Rozum ponad wszystko

Zmarły równe 200 lat temu Stanisław Staszic nie pasuje do naszej romantyczno-martyrologicznej tradycji, bo nie był powstańcem, konspiratorem ani zesłańcem. Był za to wybitnym filozofem, publicystą, działaczem oraz księdzem. Kim powinien być dla nas współcześnie?
Czyta się kilka minut
Józef Para jako Stanisław Staszic w polskim filmie dokumentalnym z 1983 r. Czyliż nie ma dla Polski ratunku – Stanisław Staszic fot. INPLUS/East News
Józef Para jako Stanisław Staszic w polskim filmie dokumentalnym z 1983 r. Czyliż nie ma dla Polski ratunku – Stanisław Staszic fot. INPLUS/East News

Stanisław Staszic jest jedną z bardziej rozpoznawalnych postaci naszej historii. Czy jest to jednak pamięć żywa, czy może raczej pomnikowa? W każdym niemal mieście w Polsce znajdziemy ulicę, plac, park czy szkołę, w kilku ma Staszic nawet pomniki, a w rodzinnej Pile dodatkowo ławeczkę. Wiemy, że „wielkim Polakiem był”, ale czy wiemy dlaczego?

Staszic niezbyt pasuje do naszej romantyczno-martyrologicznej tradycji, która miała i ma największy wpływ na to, którzy bohaterowie zaludniają naszą pamięć. Nie był bowiem walecznym powstańcem, nie złożył swego życia na jednym z wielu pól chwały, nie był konspiratorem ani zesłańcem. Był za to jednym z najwybitniejszych przedstawicieli polskiego oświecenia: 
filozofem, publicystą, działaczem społecznym i państwowym, był także księdzem, choć, jak to w tamtej epoce bywało, nie pełnił żadnych funkcji duszpasterskich.

W okresie Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego Staszic pełnił ważne funkcje administracyjne. Był jednym z organizatorów nowoczesnego szkolnictwa i nauki, prezesem Towarzystwa Przyjaciół Nauk, a także inicjatorem budowy Pałacu Staszica w Warszawie – symbolu rozwoju polskiej myśli naukowej, obecnej siedziby PAN. Zajmował się również geologią i górnictwem oraz wspierał rozwój przemysłu. Był nie tylko wybitnym intelektualistą, lecz także praktykiem, który potrafił łączyć refleksję filozoficzną z działaniem. Reprezentował nowoczesne, obywatelskie rozumienie patriotyzmu: oparte na pracy, wiedzy i odpowiedzialności za państwo. Być może ten pragmatyzm, realizm i brak skłonności do romantycznych porywów zdecydowały o wspomnianym powyżej pomnikowym kształcie pamięci o nim, o tym, że go pamiętamy, ale nie wiemy dlaczego. Niech zatem Czytelnik pozwoli na to, że ten artykuł będzie nie tyle zwykłą biografią, ile raczej próbą odpowiedzi na pytanie, kim zmarły równe 200 lat temu Stanisław Staszic powinien być dla nas współcześnie.

Diagnoza bez znieczulenia

Był dzieckiem Oświecenia w jego wersji bezkompromisowej, niemal ascetycznej. Rozum postrzegał jako obowiązek, narzędzie, które trzeba stosować nawet wtedy, gdy rani. W jednej ze swoich najważniejszych książek, Uwagach nad życiem Jana Zamoyskiego, nie ma sentymentu wobec przeszłości ani apologii narodowych mitów. Jest diagnoza stawiana bez znieczulenia: anarchia ustrojowa, egoizm elit, wolność pozbawiona odpowiedzialności. Staszic pisze jak lekarz przekonany, że tylko bolesna terapia daje szansę na ocalenie organizmu. W jego myśleniu Rzeczpospolita upada nie dlatego, że zabrakło jej bohaterstwa, lecz dlatego, że zabrakło jej rozsądku. To przekonanie brzmi dziś zaskakująco aktualnie. Ile razy i my mamy wrażenie, że emocje zastępują myślenie, a gesty długofalową odpowiedzialność? Staszic nie ufał spontaniczności. Nie wierzył, że dobro samo się zorganizuje. Uważał, że bez ram, instytucji i dyscypliny rozumu wspólnota rozpadnie się pod ciężarem własnego egoizmu. Ta wiara w rozum miała charakter bezwzględny.

Staszic nie pozostawiał wiele miejsca na słabość: ani cudzą, ani własną. Jego życie osobiste zdaje się niemal demonstracyjnie puste. Brak w nim rodziny, trwałych relacji, intymności, którą można by nazwać domem. Żył skromnie, oszczędnie, ascetycznie. Traktował samego siebie jak narzędzie służące sprawie publicznej. Uczucia były podejrzane, bo wymykały się kontroli. A może po prostu były zbyt ryzykowne dla kogoś, kto wierzył, że wszystko musi mieć swój sens i funkcję? Ta osobista surowość przenikała jego wizję społeczeństwa. Staszic dostrzegał krzywdę chłopów i bezlitośnie krytykował system pańszczyźniany. Ale jego empatia miała charakter abstrakcyjny. Chłopi byli problemem do rozwiązania, nie wspólnotą konkretnych osób. Mieli zostać wyzwoleni, lecz według planu, pod nadzorem, w ramach racjonalnego projektu. Wolność nie była dla niego darem, lecz zadaniem, które należało dawkować i kontrolować. Ufał instytucjom bardziej niż ludziom. Ufał rozumowi, odrzucał spontaniczność i emocjonalny entuzjazm. Już w tym miejscu widać napięcie, które będzie powracać w całej jego myśli i działaniu – między troską o wspólnotę a nieufnością wobec człowieka. Staszic chce dobra wspólnego, ale boi się chaosu, jaki niesie ludzka słabość. I dlatego wybiera projekt, system, plan.

