Jonathan Sachs w swoim komentarzu do przykazania Boga (shema) zwraca uwagę, że „samowolny władca żąda ślepego posłuszeństwa. Bóg nie jest samowolnym władcą, dlatego nie żąda ślepego posłuszeństwa. Pragnie natomiast, byśmy w miarę możliwości rozumieli, dlaczego nakazał to, co nakazał”. Właśnie to zrozumienie i wewnętrzne przyswojenie tego, co Bóg objawia nam o sobie i do czego nas zaprasza, zawiera się w hebrajskim terminie shema, który właściwie trudno przetłumaczyć jednym słowem na język polski. Słowo „słuchaj” wcale nie zakłada, że widzimy w nim zrozumienie i akceptację jako dobre dla siebie to, czego Bóg pragnie od nas. Właśnie to zadanie i jednocześnie istotny aspekt miłości kryje się w kochaniu Boga całym swoim umysłem.
Posłuszeństwo nie polega na bezmyślnym wykonywaniu poleceń
Trafnie więc zauważa rabin Sachs, że prawdziwe posłuszeństwo przed wykonaniem czegokolwiek musi uzyskać w człowieku dobrowolną akceptację i wzbudzenie w sobie pragnienia tego dobra, wobec którego staje osoba ludzka. Innymi słowy, posłuszeństwo według Bożego zamysłu nie może polegać na pozostawieniu naszego rozumu na uboczu. Stąd bowiem już niedaleka droga do zdegradowania człowieczeństwa do niewolnictwa lub automatycznego robota, który wykonuje beznamiętnie i bezmyślnie każdy rozkaz jego pana. Wtedy oznaczałoby to, że nie zostaliśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boga, który jest wolny i zarazem mądry.
Całe stworzenie jest uporządkowane
Co więcej, gdyby sam Bóg działał według własnego kaprysu lub zmiennej woli, bo przecież jest wszechmocny i – jak niektórzy myślą – może robić, co chce, wtedy, prawdę mówiąc, nasz świat rozpadłby się na kawałki. Porządek, który odkrywamy dzięki naukom empirycznym, zawiera w sobie pewną racjonalność – przeciwieństwo chaosu. Wszystko jest jakoś poukładane, powiązane i współzależne. Gdyby prawa fizyki zmieniały się co kilka lat, cały kosmos musiałby powstawać co chwila na nowo, a stary zamieniać się w chaos i ruinę. Tak się jednak nie dzieje. Wystarczyłoby zmienić jedną liczbę po przecinku w cyfrze pi, a wszystko zawaliłoby się w jednej sekundzie. Żebyśmy mogli poruszać się i funkcjonować bezpiecznie w tym świecie musimy stopniowo poznawać prawa fizyki, chemii i biologii, abyśmy nie próbowali skakać z dachu, albo nie wkładali ręki do wrzątku. Niczego też nie jesteśmy w stanie przyspieszyć albo spowolnić, co wymaga upływu określonej długości czasu. Zaczynamy się tego uczyć już od małego dziecka. Całe stworzenie jest uporządkowane, ponieważ Bóg stwarza je, czyli również podtrzymuje w istnieniu, w sposób mądry i racjonalny. A to zakłada istnienie pewnej stałości, niezmienności i powtarzalności, czyli prawdy. W stworzeniu dostrzegamy ją wyraźnie poznając świat dzięki nauce. I trzeba to wyraźnie powiedzieć: jest to pierwszy etap poznania Boga jako Stwórcy.
