Nie trzeba być wielkim miłośnikiem twórczości Olgi Tokarczuk, aby uznać, że przed paru laty pisarka w trafny sposób zidentyfikowała jeden z poważniejszych deficytów współczesności. Polska noblistka pisząc o „czułym narratorze” niejako ustanowiła modę na mówienie o czułości, której rozpaczliwie brakuje ludziom żyjącym w epoce postindustrialnej. Namiastek czułości szukamy w cyfrowych objęciach chata GPT, który zawsze przyzna nam rację; w nieustającym „tinderowaniu” oraz w mających nas otulać serialach o zgranych paczkach przyjaciół. Tymczasem głęboka czułość stanowi – a przynajmniej stanowić powinna! – niezbywalny element chrześcijańskiego małżeństwa.
W Amoris laetitia znajdziemy ważny fragment, który dotyczy właśnie tematu czułości: „Na horyzoncie miłości, centralnej dla chrześcijańskiego doświadczenia małżeństwa i rodziny, wyróżnia się również inna cnota, często zapominana w obecnych czasach relacji burzliwych i płytkich: czułość”.
Zanurzyć się w czułości
Nie jesteśmy oczywiście w stanie zapewnić każdej osoby rozważającej małżeństwo, że jej potrzeby w zakresie doświadczania bliskości zostaną w związku zaspokojone. Możemy jednak wskazywać, że w chrześcijaństwie małżeństwo to coś więcej niż kontrakt mający zabezpieczyć codzienną ekonomię: to miejsce wzrastania i rozwoju osobowości, dla którego właśnie czułość stanowi optymalne środowisko. Z pewnością warto także odkłamywać kwestie sensualności i zmysłowości, które niektórym osobom niezbyt precyzyjnie znającym kościelne nauczanie, wydają się nieprzystające do katolickich rodzin. Uświadomienie młodym ludziom, że Kościół nie jest wrogiem cielesności i przyjemności (i nie chodzi tutaj tylko o seksualność!) dla wielu z nich może być prawdziwie ożywcza. Większość ludzi pragnie odnaleźć przestrzeń, w której będą w nieoceniający sposób przyjęci ze swoim ciałem, intelektem, emocjonalnością, i w której będą mogli odkrywać samych siebie – a przecież jednym z „miejsc”, w których można wszystko to osiągać, jest właśnie związek małżeński. Owszem, małżeństwo stanowi poważne zobowiązanie i wiąże się odpowiedzialnością – jednak młodzi ludzie potrzebują wiedzieć także, że dzięki życiu w wiernym związku mogą stawać się bardziej sobą, odkrywać siebie i rozwijać się na wielu płaszczyznach. Zaangażowany związek, w którym próbujemy kierować się zasadami chrześcijańskiego personalizmu, „oferuje” więcej, niż niejeden kurs asertywności czy mindfulnessu. W dobie, w której nie chcemy tracić własnej tożsamości, uczymy się szanować swój dobrostan i rozpoznawać własne potrzeby, potrzebujemy takich opowieści o małżeństwie, które wskazują na jego znaczenie dla samorealizacji człowieka.
Nie chodzi tutaj oczywiście o tandetną idealizację życia rodzinnego. Młode osoby mają prawo wiedzieć, że życie małżeńskie czy rodzicielstwo nie chroni przez życiowymi rozczarowaniami i niekoniecznie przypomina reżyserowane daily vlogi zamieszczane w sieci przez influencerów (również tych chrześcijańskich). Chodzi raczej o nieustanne przypominanie, że człowiek jako istota potrzebująca do życia obecności innych osób, najpiękniej wzrasta i rozkwita na żyznej glebie przynależności i bliskości – a takim właśnie podłożem z założenia ma być katolicka rodzina.
