Kryzysy jako szanse

To, że staramy się unikać cierpienia, jest zrozumiałe i zdrowe. Jeśli jednak podczas kryzysu nie uciekamy od trudnych emocji, szukamy wsparcia i próbujemy zrozumieć, co doprowadziło do takiego obrotu spraw, mamy szansę zyskać wgląd w samych siebie i zwycięsko przepracować bolesne doświadczenie.
psycholożka, psychoterapeutka
Czyta się kilka minut
Ilustracja: Jan Kałużny
Ilustracja: Jan Kałużny

Sylwester i Nowy Rok dla wielu z nas są czasem nie tylko tworzenia kolejnych postanowień, ale także dokonywania życiowych podsumowań. W tym nieco sentymentalnym okresie przypominamy sobie nie tylko to, co wydarzyło się w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, ale również wcześniejszych lat naszego życia. Niektóre z tych wspomnień dotyczą bolesnych przeżyć, które jednak mogły doprowadzić nas do nowych początków.

Zdolność do regeneracji

Osobistą historię każdego z nas można opowiedzieć zarówno przez pryzmat sukcesów i osiągnięć, jak i strat oraz urazów psychicznych. Czasami jednak jedne i drugie wydarzenia na życiowej osi czasu ulokowane są zaskakująco blisko siebie. Dzieje się tak dlatego, że nierzadko życiowe kryzysy wywołujące realne cierpienie prowadzą – nie zawsze bezpośrednio – do wzrostu i zaskakujących nowych szans. Sytuacja, w której coś ważnego ulega zawaleniu, ma prawo boleć. Jeśli budujemy coś przez miesiące lub lata, a następnie obserwujemy, jak zmienia się to w zgliszcza, nie ma sensu udawać, że towarzyszy nam huraoptymizm albo że ów wznoszony przez długi czas gmach „i tak był brzydki”. Własnego cierpienia nigdy nie należy bagatelizować, ani też nie warto przed nim uciekać. Jednocześnie – choć bywa to bardzo trudne – nie należy tracić z oczu innej perspektywy: ludzkiej zdolności do regeneracji psychicznej. Sądzę, że niemal każdy z nas w swoim życiu wyszedł zwycięsko (lub chociaż „w całości”) z sytuacji, która wydawała się beznadziejna. Szczere opowieści kilku moich rozmówców o doświadczonych przez nich kryzysach, które później okazały się szansami, mogą stanowić antidotum na życiowy defetyzm.

Dno i trzeźwe życie

Dość powszechnie znane jest powiedzenie, jakoby osoba uzależniona od alkoholu musiała „sięgnąć dna”, aby była w stanie zauważyć swój problem i zacząć leczyć uzależnienie. Jak w przypadku wielu innych arbitralnie stawianych twierdzeń dotyczących zdrowia psychicznego – nie jest to takie proste. Z przełomem w życiu osoby uzależnionej mamy zazwyczaj do czynienia wtedy, gdy z jednej strony zda sobie ona sprawę ze swojego położenia i straci tak zwany komfort picia, ale z drugiej – znajdzie się w środowisku sprzyjającym trzeźwości. Adam, 34-letni pedagog, doskonale znał te wszystkie teorie – uczono go tego na studiach oraz na podyplomówce z coachingu. Sam jednak przez lata wypierał fakt, że żyje w uzależnieniu, choć niszczyła go substancja inna niż etanol. Potężny życiowy kryzys, który sam nazywa „dnem i mułem”, przyczynił się jednak do tego, że zawalczył o swoją wolność. – Jestem legalnym narkomanem – opowiada. – Od lat brałem leki, które zdobywałam na różne sposoby. One są normalnie dostępne na rynku, ale oczywiście muszą być przyjmowane pod kontrolą lekarza. Ja przyjmowałem je, by mieć „odlot”. Tłumaczyłem sobie, że to substancje dopuszczone do obrotu i przebadane, poza tym – skoro studiuję, pracuję w korpo i mam znajomych, to w czym problem? Prawie nie piłem też alkoholu, więc czułem się lepszy od mojej mamy, która go nadużywa. Wiedziałem, że z uwagi na to, jak mama używa alkoholu, jestem w grupie ryzyka uzależnienia – ale i tak nie chciałem widzieć problemu. Leki, które brałem, powodowały ekstatyczne wizje. Byłem przekonany, że skoro nie robię tego dla „znieczulenia”, to mogę… mniej więcej co trzy dni fundowałem sobie „tripa”, czyli stan po użyciu substancji. Czasami dołączali do mnie znajomi i moja dziewczyna.