Inność jako problem

Najbardziej bolesne pęknięcie w myśli Staszica ujawnia się tam, gdzie rozum spotyka się z innością. Jego niechętny stosunek do Żydów nie był epizodem, lecz logiczną konsekwencją sposobu myślenia o społeczeństwie jako projekcie do uporządkowania. Staszic nie był antysemitą w sensie emocjonalnym ani broń Boże rasistowskim. Nie kierowała nim nienawiść, religijna wrogość ani instynkt tłumu. Przeciwnie: jego niechęć była chłodna, systemowa, ubrana w język troski o dobro wspólne. Żydzi jawili mu się jako grupa „odrębna”, trudna do włączenia w struktury nowoczesnego państwa i społeczeństwa, niepodporządkowana wspólnemu porządkowi pracy, prawa i obyczaju.

Trudno oprzeć się jednak wrażeniu, że owa zracjonalizowana niechęć przeradzała się niekiedy w nietypową dla niego emocję. „Żydzi są naszego kraju letnią i zimową szarańczą, a to dlatego że te obydwa stworzeń gatunki przyśpieszają bieg pieniędzy, ułatwiają bogactw odmianę, ubożą ludzi pracowitych, najżyźniejsze pola niszczą, wsie napełniają nędzą, a powietrze zarażają zgnilizną” – pisał w Przestrogach dla Polski. Jakże niepokojąca jest dziś, po doświadczeniach XX wieku, ta „owadzia” metafora. Oczywiście Staszic, zgodnie ze swym oświeceniowym pragmatyzmem, nie kierował się rasistowskim, biologicznym nacjonalizmem – rozwiązaniem miała być asymilacja, kontrola, przymusowa „naprawa”.

Nie było w tym miejsca na akceptację inności jako wartości samej w sobie, była ona raczej problemem do rozwiązania. Staszic wierzył, że jeśli społeczeństwo ma być racjonalne, musi być jednorodne w swoich zasadach. Cena tej jednorodności – krzywda konkretnych ludzi – wydawała mu się akceptowalna. Z perspektywy chrześcijańskiej to moment szczególnie trudny. Ewangelia nie zna logiki „społecznej użyteczności”, zna logikę osoby. Bliźni nie jest środkiem do celu ani elementem systemu, lecz celem samym w sobie. Staszic, duchowny katolicki, zdaje się tej logice nie ufać. Jego religijność jest podporządkowana etyce, a etyka – projektowi społecznemu. Wiara ma sens o tyle, o ile dyscyplinuje. Miłosierdzie ustępuje miejsca porządkowi. To odwrócenie hierarchii nie jest drobną rysą, lecz zasadniczym problemem jego myślenia.

System zamiast jednostki

Ta sama logika widoczna jest w jego podejściu do wolności. Wolność, jeśli nie jest kontrolowana, jawi się Staszicowi jako zagrożenie. Dlatego domaga się silnych instytucji, jasnych reguł, nadzoru. Społeczeństwo ma działać sprawnie, jak dobrze zaprojektowany mechanizm. Człowiek – z jego nieprzewidywalnością, emocjami, skłonnością do błędu – jest elementem ryzyka. Rozum ma to ryzyko ograniczyć. Być może ta właśnie kwestia czyni Staszica tak aktualnym. Jego sposób myślenia powraca wszędzie tam, gdzie w imię racjonalności usprawiedliwia się wykluczenie, gdzie mówi się o „nieprzystosowanych”, „niewydolnych”, „problemowych grupach”, gdzie język wykluczenia zastępuje język empatii. On sam nie miał wątpliwości: „Pierwszym obowiązkiem człowieka jest pracować. Tylko przez pracę staje się obywatelem użytecznym” – pisał w Uwagach nad życiem Jana Zamoyskiego.

A jednak byłoby niesprawiedliwe widzieć w nim jedynie technokratę pozbawionego wrażliwości. Jego surowość brała się z autentycznej troski o wspólnotę. Staszic naprawdę bał się rozpadu, bał się anarchii, egoizmu, chaosu, który niszczy więzi. Jego projekt nowoczesności był próbą ocalenia wspólnoty – narodowej, społecznej, ludzkiej – opartą na  instrumentach racjonalizmu. Problem w tym, że wybrał do tego narzędzia, które same w sobie miały uszczęśliwiać „na siłę”, narzucać normy i rozwiązania, bo są przecież słuszne, rozumne i skuteczne. Skądinąd jednak ta twarda racjonalność prowadziła go niekiedy do wniosków, które dziś mogłyby się wielu podobać: „W Polsce, kraju tak zimnym, nie można trunków gorących zakazywać” – dowodził w Przestrogach dla Polski.