Miłość polega na zaufanie a nie na kontroli
Podobny porządek Bóg ustalił w sferze relacji i interakcji z sobą, z innymi ludźmi i całym stworzeniem. Tutaj kieruje wszystkim prawo miłości. Jednak miłość niemożliwa jest bez wzajemnego poznania prawdy i przyzwolenia na nią w wolności. Gdy jest narzucona, wtedy staje się niechcianym przymusem. Gdy próbujemy samowolnie działać wbrew miłości Boga, samego siebie i bliźniego, zazwyczaj dochodzi do katastrofy. Zapominamy jednak czasem, że miłość oznacza najpierw możliwości, rozwój i twórczość, podobnie jak prawa fizyki umożliwiają nam tworzenie coraz lepszych wynalazków i cudów techniki. Zawsze jednak musimy respektować granice wyznaczone przez stworzenie. Gdy Bóg powiedział do Adama: „Z wszelkiego drzewa tego ogrodu możesz spożywać według upodobania; ale z drzewa poznania dobra i zła nie wolno ci jeść, bo gdy z niego spożyjesz, niechybnie umrzesz” (Rdz 2, 17), najpierw wskazał na to, co człowiek może uczynić. Przestrzeń wolności i autonomii człowieka w ramach istniejącego ogrodu rajskiego jest wręcz nieograniczona. Innych drzew niż drzewo poznania dobra i zła z pewnością było tam wiele. I to człowiek sam miał poznać, ocenić i wybrać, z którego drzewa chciałby dziś zjeść owoc. Bóg nie stał nad nim, wskazując mu co chwila, gdzie ma iść i co ma zrobić. Jednak przestrzegł przed istniejącymi, nieprzekraczalnymi granicami dla człowieka jak troskliwy ojciec i matka, którzy informują dziecko, że nie należy wkładać palców do kontaktu czy dotykać gorącego blatu pieca, ponieważ skończy się to cierpieniem. Miłość wyznacza granice nie dlatego, że chce unieszczęśliwić człowieka. Wręcz przeciwnie. Chce go uchronić przed niepotrzebnym cierpieniem, złem, a nawet ostatecznie śmiercią. Jednak wiemy, że Bóg nie powstrzymał węża przed kuszeniem pierwszych ludzi, ani nie złapał ich za rękę, gdy sięgali po owoc. Bo miłość polega na zaufaniu, a nie na kontroli i wymuszaniu posłuszeństwa. Prawdziwe posłuszeństwo nie może opierać się na mechanicznym i bezdusznym wykonywaniu polecań bez wewnętrznej zgody i zrozumienia. W przeciwnym wypadku mamy do czynienia z moralizmem, który depcze godność osoby ludzkiej, traktując ją z nieufnością jako niezdolną do poznania, miłości, jako leniwą i żądną zła istotę, którą można zmusić do dobra jedynie sankcjami i strachem.
Do tego właśnie nawiązuje klasyczna teologia Kościoła, która broni godności człowieka. Św. Tomasz z Akwinu w Sumie teologicznej pisze, że „człowiek został stworzony na obraz Boży, gdzie przez obraz rozumie się zdolność myślenia, wolny wybór i stanowienie o sobie” (Prolog 1-2). Tą samą drogą podąża współczesny nam Katechizm Kościoła, który w artykule o Opatrzności Bożej poucza, że „Bóg daje więc swoim stworzeniom nie tylko istnienie, lecz także godność samodzielnego działania, bycia przyczynami i zasadami wzajemnie dla siebie oraz współdziałania w ten sposób w wypełnianiu Jego zamysłu” (KKK, 306). Co więcej, Stwórca czyni nas współstwórcami tego świata, ciągle niedokończonego, a dziełami, które wykonujemy nie jest tylko widoczny dla nas postęp techniczny, ale także wypełnianie przykazań z miłości i w ten sposób współstwarzanie samych siebie i budowanie jedności między ludźmi: „Bóg pozwala więc ludziom być rozumnymi i wolnymi przyczynami w celu dopełniania dzieła stworzenia, w doskonałej harmonii dla dobra własnego i dobra innych” (KKK, 307). Nie możemy więc postrzegać woli Bożej jako czegoś narzuconego z góry, z pominięciem naszego człowieczeństwa, naszych pragnień, uzdolnień, rozumu i wolności. Bóg podobnie jak objawił się w pełni przez człowieczeństwo Jezusa, podobnie i dzisiaj przychodzi do nas szanując autonomię stworzenia, które sam stworzył. Poznawać Boga i Jego wolę możemy tylko wtedy, gdy angażujemy całą naszą wolność, rozum i poznajemy tym samym samych siebie.
