheen zaproponował coś dokładnie odwrotnego: pojedynczego mówcę przy prostej, czarnej tablicy, w pełnym tradycyjnym biskupim stroju – sutannie i pelerynie – prowadzącego przez pół godziny wykład bez notatek.
Ten format był bezpośrednim przeniesieniem jego wieloletniej pracy akademickiej. Przez ponad dwie dekady wykładał filozofię, a na jego zajęcia tłumnie przychodzili także słuchacze spoza katolickiego uniwersytetu. Telewizja nie ukształtowała jego osobowości medialnej – on dał się poznać takim, jakim był. Telewizja odkryła człowieka, który już wcześniej potrafił mówić do szerokiego audytorium – najpierw jako kaznodzieja, wykładowca, potem, od 1930 roku, jako prowadzący cotygodniową audycję radiową „The Catholic Hour”, przez lata gromadzącą przed odbiornikami miliony Amerykanów. Ten kontrast – tradycyjna treść i strój przy zaskakująco nowoczesnym opakowaniu medialnym – ciekawie oddaje opis dziennikarza Jima Bishopa, który współpracował z bp. Sheenem: „przystojny magik w atłasowej pelerynie, wirujący i piruetujący, z kredą w dłoni”.
To, że intuicje abp. Sheena co do medium nie były przypadkowe, potwierdza jedyna do tej pory monografia naukowa poświęcona jego telewizyjnej karierze – Selling Catholicism: Bishop Sheen and the Power of Television Christophera Owena Lyncha, doceniona przez Religious Communication Association jako książka roku 1999. Lynch przeanalizował 42 odcinki „Life Is Worth Living”, badając nie tylko treść i retorykę, ale i sposób patrzenia w kamerę, gestykulację czy pracę operatorów. Pokazuje, że abp Sheen nie był w telewizji amatorem, tylko szybko wypracował świadomy język nowego medium. Na przykład jego powtarzalny rytuał otwarcia i zamknięcia odcinka – serdeczne „Friends...” na początku, „Bye now, and God love you!” na końcu – po prostu budował z milionami anonimowych widzów relację, mimo że kanał komunikacji był z natury jednokierunkowy.
Według Lyncha abp Sheen dokonał czegoś więcej niż udanej autopromocji, bo zsyntetyzował tradycyjny amerykański protestantyzm z uspokajającą wizją katolicyzmu jako religii patriotycznej i tradycyjnej (co w USA nie było oczywiste), oferując jednoznaczne wskazówki moralne w czasach lęku przed zmianą kulturową i komunizmem. Tym samym pomógł oswoić katolicyzm w społeczeństwie z silnymi jeszcze barierami wyznaniowymi. Niektórzy są przekonani, że tym w jakiejś mierze utorował drogę do wyboru pierwszego katolickiego prezydenta USA w 1960 roku. Lynch wskazywał na akademickie kompetencje biskupa, intelektualne horyzonty, rolę tomizmu. Z drugiej strony recenzujący jego książkę historyk Robert E. Weir wskazuje, że abp Sheen był też po prostu medialnie sprytny, budując sympatię widzów cierpkim humorem, sentymentalną anegdotą i czystą charyzmą, osobistym urokiem, sytuując się gdzieś pomiędzy innymi znanymi amerykańskimi kaznodziejami telewizyjnymi.
Dobrze też pamiętać, sięgając dziś do nagrań programów albo do książek abp. Sheena, że był on w pełni dzieckiem swoich czasów. Jego język bywał, powiedzmy, kategoryczny; w tekstach sprzed lat 60. XX wieku znajdziemy pewne sformułowania, na które po ostatnim soborze katolicy by sobie już nie pozwalali. Jego zaangażowany antykomunizm – rozwijany od 1935 roku, gdy papież Pius XI osobiście zachęcił go do publicznego wystąpienia przeciw ideologii komunistycznej – był nierozerwalnie związany z lękami zimnej wojny. Ale abp Sheen krytykował oczywiście z równą mocą totalitaryzm nazistowski, sprzeciwiał się antysemityzmowi i odróżniał naród rosyjski od systemu sowieckiego. Jego sposób mówienia o kobietach i rodzinie, mocno oparty na pewnej wizji mariologii, dziś też może czasem brzmieć anachronicznie. Również u abp. Sheena widać, że ewangelizator potrafi przekazywać treść ponadczasową językiem, który z czasem nieuchronnie się starzeje.