W życiu Adama nastąpił jednak punkt zwrotny. – Pewnego dnia, a właściwie nocy, po użyciu miałem poważne objawy zatrucia. Zacząłem wymiotować i zanieczyściłem się. Moja dziewczyna próbowała mi pomóc, ale gdy błagałem ją, żeby nie wzywała karetki, uznała, że się mną brzydzi, że nie będzie dalej marnować na mnie życia. Zerwała ze mną i zostawiła mnie na podłodze, płaczącego i stękającego. Zajął się mną kolega. Błagałem moją dziewczynę, żeby wróciła. Nie chciała. Około miesiąca później poważnie złamałem rękę przewróciłem się na rowerze. Niby wielu ludziom się takie coś przydarza, ale lekarz pytał, jakie leki przyjmuję, czy biorę coś na stałe… i dotarło do mnie, że mam problem. Poczułem, że jestem na dnie i w mule. Ukochana mnie zostawiła, biorę piguły w za dużych ilościach i być może nigdy nie odzyskam pełnej sprawności prawej ręki. Chciałem zniknąć. Przez parę miesięcy trwałem w dziwnym stanie żalu do siebie, częstego płaczu, złości, niepewności. Ale jednocześnie doszedłem do wniosku, że tak, mam problem. To było jak rozszerzona rzeczywistość – dotarło do mnie, że te wszystkie mechanizmy iluzji i zaprzeczania stosowałem we własnym życiu. Podjąłem terapię uzależnień i rehabilitację ręki. Obecnie nie biorę, choć nie mogę powiedzieć, że jestem zdrową osobą. Trochę po to, żeby pokonać pustkę, podjąłem nowe studia – pracę socjalną – i wolontariat w organizacji, która wspiera osoby w spektrum autyzmu. Poznałem tam mnóstwo ciekawych osób, nauczyłem się robić coś dobrego ze swoją życiową energią. W końcu wiem, co chcę robić w życiu na stałe – nie siedzieć przed komputerem, tylko pracować z osobami neuroróżnorodnymi. Sprawy uczuciowe? Nie jestem obecnie w związku, ale jest ktoś, kto zna moją historię i nie wystraszył się… za bardzo. Może coś będzie z tego dalej. Nie lubię wspominać tamtego okresu w moim życiu, ale bez niego nie wiedziałbym, kim jestem i co naprawdę umiem – konkluduje Adam.

Podjęcie decyzji o leczeniu uzależnienia jest bez wątpienia aktem odwagi. Może również – co pokazuje powyższa historia – prowadzić do odkrycia własnego potencjału oraz zupełnie przebudować życie relacyjne. Kryzys związany z nadużywaniem substancji bywa zaś momentem, który – choć w bolesny sposób – popycha do wprowadzenia w życie trwałych zmian.

