Bohater twojej najnowszej książki Ukryty, Roman Brandstaetter, jest niezwykły z wielu powodów. Był pisarzem, a jego wielkie, czterotomowe dzieło Jezus z Nazarethu powstało w latach 60. i 70. ubiegłego wieku i pora je przypomnieć. Był też osobą o kilku mocnych tożsamościach, co sprawiło, że żył jakby „na pograniczu” – jak mawia znajomy Łemko, Żyd nawrócony na katolicyzm pozostał Żydem w swoich korzeniach. Co ciekawe, nie chciał mówić o nawróceniu, uznał je za doświadczenie zbyt intymne. Przyjaźniłeś się z nim do śmierci, książkę pisałeś dziewięć lat. Udało ci się ustalić dlaczego, głosząc – i to publicznie – Chrystusa, starannie to ukrywał?
– Ukrywał, ponieważ – jak mi powiedział – ludzie nie uwierzą w to, że dzieje św. Pawła, jednego z największych apostołów, zrealizowały się po raz kolejny... w nim, w Polsce XX wieku. Brandstaetter przed II wojną światową był „polskim Szawłem”. Ci, którzy go w tamtych czasach przeklinali – czyli przedstawiciele endecji, skrajnej narodowej prawicy (ruch Narodowej Demokracji) – ale i liberałowie; a później, już po tym nawróceniu, komuniści, ale też byli współwyznawcy, byli do niego nastawieni wrogo. On miał liczne grono wrogów, na co zresztą solidnie zasłużył. I nie chciał dzielić się tym, co całkowicie odmieniło jego życie, czego doświadczył po spotkaniu z Jezusem.
Brandstaetter jakoś napawał się tym, że jest niczym biblijny król Dawid: otoczony przez wrogów, a z drugiej strony wybrany przez Boga, który obdarował go łaską i prowadził. Wrogowie zadawali mu rany niemal śmiertelne, a finalnie stali się „drogą” jego nawrócenia! Widać to w jego słynnym przed wojną utworze, w którym on przeklinał „przechrztów” – Tragedia Juliana Klaczki. Klaczko był znanym w XIX wieku Żydem, filozofem i humanistą. W połowie życia przeszedł na katolicyzm. Brandstaetter nazwał to odnalezienie Chrystusa… tragedią. Wypowiadał mocne słowa nie przypuszczając, że za kilka lat sam dokona takiego samego wyboru. W dramatycznych okolicznościach.
Dużo wiedziałeś, zanim siadłeś do pisania. Jeszcze więcej odkryłeś, pracując nad książką.
– W ostatniej chwili, kiedy książka była prawie skończona, znalazłem puentę do tego wątku. Pośmiertne wspomnienie o nim Włodzimierza Wnuka, którego dotąd kompletnie nie znałem! Jeden z jego największych przedwojennych wrogów, pisarz Adolf Nowaczyński (drugim był Zygmunt Wasilewski, publicysta i polityk – obaj byli uznawani za „pierwsze pióra endecji”), zadzwonił do niego zaraz po opublikowaniu Tragedii Juliana Klaczki. Wyraził chęć rozmowy o niej. Brandstaetter był zszokowany propozycją, bo przecież panowie się nie spotykali… Ale się zgodził.
Długo rozmawiali w jego w domu. Nowaczyński nawet pochwalił tekst za odwagę i pewne odkrycia. Wychodząc, powiedział: wspomni pan moje słowa, pójdzie pan drogą Juliana Klaczki. To był 1931 rok! W czasie apogeum syjonizmu Brandstaettera, kiedy walczył z nawracaniem Żydów i zarzekał się na wszelkie sposoby, że on nigdy tego nie zrobi… Był skrajnie zacietrzewiony do tego stopnia, że w 1934 roku wytoczył proces sądowy o zniesławienie tym, który rozsiewali plotkę, że chce przyjąć chrzest. Proces przegrał. W tym kontekście trzeba widzieć jego późniejsze decyzje. Kończąc to wspomnienie, Brandstaetter pisze: I taki człowiek jak Nowaczyński przepowiedział mi nawrócenie! Moją przyszłość chrześcijanina!