Dotrzeć do tych którzy, się boją
Niejedna osoba, która wbrew własnym marzeniom pozostaje singlem, zmaga się z poważnym lękiem przed bliskością i przed deklaracjami brzemiennymi w dalekosiężne skutki. Wśród przedstawicieli młodych pokoleń nie brak jest ludzi, których rodzice rozstawali się w wyniszczający sposób, albo formalnie pozostawali w związku, jednak darzyli się wzajemną pogardą. Co więcej, osoby będące dziś w wieku „poborowym” do małżeństwa to czasami również eurosieroty, potomkowie chronicznie nieobecnych ojców lub dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych – zakaz stosowania przemocy fizycznej wobec dzieci nie zdążył objąć swoim zasięgiem ich dzieciństwa. Własne trudne przeżycia z dzieciństwa i okresu dojrzewania wydają czasami gorzki owoc w postaci lęku przed powtórzeniem rodzinnych schematów we własnym małżeństwie, albo też sprawiają, że jako osoby dorosłe zaczynamy postrzegać więzi miłosne jako coś, co nieuchronnie zmienia się we wnyki przemocy. Głębokie rany otrzymane w domach rodzinnych oraz utrudniające osiągnięcie osobistego szczęścia podświadome przekonania wymagają zwykle pracy terapeutycznej – a to nie jest oczywiście obszar aktywności księży czy ewangelizatorów. Jednak tym, co może zrobić Kościół (i do czego jest powołany od początku swojego istnienia) jest obdarowanie „poobijanych” ludzi nadzieją. Przekazywanie Dobrej Nowiny o małżeństwie i rodzinie młodym ludziom powinno, jak sądzę, eksponować przekaz, że nawet jeśli nasi rodzice czy dziadkowie krzywdzili siebie nawzajem (i być może nas samych), to my nie jesteśmy skazani na powtarzanie ich błędów. Nikt z nas nie jest swoim własnym rodzicem – i choć rodzinne dramaty mają wpływ na nasze życie, to przemoc, uzależnienie czy porzucenie nie muszą stanowić ostatniego rozdziału naszego relacyjnego życia. Uwalniające słowa „możesz stworzyć piękną rodzinę nawet jeśli ta, z której pochodzisz, była dysfunkcyjna” mogłyby stanowić cenny składnik kazań, rekolekcji, chrześcijańskich podcastów i audycji.
Z dala od miłości
Spadającej liczby zawieranych małżeństw – nie tylko kościelnych – nie można jednak tłumaczyć wyłącznie obawami czy niechęcią młodych ludzi wobec zobowiązań, ani też ich przywiązaniem do swobodnego życia. Owszem, przemiany kulturowe przyczyniły się do tego, że obecnie chcemy dłużej się uczyć, a zanim zostaniemy rodzicami czy pracownikami na cały etat, pragniemy „zobaczyć trochę świata”. Jednak przekonanie, że młodzi ludzie są egoistami i po prostu pałają niechęcią do związków, jest uproszczeniem, które – jak to z uproszczeniami bywa – nie oddaje wielu aspektów życia dzisiejszych dwudziesto- czy trzydziestolatków.
Na decyzję o założeniu rodziny wpływa nie tylko chęć, by to zrobić, ale także chociażby aspekt ekonomiczny. Niebywale wysokie ceny mieszkań (niektóre zestawienia wskazują, że ceny nieruchomości w Warszawie bywają wyższe niż w Wiedniu!), niska dostępność umów o pracę czy wreszcie lęk przed eskalacją wojny za wschodnią granicą nie sprzyja podejmowaniu decyzji na całe życie. Ludziom łatwiej przychodzi łączenie się w stabilne pary i powoływanie na świat potomstwa wtedy, gdy czują się względnie bezpiecznie. Co więcej, dla przykładu – osoba pracująca od rana do nocy (lub od nocy do rana) na „śmieciówce” jako kurier lub kierowca często zwyczajnie nie ma kiedy i gdzie poznać kandydatki na żonę czy pielęgnować relacji z kimś, z kim chciałaby zbudować większą bliskość. Wysokie koszty życia i ekonomiczna konieczność pracy na granicy wyczerpania, a także lata zawstydzania ludzi wtedy, gdy chcą korzystać z czasu wolnego, zamiast w tym czasie pracować, przyczyniły się do narastania problemu izolacji społecznej. Nie sądzę, by osoba przewlekle chorująca, poświęcająca mnóstwo czasu, energii i pieniędzy na własne leczenie, albo ktoś, kto pracuje przez ponad pół doby na umowie cywilnoprawnej (albo i bez niej) potrzebował w pierwszej kolejności zachęty do małżeństwa. Ogromne rzesze polskich słabo opłacanych pracowników, osób wykluczonych komunikacyjnie czy z konieczności pełniących obowiązki opiekuńcze zasługują na poprawę warunków bytowych, która z pewnością wielu ułatwiłaby decyzję o wejściu w stały związek.