Wzbogacająca perspektywa

Pewne zmiany w życiu przychodzą jako naturalny element egzystencji i są związane z wchodzeniem w dorosłość. Nie dla każdej osoby jednak otwieranie nowego etapu życia wiąże się głównie z przyjemnymi emocjami, takimi jak radość czy ekscytacja. Dla niektórych z nas opuszczanie tego, co znane, wydaje się przede wszystkim zagrażające. Dla Doroty, dziś wykładowczyni akademickiej i odnoszącej sukcesy pracownicy działu marketingu, momentem kryzysu był czas separowania się od rodziców, związany z wyjazdem na studia. Kobieta przez dość długi czas nie była pewna, czy jej decyzja była słuszna. Dziś jednak, kiedy podsumowuje swoje dotychczasowe życie, dostrzega, że usamodzielnienie się było jej bardzo potrzebne. – Zawsze miałam słabą adaptacyjność do zmian. Jednocześnie bardzo chciałam wyjechać z domu rodzinnego na studia – mówi Dorota. – Gdy dawno temu przeprowadziłam się do Łodzi, właśnie na studia, nieoczekiwanie (a może i oczekiwanie?) dopadł mnie dość poważny kryzys. Przez pierwsze dwa miesiące chodziłam bardzo zestresowana, codziennie ryczałam w poduszkę, nie miałam apetytu, więc jedzenie „rosło” mi w ustach. Szczerze wątpiłam w słuszność swojej decyzji o wyjeździe. Niby nie była to wielka zmiana, a jednak mnie przerosła. Nowe miasto, w którym nigdy wcześniej nie byłam, w dodatku większe od mojej rodzinnej miejscowości. Nowa sytuacja – studia to jednak nie to samo, co szkoła, w dodatku trzeba się przyzwyczaić do nowych zasad. Wszędzie wokół mnie byli nowi ludzie, bo do nowego miasta wyjechałam zupełnie sama i nie miałam komu wypłakać się w ramię, a wręcz przeciwnie – trzeba było zainwestować energię w budowanie relacji od zera. Nowa sytuacja życiowa – już nie mieszkanie z rodzicami, a większa odpowiedzialność za samego siebie, wywoływała u mnie ogromny lęk, który utrudniał mi wychodzenie z domu. Tak spędziłam dwa pierwsze miesiące. W zupełnej rozsypce. I nagle nieoczekiwanie powoli moje nastawienie zaczęło się zmieniać. Okazało się, że nowe, duże miasto to całkiem fajna rzecz – w końcu zawsze ciągnęło mnie do wielkomiejskiego życia. Studia to całkiem fajne doświadczenie – zupełnie inne od szkoły, ale w pozytywnym sensie. Nowe osoby, które poznałam na uniwersytecie i poza nim, to naprawdę wzbogacająca perspektywa, nie mówiąc, że część z nich nadal obecna jest w moim życiu (czego nie mogę powiedzieć o szkolnych znajomościach). Nowa sytuacja życiowa zaś wspaniale uczy odpowiedzialności, a przecież zawsze chciałam być „panią własnego życia”. Po kilkunastu latach nadal mam do siebie współczucie, kiedy przypomnę sobie te pierwsze dwa miesiące. Pamiętam, jak trudne to było. Ale nigdy nie wymazałabym decyzji o wyjeździe. Ostatecznie okazało się, że mój wybór miał prawie same jasne strony – choć nie od razu potrafiłam je dostrzec.

Emocjonalna opowieść Doroty przypomina nam o pewnej pozornie oczywistej prawdzie: czasami sens doświadczanego trudu jesteśmy w stanie dostrzec dopiero po upływie dłuższego czasu.

Kryzys bez huku

Przełom w życiu może wiązać się także z kryzysem w relacji romantycznej – włącznie z jej zakończeniem. Będąc w związku, czasami nie dostrzegamy, że jesteśmy uwikłani w przemoc, a pewne zachowania partnera uważamy za normalne bądź dążymy do ich usprawiedliwienia. Próbując zachować status quo, często coraz bardziej zaprzeczamy pewnym fragmentom rzeczywistości. Julia, która niedawno zakończyła wieloletni związek, przyznaje, że dopiero teraz dostrzega, jak wiele krzywd wyrządzał jej ojciec jej dziecka. – Nie każdy kryzys przychodzi z hukiem. Czasem wślizguje się do życia po cichu – pod postacią „dobrej rady”, „troski”, „realizmu” – mówi. – Tak właśnie zadziałała przemoc w mojej relacji, zwłaszcza ta, którą trudno od razu nazwać po imieniu: przemoc finansowa i emocjonalna. Pieniądz, który powinien być narzędziem, staje się środkiem kontroli. Towarzyszy temu narracja, że bez tej osoby „sobie nie poradzisz”, „nie umiesz”, „jesteś nierozsądna”. Dopiero po wyjściu z takiej relacji widać, jak bardzo była to iluzja bezpieczeństwa. Iluzja, która miała swoją cenę: rezygnację z własnego głosu, intuicji i odpowiedzialności za siebie. Paradoksalnie jednak to właśnie jej rozpad był dla mnie momentem przełomowym. Kiedy znika ktoś, kto „myślał za mnie”, pojawia się konieczność, by nauczyć się myśleć samodzielnie. Dla mnie był to moment bolesny, ale i formujący. Przemoc finansowa – choć niszcząca – była impulsem do edukacji: uczenia się podstaw ekonomii, planowania budżetu, oszczędzania, odzyskiwania kontroli nad własnym życiem. Pieniądze przestały być źródłem lęku lub wstydu, a stały się narzędziem odpowiedzialności. Każda odłożona kwota, każdy samodzielnie podjęty wybór staje się małym aktem odbudowy godności.