Podkreślasz w książce nie raz: Bóg pisze prosto na krzywych liniach naszego życia. Kiedy spojrzymy na postacie w Biblii, faktycznie woli to, co słabe i grzeszne niż tych rzekomo „bez skazy”. Jak Jezus wyjaśnił uczniom, ci drudzy zwykle nie mają świadomości tego, że grzeszą wobec Boga. A najmocniej kocha ta (ten), komu wiele wybaczono. To samo dotyczy tu i teraz części katolików, pobożnych, uporządkowanych, którzy traktują innych z góry, bo jak można upaść, albo zmagać się z wątpliwościami? Są pewni siebie i idealnej, w swojej ocenie, wiary! Benedykt XVI w genialnej książce Wprowadzenie w chrześcijaństwo podkreślał, że wątpienie jest dla wierzących normalne!
– To jest piękne, jak Bóg nas prowadzi do celu w ten sposób. Nie oczekuje, że zasłużymy na Jego uwagę byciem pobożnym czy moralnym. Ta prawda jest nie tylko w Starym i Nowym Testamencie, ale też w żywotach bardzo wielu świętych, których potem Kościół oficjalnie dał za wzór do naśladowania, wynosząc na ołtarze. Święci też doświadczali tego, że ludzie, którzy byli największą przeszkodą na ich drodze do życia w jedności z Bogiem, w jakiś sposób pchali ich w dobrą stronę. Byli wyzwaniem, z którym musieli się zmierzyć, żeby uczyć się miłości. Najtrudniej jest kochać wrogów, bo kochanie rodziny, „swoich”, którzy myślą jak my, nic nie kosztuje. Wiemy, za co ich kochamy. Wroga kocham wbrew sobie.
Brandstaetter miał jakiś kontakt z katolicyzmem, służąca rodziny zabierała go jako dziecko na mszę do kościoła. Nie był mu obcy.
– Służąca Marynia.
Nawrócenie jest intymnym spotkaniem z żywym Bogiem. Wiem po sobie. Czy jednak trafne jest zdanie: Dla Brandstaettera punktem zwrotnym był Holocaust? Wojna?
– On sam stawiał sobie to pytanie. Czy bez bolesnej, potwornie traumatycznej drogi w czasie wojny, odnalazłby Chrystusa? Gdyby nie śmierć rodziców w obozie zagłady w Treblince, do którego nie trafił, gdyż wyjechał za granicę? Nigdy w życiu nie uwolnił się od wyrzutów sumienia, że zostawił ich we wrześniu 1939 roku. Nie potrafił sobie poradzić. Czy bez cierpienia, które zbliżyło go do Chrystusa, odważyłby się na tak radykalną przemianę? Choć Brandstaetter zawsze podkreślał – to Chrystus jego odnalazł, a nie odwrotnie, to Bóg szedł za nim.
Znalazł go w chwili największej rozpaczy, w Palestynie. Opuściła go piękna żona, był skłócony z całym środowiskiem żydowskim, ale też emigracji londyńskiej. W poczuciu osamotnienia dopadła go wiadomość, że oboje rodzice wyszli z tego świata przez kominy w Treblince... Głową był cały czas w Polsce. Jako człowiek się rozpadał. Dopiero, kiedy sobie uświadomił, że rodzice nie umierali sami, że był przy nich Chrystus, ocalał. Więc on sam też się zastanawiał, czy życie tak by się potoczyło, gdyby nie dramat wojny, Holocaust i wszystko to, przez co znalazł się na dnie.
Jak zauważasz, życie podzieliło mu się na dwie radykalnie inne połowy: przed i po wojnie.
– Tamara Karren, pierwsza żona, która go opuściła (przyznawała, że to małżeństwo rozpadło się głównie z jej winy), także pytała: Czy Roman Brandstaetter napisałby Jezusa z Nazarethu, gdybym od niego nie odeszła?
Według mnie cała jego droga prowadziła do opus magnum. To jego dzieło życia i zarazem największa powieść – nie tylko polska, ale i europejska – o Jezusie z Nazaretu. Brandstaetter pyta wprost Boga: dlaczego ja, taki brudny, nędzny grzesznik, zostałem wybrany? Dlaczego akurat mnie upolowałeś? Człowieka idącego od głupoty do głupoty. Zapisał, że dopiero Chrystus uratował go od głupoty i lekkomyślności, która zakończyłaby się katastrofą. Wyznanie Tamary Karren jest trochę niebezpieczne, bo wynikałoby z niego, że Chrystus może dozwolić na rozpad mistycznego związku, jakim jest małżeństwo, jeśliby owocem tego była dobra książka o Nim.
