Środowisko medyczne przeżywa potężny kryzys tożsamości. Lekarze i lekarki zdają się dziś traktować swój zawód przez pryzmat zysku, jako okazję do szybkiego i potężnego wzbogacenia. A przy tym z pełną świadomością tego, że taka kalkulacja nie tylko nie będzie dla pacjenta neutralna, lecz może okazać się szkodliwa. Oznaczałoby to jaskrawe odejście od etosu tego szlachetnego zawodu, odrzucenie zasad, które czynią ten zawód tak wyjątkowym.
Ktoś powie, że wirus chciwości, który zainfekował środowisko medyczne, dotyczy ułamka lekarzy i lekarek. Hm, z pewnością nie dotyczy wszystkich. Być może wdrożenie zapowiedzianych mechanizmów monitorowania ich zarobków dowiedzie, że chodzi wręcz o ułamek. Niemniej spektakularne przykłady obłowienia się przez lekarzy bajońskimi kwotami przez rok pracy (często po prostu nieuczciwej) robią wrażenie wstrząsające. Wystarczy wspomnieć głośny przypadek zdymisjonowanego koordynatora SOR stołecznego Szpitala Południowego, który jednak z kwotą 1,6 mln rocznego zarobku został „zdeklasowany” przez kolegę ortopedę z Grójca i Nowego Miasta n. Pilicą (medyk ten potrafi bowiem łączyć poważne funkcje w obu placówkach), który w 2025 roku na czysto zgarnął ponad 2,5 mln.
Ale wstrząsające są nie tylko kwoty, ale i komentarze samych zainteresowanych. Otóż wspomniany lekarz dwojga miast wyjaśnia, że jego pobory są sprzężone z przychodami szpitala, w którym leczy i jeżeli np. on zarobi dla siebie 30 czy 50 tys., to dla szpitala zarobi 80 albo 90 tys. zł. Racja, panie doktorze! Wszak szpitale, z których czerpie pan miliony, są zadłużone, zatem przyjmując legiony pacjentów, wyprowadza je pan na prostą. Gratulacje!
Nie tylko ogromne, inkasowane, nieuczciwie sumy i nie tylko przewrotna argumentacja lekarzy starających się dowieść, że wszystko jest OK, świadczą o moralnym kryzysie medyków. Dowodzą go także, mniej może spektakularne, ale przecież absolutnie powszechne praktyki lekceważenia pacjentów, którzy chcąc opowiedzieć o swoich dolegliwościach i wejść w kontakt z lekarzem na temat diagnozy i perspektyw leczenia, napotykają chłód i zniecierpliwienie.
Myślę, że bardzo wielu spośród nas zdaje sobie sprawę, że w Polsce odbywa się proces cichej prywatyzacji służby zdrowia. W tym sensie, że pomimo bardzo wysokich składek zdrowotnych nie można liczyć na państwową służbę zdrowia, bo można się przeliczyć, to znaczy nie doczekać terminu badań… Ci, których na to stać, ratują się prywatnie, choć i tam gangrena materializmu mocno zapuściła macki. Pewna znajoma z korporacji podczas wizyty w prywatnej przychodni chciała opowiedzieć o drugiej dolegliwości, ale pani doktor zgasiła ją krótkim komunikatem: „jedna wizyta - jeden problem”. To jest lekarz? Tak się leczy?
Tak, wiem, wolny rynek wystawia na pokusę szybkiego zarobku nas wszystkich, ludzi różnych zawodów. Jednak lekarz to zawód szczególny. Nie, nie wszyscy muszą być Judymami a każdy, także lekarz, ma prawo do godnego życia i solidnego zarobku (gdy swoją odpowiedzialną pracę wykonują rzetelnie i uczciwie). Niemniej jest różnica pomiędzy tymi oczywistymi pragnieniami a traktowaniem zawodu lekarza jako trampoliny do bogactwa.
Wydaje mi się, że w części lekarskich umysłów i sumień coś się poprzestawiało; że ta szlachetna profesja właśnie traci na szlachetności. Po prostu: część (jak liczna?) lekarzy i lekarek traktuje pacjenta jako jednostkę chorobową, a nie człowieka; jako źródło zysku, a nie cierpiącą istotę. Kto da temu środowisku impuls do gruntownej refleksji, która mogłaby doprowadzić do jakiegoś uzdrowienia? Leży ono w interesie pacjentów, to jasne, ale jestem przekonany, że jak tlenu potrzebują jej także lekarze.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.








