Gdy w ostatnią niedzielę słuchałem w czasie ogłoszeń parafialnych przesłanie mojego biskupa, Romualda Kamińskiego, ordynariusza warszawsko-praskiego, pomyślałem, że może jednak daliśmy się przekonać bandzie radykałów, że Polacy są znacznie gorsi niż w rzeczywistości.
Ale po kolei. Już parę tygodni temu pieniądze ze zbiórki w diecezji krakowskiej kard. Grzegorz Ryś postanowił przeznaczyć na zakup ogrzewaczy i agregatorów prądotwórczych dla Kijowa, o czym zresztą tutaj pisałem. Od początku zimy trwają tam zmasowane ataki lotnictwa rosyjskiego, którego celem padają przede wszystkim obiekty infrastruktury energetycznej. W efekcie miliony Ukraińców znajdują się w tragicznej sytuacji. Kilkunastostopniowy mróz, najgorszy od początku tej kilkuletniej wojny, trzyma się długo, w wielu miejscowościach i dzielnicach Kijowa nie ma prądu ani ogrzewania.
Między blokami tworzone są tzw. punkty niezłomności – namioty, w których można się ogrzać, podładować telefon, skorzystać z internetu. Mieszkańcy wspólnie przygotowują gorącą zupę w kuchniach polowych, bo w domach nie ma też gazu, korzystają ze wspólnej infrastruktury, by zdobyć coś ciepłego do jedzenia. Tego, czego Ukraińcy dziś więc najbardziej potrzebują, to właśnie agregatów prądotwórczych i ogrzewaczy – zamieniających energię ze spalania, na szczęście wciąż dostępnego, oleju napędowego na ciepło i prąd. Za przykładem kard. Rysia, który pierwsze urządzenie w ramach diecezjalnej zbiórki, zakupił z własnych środków, poszli kolejni biskupi. Ostatnio o ogólnopolską zbiórkę zaapelował polski episkopat. I właśnie dlatego praski biskup prosił, by w ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Wielkiego Postu parafialne grupy Caritas zbierały środki na pomoc dla naszych ukraińskich sąsiadów.
Ten gest ma szczególne znaczenie, biorąc pod uwagę wielkie kwoty zebrane w całej Polsce na ogrzewanie dla Kijowa. Choć niektórzy radykalni politycy chcieli nam wmówić, że Polacy już znudzili się pomaganiem Ukraińcom, że nie interesujemy się już ich losem, to okazuje się, że jest jednak inaczej. Nasza hojność dowodzi, że – choć pomagamy już tak długo i tak szczodrze – wciąż kierujemy się ludzkimi odruchami, ewangelicznym wezwaniem o miłość bliźniego i solidarnością z ofiarami rosyjskiej agresji. Nie poddajemy się demoralizacji ze strony polityków, którzy zaczynają przemówienie od słów „Szczęść Boże”, a kończą seansem nienawiści do wszystkich obcych, a Ukraińców w szczególności. Może więc jesteśmy znacznie lepszym społeczeństwem, niżby mogło się wydawać na podstawie rozmaitych ankiet i sondaży. Nie, nie uważam sondaży za coś złego, niekiedy pozwalają one dostrzec zjawiska i emocje społeczne, które w inny sposób pozostałyby niezbadane. Ale niekiedy skrzywiają one obraz rzeczywistości. Jak choćby wtedy, gdy wydaje się, że Polacy są zachwyceni polityczną polaryzacją trwającą trzecią dekadę.
A może to sygnał, że w innych dziedzinach też ulegamy złudzeniom? Że potrafimy wyjść poza to, co opowiadają o nas politycy? Warto się nad tym głębiej zastanowić.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.