Jak wiesz, mój debiut pisarski zaczął się od książki Każda dusza to inny świat o siostrze Faustynie Kowalskiej. Faustyna też często rozmyślała nad tym, pytając Jezusa: Jak to jest? Ludzie mówią, że Ty się nie zadajesz z nędznymi istotami jak ja… Wtedy usłyszała Jego głos: Właśnie przez taką nędzę chcę objawić wszechmoc swojego Miłosierdzia. To zdumiewające, jak paralelne doświadczenia ma tych dwoje. Choć oczywiście na innym poziomie.
Nikt poza Tobą tych podobieństw nie skojarzył. Skoro jednak w mojej książce sprzed 10 lat Światło z Libanu znalazłam paralelne cechy u dziewiętnastowiecznego ojca pustyni, pustelnika-ascety, św. Szarbela i medialnego duszpasterza, artysty i szaleńca ojca Jana Góry OP, to co nas może w tym zdumiewać?
– Brandstaettera za mało znamy. On nie mógł pojąć, tak jak Helenka Kowalska, jak to jest w ogóle możliwe, że nędzny grzesznik jest narzędziem Boga? Miał pełną świadomość swoich grzechów. Tego, co robił przed wojną. Ile razy zaparł się Chrystusa, nie raz – jak zrobił to w Ewangelii Szymon Piotr. Bóg celowo posługuje się takimi osobami. Przez nich przekazuje Słowo do ludzi. Jest w tym niebywale konsekwentny.
Piszesz: „Brandstaetter wszystko postawił na Chrystusa”. Cieszę się, taki Chrystus „ożyje” wraz z Twoją książką, bo tak, jak w latach 30., narasta dziś antysemityzm. Wydawało się, że Zagłada przeorała nasze sumienia i przemoc oparta na stereotypach i uprzedzeniach, nie wróci. Kościół wreszcie uznał antysemityzm za grzech, wrócił do Ewangelii, co dla części katolików jest powodem do buntu. A Jezus Brandstaettera jest Żydem z krwi i kości. To jest autentyczny portret Jezusa, z długiej genealogii Żydów – z Narodu Wybranego.
– Pierwszy tom Jezusa z Nazarethu powstał w 1967 roku. To niesamowita data. Książka ukazała się na przełomie maja i czerwca. Po kilku dniach w Ziemi Świętej wybucha słynna wojna sześciodniowa, w której Izrael pokonał 90-milionową wspólnotę państw arabskich, w efekcie czego Władysław Gomułka, ówczesny pierwszy sekretarz KC PZPR, pod batutą Moskwy, zaczął w Polsce wielką nagonkę na Żydów. Doprowadziło to szybko do masowego exodusu – każdy chyba zna historię polskiego marca 68’. To był cały ciąg zdarzeń. Wyobraź sobie, że dokładnie w tej atmosferze Roman Brandstaetter wychodzi z powieścią, w której przywraca podstawową prawdę: Pan Jezus jako człowiek był Żydem! To jest jakiś paradoks! Absurd! I się dokonało. Jestem absolutnie przekonany, że stały za tym po prostu Siły Wyższe. Autor też uważał, że to powiew Ducha Świętego.
Duch Święty lubi iść pod prąd. Brandstaetter bronił bycia Żydem w erze najgorszego antysemityzmu, Chrystusa głosił w PRL-u, który prześladował Kościół. Lubił być w opozycji do mainstreamu?
– Bardzo! O natchnieniu pisał poetycko: Duch wdarł się przez szczelnie zamknięte okna, aż zafalowały kartki papieru, nad którymi siedziałem od miesięcy. I poczuł „tę MOC”. Myślę, że stał też za tym św. Ojciec Pio, do którego napisała Rena, jego druga, ukochana żona. List był rozpaczliwy: O modlitwę za Romana, bo jest w bo jest załamany i nie wie, co dalej robić ze swym życiem. Czy emigrować?