Co ważne, papież Franciszek również dostrzegał, że kulturowy klimat może mieć negatywny wpływ na życie małżeńskie i rodzinne. W Amoris laetitia możemy przeczytać fragment, który wskazuje na systemowe uwarunkowania podejmowania decyzji o założeniu rodziny oraz trwałości relacji: „Chciałbym ponadto zwrócić uwagę na tempo współczesnego życia, stres, organizację życia społecznego i pracy, ponieważ są to czynniki kulturowe, które zagrażają możliwości trwałych decyzji. Równocześnie napotykamy zjawiska dwuznaczne. Na przykład ceniona jest taka personalizacja, która zwraca uwagę na autentyczność, zamiast na odtwarzanie nakazanych zachowań. Jest to wartość, która może promować różne zdolności i spontaniczność, ale źle ukierunkowana może tworzyć postawy stałej nieufności, ucieczki od zobowiązań, zamknięcia się w wygodzie, arogancji”.
Za jeden z najbardziej wartościowych elementów adhortacji sprzed dekady możemy zatem uznać papieski synkretyzm: pochwała małżeństwa i wskazanie niezmiennej wartości życia rodzinnego łączą się w niej z realistyczną ocena warunków, w jakich małżeństwa i rodziny mogą powstawać. Spadająca liczba małżeństw nie jest kwestią wyłącznie „związkofobii” młodych – a fakt, że związki pewnych grup zawodowych (np. kierowców) rozpadają się częściej niż innych nie jest dziełem przypadku. Każdy związek i każde singielstwo istnieje w określonym kontekście kulturowym – czasami kontekst ten ma nawet decydujący wpływ na ludzkie wybory.
Singiel to nie przegryw
Wskazywanie wartości małżeństwa nie powinno opierać się na deprecjonowaniu pozostawania singlem. Ogromnym błędem byłoby tworzenie dychotomii pomiędzy wspaniałym życiem małżeńskim a „niegodnym” funkcjonowaniem solo. Parafrazując Ockhama, można powiedzieć, że nie należy mnożyć różnic ponad potrzebę. Według chrześcijańskiego nauczania zarówno osoby żyjące w małżeństwach, jak i single czy duchowni mają tę samą godność i zadanie pielęgnowania więzi z Bogiem. Niezależnie od stanu i wynikających z niego obowiązków, współcześni chrześcijanie mierzą się ze znaczną ilością podobnych wyzwań i „zagwozdek”: znalezienia adekwatnego języka mówienia o Ewangelii, optymalnego ustawienia relacji państwo-Kościół czy troski o sprawiedliwość społeczną w dobie popularyzacji sztucznej inteligencji. Singiel nie jest katolikiem gorszej jakości ani kimś, kto przegrał w walce o tytuł najbardziej gorliwego chrześcijanina.
Pogłębienie teologii małżeństwa i rodziny może – pozornie paradoksalnie – pomóc zrozumieć wartość singielstwa. Jeśli bowiem życie w małżeństwie traktujemy jako jedną z możliwych dróg powołania, to oznacza, że zawieranie go pod naciskiem otoczenia stanowi ogromny błąd. Osoby, które nie rozpoznają w sobie powołania do bycia mężem czy żoną nie muszą w desperacji dążyć do ślubu, ale mogą realizować swój ludzki potencjał (i służyć Kościołowi) na mnóstwo różnych sposobów – a ich życie może być nie mniej owocne, niż to, które staje się udziałem matki czy ojca rodziny. Co więcej, uzmysłowienie sobie przez młodą osobę, że małżeństwo nie jest dla niej – z powodów zdrowotnych, psychologicznych lub innych – może stanowić wyraz dojrzałości i szacunku wobec nauczania Kościoła, który w małżeństwie widzi coś więcej, niż tylko kulturowy obowiązek.
Zawstydzanie młodych ludzi, który pozostają singlami, jest głęboko krzywdzące i niezgodne z chrześcijańską antropologią, która przecież nie umniejsza godności osobom nieżonatym i niezamężnym. To, że współcześnie bardziej niż przed wiekami doceniamy znaczenie miłości małżeńskiej, to wspaniały kierunek rozwoju Kościoła. Praca nad białym PR-em małżeństwa i rodziny może i powinna obejmować pozytywny przekaz na temat stałych, wiernych związków oraz łagodzenie lęków osób, które chciałyby wejść w związek małżeński, ale z różnych powodów się tego obawiają. Nie może jednak opierać się na uwodzeniu młodych hasłem w stylu „małżeństwo jest dla wszystkich”. To przecież konkretni młodzi ludzie, a nie apologeci życia rodzinnego, będą żyć z konsekwencjami danych wyborów.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