Ten swoisty dogmat rozumu będzie powracać także w jego wyborach politycznych i w wierze w instytucje jako nadające sens i kierunek życiu człowieka. Tam dopiero w pełni ujawni się pytanie, które towarzyszy całemu jego życiu: czy rozum potrafi unieść ciężar, który wcześniej dźwigała moralność, zakorzeniona w relacji z drugim człowiekiem?

Jest w myśli Staszica coś, co szczególnie domaga się dziś przypomnienia, a mianowicie milczące przekonanie, że indywidualne sumienie można wbudować w system, że wystarczy właściwa organizacja prawa, edukacji i obyczaju, aby dobro stało się realną rzeczywistością państw, społeczeństw i jednostek. W tym sensie jego projekt nowoczesności jest projektem głęboko moralnym, ale zarazem niepokojąco bezosobowym. Sumienie przestaje być wyzwaniem konkretnego człowieka, a staje się elementem konstrukcji społecznej. Staszic zdaje się nie stawiać pytania: „Co ja powinienem uczynić?”, lecz raczej: „Jak należy urządzić świat, aby ludzie zachowywali się właściwie?”. Ta myśl, która powinna nas dziś niepokoić, zbyt dobrze pasuje do świata, który chce być sprawny, przewidywalny i bezpieczny, nawet za cenę ograniczenia wolności jednostki. Staszic i Erich Fromm, ten od „ucieczki od wolności”, chyba dobrze by się zrozumieli, tyle że pierwszy tę ucieczkę postulował, a drugi przed nią przestrzegał.

Bezgraniczna wiara w instytucje

Wybory polityczne Stanisława Staszica dopełniają zatem obrazu myśliciela, który bardziej ufał trwałości instytucji niż dramatycznym gestom. Był zwolennikiem reform Sejmu Czteroletniego, wierzył w możliwość naprawy państwa poprzez prawo, edukację i wzmocnienie władzy wykonawczej. Gdy jednak Rzeczpospolita upadła, nie wybrał drogi heroicznego sprzeciwu, nie opuścił kraju, nie wybrał drogi wewnętrznej emigracji, ale wchodził w struktury władzy niesuwerennej, wierząc, że nawet ograniczona sprawczość jest lepsza niż moralnie czysta bezsilność. Czy był to realizm odpowiedzialności, czy rezygnacja z ideałów? Staszic zapewne odpowiedziałby, że naród nie żyje z symboli, lecz z pracy, a przyszłość buduje się nie deklaracjami, lecz instytucjami. Ta wiara w instytucje była u niego niemal bezgraniczna. Jako jeden z twórców Towarzystwa Przyjaciół Nauk traktował naukę jako przestrzeń ocalenia wspólnoty. Gdy zabrakło państwa, miała je zastąpić wiedza, gdy zawiodła polityka, miała pozostać edukacja. Nie doczekał wybuchu powstania listopadowego, nie możemy z absolutną pewnością przypuścić, jak zachowałby się podczas Nocy Listopadowej. Jednak bliższa byłaby mu zapewne droga Adama Czartoryskiego niż Piotra Wysockiego i jego podchorążych. Może dobrze, że Opatrzność mu tego wyboru oszczędziła.

Najbardziej zaskakującym, a zarazem najbardziej ludzkim doświadczeniem w życiu Staszica były Tatry. Jego wyprawy w góry miały charakter badawczy, niemal techniczny, a jednak w opisach gór pojawia się coś, co wymyka się logice projektu. Góry nie poddają się planowi, przypominają o granicach ludzkiej kontroli, wobec ich potęgi rozum musi uznać własną kruchość. Można odnieść wrażenie, że właśnie tam Staszic najbardziej zbliża się do postawy pokory – nienazwanej, nieuświadomionej, ale realnej. Jakby natura przypominała mu, że nie wszystko da się uporządkować, a nie każda wartość rodzi się z dyscypliny.

I tu dochodzimy do pytania, które powraca jak refren: czy Staszic jest nam dziś potrzebny? Odpowiedź nie może być jednoznaczna. Tak – jeśli brakuje nam myślenia długofalowego, cierpliwości wobec pracy u podstaw, wiary w edukację i instytucje. Tak – jeśli chcemy przypomnieć sobie, że wspólnota wymaga wysiłku, a wolność bez odpowiedzialności szybko się degeneruje. Ale jednocześnie nie – jeśli mielibyśmy przejąć jego nieufność wobec człowieka. Nie – jeśli porządek miałby usprawiedliwiać wykluczenie, a racjonalność zastępować miłosierdzie. Może więc Staszic jest nam potrzebny jako ostrzeżenie. Jako przypomnienie, że nowoczesność pozbawiona czułości staje się bezlitosna, a rozum bez pokory niebezpieczny. Pytania i rozterki, wobec których nas stawia, nie należą wyłącznie do historii. Są    nasze, współczesne, ważne.  

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 4/2026