Faustyna też szła pod prąd. W czasie, gdy Jezus dyktował jej słowa prawdy: „Miłosierdzie jest najważniejszą cechą Boga”, w Niemczech rozwijał się już przecież nazizm! Jezus kazał jej namalować obraz Jezu ufam Tobie 22 lutego 1931 roku, w kontekście Holocaustu i nazizmu – brzmi to prorocko. W 1933 roku Adolf Hitler obejmuje władzę, pełną parą ruszają fabryki zbrojeniowe, w 1939 roku wybucha wojna. Kiedy powstawał Dzienniczek, obok rodziła się przemoc, jakiej świat dotąd nie widział. Jak wśród okrucieństwa, mordów, eksterminacji milionów ludzi, ufać Bogu?
– W tym samym roku Brandstaetter zaczyna pisać kilka tekstów o tragedii Juliana Klaczki…
Faktycznie! Przy okazji Twoja książka o Faustynie przywraca obraz Jezu ufam Tobie, który wisi w Wilnie. Malowanie go – i tylko tego – nadzorowała sama Faustyna. Jeśli ktoś twierdzi, że w Polsce nie było antysemityzmu, niech zada sobie jedno pytanie: Dlaczego obraz Adolfa Hyły z krakowskich Łagiewnik pokazuje Jezusa z Nazaretu jako blondyna, o niebieskich oczach? Ponieważ siostry z zakonu Faustyny kazały Hyle poprawić ten obraz. Przemalował m.in. „semicki typ urody, czarne włosy […]” – cytuję za biografią Faustyny Ewy Czaczkowskiej. W 1943 roku brutalnie zlikwidowano getto krakowskie. W 1944 roku Żydzi są wciąż mordowani przez nazistów w komorach gazowych, a Jezus nagle nabiera rysów… germańskich? Jak je nazwać? Niebywałe.
– Niesamowite. Tak, Ewa Czaczkowska napisała piękną biografię, ja też pisałem, że Sopoćko kazał zdjąć obraz w Łagiewnikach jako niezgodny z wizją Faustyny. Co ciekawe, w tym samym roku, w którym siostry każą usunąć semickie rysy Jezusa, Brandstaetter przeżywa swą „noc biblijną” w Jerozolimie, kiedy z przeglądanych gazet na dyżurze w Polskiej Agencji Telegraficznej wypada zdjęcie z podobizną Chrystusa z bazyliki w Asyżu… Ale nie ma sensu dziś wzniecać na nowo wojny o obraz, bo jak sama Faustyna napisała w Dzienniczku, wielkość tego obrazu nie leży w pięknie pędzla i farby, ale w łaskach jakie z niego spłyną, a te łaski płyną tak samo z obrazu Kazimirowskiego i Hyły i setek tysięcy innych na całym świecie. Co nijak nie zmienia faktu, że Jezus jako człowiek był Żydem. Brandstaetter zwrócił uwagę na ten paradoks w swej ukochanej powieści Quo vadis Sienkiewicza. Tytuł pochodzi od sceny, w której św. Piotr, uchodząc przed prześladowaniami Nerona, spotyka Jezusa i pyta Go: „Quo vadis, Domine?”. Dokąd idziesz, Panie? Brandstaetter mówi: Spotyka się dwóch Żydów i rozmawia ze sobą… po łacinie! Autor Jezusa z Nazarethu miał naprawdę mnóstwo wspólnego ze św. Faustyną.
Odkryłeś wiele tajemnic Brandstaettera…
– Jedną z najbardziej radosnych jest to, że według moich ustaleń Brandstaetter był współtwórcą – a przynajmniej inspiratorem – słynnego listu biskupów polskich do biskupów niemieckich „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Nikt o tym nie wie. Ale to dłuższa sprawa… Piszę o tym w Ukrytym...
Jan Grzegorczyk
Pisarz, tłumacz, dziennikarz, redaktor; autor m.in. bestsellerowego cyklu o przypadkach księdza Grosera i przyjaciel Romana Brandstaettera. W wydawnictwie Zysk i S-ka właśnie ukazała się się jego książka Ukryty. Przypadki Romana Brandstaettera
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