Cierpliwe podążanie za rytmem dojrzewania człowieka
Na czym więc w praktyce ma polegać miłowanie Boga całym umysłem? Czy to oznacza, że każdy wierzący ma skończyć studia teologiczne i nieustannie czytać dzieła wielkich teologów i mistrzów duchowych? To oznaczałoby, że chrześcijanami mogłaby się stać wąska grupka wybranych, a przecież przykazanie miłości Boga skierowane jest do każdego człowieka, nawet niewykształconego. Przede wszystkim oznacza to wysiłek stopniowego rozumienia, zgodnego z naszymi zdolnościami i możliwościami, tego, czego pragnie dla nas Bóg. Wymaga to oczywiście zarówno modlitwy, jak i regularnej katechezy, słuchania Słowa Bożego, jakiegoś wejścia w siebie – wchodzenia co pewien czas do własnego serca. Musimy się też zgodzić na to, że nie od razu wszystko pojmiemy. Mogą pojawić się w nas wątpliwości, jakiś rodzaj oporu. To wszystko wpisane jest w drogę miłości. Jan Paweł II w adhortacji Familiaris consortio wzywa zwłaszcza duszpasterzy do cierpliwości wobec małżonków, pewnego nadążania za rytmem dojrzewania człowieka. Przyznaje bowiem z realizmem, że „wiele małżeństw napotyka na trudności nie tylko w konkretnej realizacji, ale także w samym zrozumieniu wartości zawartych w normie moralnej” (FC, 33). Ta zasada nie dotyczy tylko małżonków, ale każdego ucznia Chrystusa. Zrozumienie dokonuje się w czasie: „Człowiek jest istotą historyczną, która się formuje dzień po dniu, podejmując liczne i dobrowolne decyzje: dlatego poznaje, miłuje i czyni dobro moralne, odpowiednio do etapów swego rozwoju” (FC, 34). Papież nazywa ten proces prawem stopniowości. Nie od razu wszystko. Rozwój zakłada oczywiście wysiłek. Czasem będzie on polegał także na poradzeniu się kogoś, na odejściu na bok, by przemyśleć pewne sprawy.
Dokładnie do tego samego zachęcał Franciszek w swojej programowej adhortacji Evangelii Gaudium, i to w kontekście spowiedzi: „Kapłanom przypominam, że konfesjonał nie powinien być salą tortur, ale miejscem miłosierdzia Pana, zachęcającego nas do czynienia możliwego dobra. Mały krok, pośród wielkich ludzkich ograniczeń, może bardziej podobać się Bogu niż poprawne na zewnątrz życie człowieka spędzającego dni bez stawiania czoła poważnym trudnościom” (EG, 44).
Możliwe dobro nie ma nic wspólnego z moralizowaniem i siłą woli. Obejmuje ono to, do czego człowiek jest zdolny tu i teraz, przy jednoczesnym pragnieniu poznawania więcej i dalej.
Stawianie pytań i szukanie odpowiedzi
Tradycja chrześcijańska uczy nas też różnych form modlitwy, dzięki którym możemy bardziej poznawać Boga. Wtedy poświęcając czas, a jest to konkretne działanie miłości, otwieramy się na Boże światło, które nie tylko daje nam zrozumienie, ale też siłę do wykonania tego, czego oczekuje od nas Bóg. Służy temu między innymi rozważanie, czyli pobudzenie rozumu, uczuć, woli, wyobraźni na podstawie jakiegoś słowa, obrazu, tekstu liturgicznego czy dzieła stworzenia. Katechizm Kościoła zwraca uwagę, że „rozmyślanie polega przede wszystkim na poszukiwaniu. Duch szuka zrozumienia pytań dlaczego i jak życia chrześcijańskiego, aby przylgnąć do tego, o co Bóg prosi, i udzielić na to odpowiedzi. Potrzebna jest do tego trudna do osiągnięcia uwaga” (KKK 2705). Miłość do Boga całym umysłem to szukanie Go, stawianie pytań i znajdowanie odpowiedzi dla siebie takich, aby wewnętrzne przyjąć to, o co Bóg nas prosi. Pytania stawiamy już jako dzieci. Zasypujemy nimi nieraz dorosłych. W ten sposób poznajemy świat. Jako dzieci Ojca nigdy nie powinniśmy tracić w sobie ducha dziecka i zatrzymywać się w naszym poznawaniu Boga tak jakby wszystko wyczerpywało się na etapie podstawówki. Kochać Boga całym swoim umysłem to być człowiekiem, który nie boi się pytań, wątpliwości, a także związanego z tym nieuniknionego błądzenia. Czasem Boga odkrywamy bardziej dopiero wtedy, gdy jak syn marnotrawny doświadczymy, co to znaczy żyć z dala od prawdziwej miłości.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.