Abp Sheen nie był tylko medialnym gwiazdorem. Przez 16 lat kierował amerykańską działalnością towarzystwa ewangelizacyjnego, koordynując pracę diecezjalnych struktur misyjnych w Stanach Zjednoczonych i zbierając na misje ogromne sumy pieniędzy. Telewizja nie miała zastępować Kościoła ani być celem samym w sobie – miała być miejscem pierwszego kontaktu, po którym dopiero mogły przyjść książka, katecheza, spowiedź i wspólnota. Abp Sheen był bardzo skutecznym influencerem swoich czasów, ale jego osobista marka była podporządkowana konkretnemu projektowi religijnemu.
Inspiracje dla ewangelizatorów
Co różni medialny świat abp. Sheena od współczesnego? On działał w warunkach medialnego monopolu uwagi – jeden program, jeden wieczór tygodnia, ogromna społeczność przed telewizorem bez pilota i wielu alternatyw. Nie musiał walczyć z algorytmem, może tylko trochę z ramówką małej konkurencji. Dzisiejsi ewangelizatorzy funkcjonują w rozproszonym, algorytmicznym ekosystemie YouTube’a, podcastów i mediów społecznościowych, gdzie uwaga jest permanentnie rozdrobniona, a każdy twórca konkuruje nie z dwoma innymi programami, tylko z nieskończoną liczbą kart w przeglądarce. To realna różnica. Fenomen na skalę abp. Sheena pewnie nie mógłby się dziś powtórzyć również dlatego, że internet podniósł poziom sceptycyzmu odbiorców do stopnia, którego telewizja lat 50. XX wieku nie znała.
Szansą jest to, że dzisiejsi twórcy docierają bez pośrednictwa sieci telewizyjnych, oddolnie, bezpośrednio i globalnie. Zagrożeniem jest presja algorytmu, który nagradza emocje, konflikt i częstotliwość publikacji bardziej niż merytorykę i poziom refleksji – dokładne przeciwieństwo tego, co pozwoliło abp. Sheenowi zbudować trzydziestominutowy wykład bez muzyki, pośpiechu i przyciągania medialnymi fajerwerkami.
Abp Sheen najpierw był duszpasterzem i nauczycielem, a dopiero potem telewizyjną gwiazdą – jego medialna skuteczność wyrastała z dwóch dekad osobistej formacji akademickiej i duchowej, nie odwrotnie. I był na ekranie po prostu autentyczny. Po drugie, nie infantylizował odbiorcy – oczywiście czasem upraszczał język, ale nigdy treść, zakładając, że masowa publiczność jest zdolna do myślenia o Bogu, cierpieniu i wolności; że można opowiedzieć doktrynę językiem dla odbiorcy strawniejszym niż np. scholastyczna narracja. Bp Sheen nie budował też swojej działalności wokół własnej osoby, tylko traktował popularność jako kapitał do przekierowania gdzie indziej – na misje, na Kościół, na spotkanie z drugim człowiekiem. I, co też powinno nas dziś inspirować, wychodził poza krąg już przekonanych, mówiąc o katolicyzmie nie do katolików, a do całej Ameryki – o sensie życia, w którym katolicyzm okazywał się odpowiedzią. Był w stanie pokazać katolicyzm jako wyznanie powszechne – dla każdego, mówiąc też językiem pomagającym odbiorcom wyzbywać się wcześniejszych uprzedzeń.
Abp Sheen zostawia dzisiejszym ewangelizatorom coś ważniejszego niż inspiracje czy wzór do medialnego naśladowania – pytanie, które sam sobie zadawał, zanim jeszcze zapaliła się czerwona lampka kamery. Nie „jak dotrzeć do większej liczby ludzi”, tylko „co mam im właściwie do powiedzenia” i „dlaczego chcę im to powiedzieć”. Abp Sheen rozumiał, że odbiorcy nie przychodzą do telewizji po „katolicką wersję” tego, co już znają z rozrywki. Dlatego mówił o śmierci, cierpieniu, wolności, winie, sensie życia i Bogu, wykorzystując język telewizji, ale nie banalizując głębokich treści.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











