Uzależnienie od smartfona przynosi katastrofalne skutki dla ludzkiego organizmu, zwłaszcza dla dzieci i ludzi młodych. Ma już nawet swoją nazwę: fonoholizm. Jest uznany za chorobę cywilizacyjną XXI wieku i określany jako jedna z postaci cyberuzależnienia, czyli uzależnienia od technologii cyfrowych. Dlaczego Polska nie wprowadza regulacji, które mogłyby ograniczyć skalę spustoszenia?
Nie jestem specjalistą, ale na alarm biją już nie tylko naukowcy, dokonując coraz to nowych odkryć o skutkach uzależnień od urządzeń cyfrowych, ale też nauczyciele i zwykli obserwatorzy życia. Telefon jest używany już nie tylko po to, by coś komuś zakomunikować, dowiedzieć się, co się dzieje w bliższym czy dalszym otoczeniu, lub zrobić zakupy przez internet. Przez ludzi młodych, w tym całkiem małe dzieci, jest używany niemal non stop. Niestety, także podczas wydarzeń rodzinnych. Okazuje się, że „prawdziwa” komunikacja to ta via smartfon. Odnoszę wrażenie, że dla młodych generacji prawdziwe życie jest właśnie tam: w cyberprzestrzeni, zaś świat realny to zaledwie jego cień, jakieś „coś”, co można znieść tylko dzięki smartfonowi.
Osoby uzależnione od świata cyfrowego będą innymi ludźmi, to jasne. Można mieć jak najbardziej uzasadnione podejrzenia, że będą w mniejszym lub większym stopniu socjopatami, bo upośledzone wskutek uzależnienia emocje ograniczą możliwości nawiązywania głębokich i trwałych relacji z innymi osobami. Podobnie negatywnie wpłynie to na rozwój ich wrażliwości, wyobraźni, artykulacji uczuć, to jasne. I co z tego?
To przerażające, że na poziomie państwa tematu jakby nie było. Nie rozumiem, dlaczego w Polsce nie wprowadzono jeszcze zakazu używania smartfonów w szkole, skoro udało się to przeprowadzić w kilkunastu europejskich krajach, takich jak Niemcy, Francja, Włochy, Holandia, Portugalia czy Słowacja. Choć tak wiele mówi się o rosnącym problemie zaburzeń psychicznych u dzieci i młodzieży, to u nas podobnego zakazu jednak się nie wprowadza.
Z jednej strony rząd, deklarując zatroskanie o dobrostan młodego, wprowadził do szkół edukację zdrowotną, z drugiej nie wykonuje podstawowego ruchu na rzecz ratowania młodego pokolenia przed popadnięciem w uzależnienie grożące zrujnowaniem życia (to nie przesada, bo fonoholizm jest uzależnieniem behawioralnym, podobnie jak uzależnienie od gier komputerowych, seksoholizm czy nałogowy hazard).
Jak to możliwe, że w Polsce nie zdecydowano się na rozwiązanie, które przyjmują kolejne europejskie państwa i kilkadziesiąt na innych kontynentach? Odpowiedź, która mi się tu nasuwa, jest przerażająca, ale czuję, że jest prawdziwa: zadecydowała polityka. Stanowisko Ministerstwa Edukacji Narodowej, które ceduje rozstrzygnięcie kwestii zakazu na poziom szkół, dowodzi według mnie lęku przed podjęciem decyzji, która mogłaby zostać uznana za niepopularną. Ale ten lęk można też nazwać tchórzostwem.
Bardzo to smutne: z jednej strony mieć jasną świadomość, że jakaś część uzależnionych na pewno skończy na – tak czy inaczej rozumianym – marginesie życia, a z drugiej wykalkulować, że decyzja, która mogłaby uratować ileś życiorysów, jest politycznie nieopłacalna. Bo wiadomo: życie jest życiem i niedługo wybory. Dlatego lepiej uciec od (być może kosztownej politycznie) odpowiedzialności i kluczową kwestię dotyczącą zdrowia młodej generacji powierzyć dyrektorom szkół. I tak oto dzieci i młodzież stają się zakładnikami politycznych ambicji. Które, swoją drogą, niektórych zapewne uzależniają ze skutkiem nie mniej opłakanym niż fonoholizm.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.