Ale proces zmian nie dotyczy tylko kwestii finansowych. – Przemoc w relacji niszczy także pewien sposób patrzenia na świat – na relacje, na miłość, na siebie. Zmusiło mnie to do porzucenia naiwnej wiary, że dobra wola wystarczy, że każde zachowanie da się usprawiedliwić, że „jak kocha, to się zmieni”. To bolesne rozczarowanie, ale jednocześnie ważna lekcja dojrzałości. Dzięki niej widzę zmianę w zauważaniu tzw. red flags, które wcześniej ignorowałam, bo chciałam, żeby to się udało. Brak szacunku do granic. Umniejszanie kompetencji. Kontrola ukryta pod płaszczykiem troski. Zrzucanie odpowiedzialności. Te znaki nie są drobiazgami, są informacją. Kto raz nauczył się je rozpoznawać, rzadko daje się ponownie uwikłać w podobny schemat. W tym sensie kryzys stał się oliwą mojego hamulca w relacjach – patrzenia na to, jakim ktoś jest człowiekiem, nie tylko na to, jak się przy nim czuję. Przemoc nie była „potrzebna” czy „dobra”, ale potrafiła nadać cierpieniu sens. Prawda, choć bywa bolesna, wyzwala. Wyjście z przemocowej relacji często oznacza życie skromniejsze, prostsze, ale bardziej prawdziwe. Oparte nie na cudzej kontroli, lecz na własnej odpowiedzialności. Na decyzjach podejmowanych świadomie. Na relacjach, w których jest miejsce na wolność, a nie strach. Czasem dopiero wtedy odkrywamy, że kryzys nie był końcem drogi, lecz momentem, w którym po raz pierwszy naprawdę zaczęliśmy iść własnym krokiem. Ja czuję, że wiele się nauczyłam i wciąż się uczę o tym, kim jestem, co jest dla mnie ważne i jakiego domu chciałabym dla mojej córki.

Przemoc w związku zawsze jest zła i nie ma dla niej usprawiedliwienia. Czasami jednak przetrwanie jej sprawia, że jesteśmy bardziej wyczuleni na jej przejawy, bardziej uważni w relacjach oraz pewni tego, czego nigdy więcej nie chcemy doświadczyć, a także – przed czym chcemy uchronić własne dzieci. Wychodzenie z przemocowej relacji jest procesem, który nie kończy się w momencie wypowiedzenia słów „zrywam z tobą” – jednak samo zakończenie takiej relacji niejako wymusza wzięcie odpowiedzialności za swoje dalsze życie, co w wielu przypadkach jest prawdziwą szansą na wystarczająco dobre życie.

Przeżyć emocje do końca

Nie każdy życiowy kryzys może stać się wielką szansą. O niektórych stratach – na przykład śmierci kogoś bliskiego – trudno byłoby myśleć w ten sposób (choć, co może wydawać się nieprawdopodobne, i to się czasem wydarza). Dramatów, które nas spotykają, nie należy romantyzować. Nie do wszystkich wspomnień wracamy z czułością i nie każdą chwilę swojego życia chcielibyśmy przeżyć ponownie czy opowiadać o niej przy każdej możliwej okazji. To, że w zdecydowanej większości przypadków staramy się unikać cierpienia, jest zrozumiałe i zdrowe – to chęć krzywdzenia siebie świadczy o problemach emocjonalnych „idących” w stronę autoagresji. Jeśli jednak podczas kryzysu nie uciekamy od trudnych emocji, lecz przeżywamy je do końca, szukamy dla siebie wsparcia, a po wystąpieniu życiowego tąpnięcia próbujemy zrozumieć, co doprowadziło do takiego obrotu spraw, mamy szansę zyskać wgląd w samych siebie i zwycięsko przepracować bolesne doświadczenie. Kryzys – nawet taki, który sprawia, że nasze życie trzęsie się w posadach – nie oznacza końca.

Dopóki jesteśmy przy życiu, wciąż mamy szansę na piękno.

Niektóre imiona i szczegóły zostały zmienione.

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 1/2026