Przypowieść o Dawidzie i Goliacie wraca w kolejnych odsłonach. Najnowsza rozgrywa się między Rafałem Brzoską a Metą. Dawid to założyciel i prezes InPostu. Goliat – korporacja stojąca za Facebookiem i Instagramem. Pojedynek zaczął się od sprawy, która mogła wyglądać na prywatną zniewagę. Szybko się jednak okazało, że to starcie z systemem.
Motywem polskiego miliardera jest konkretna krzywda. Od lat oszuści wykorzystują jego wizerunek i głos w deepfake’ach – fałszywych, lecz uderzająco realistycznych obrazach, nagraniach i filmach powstających z pomocą sztucznej inteligencji. W przypadku menedżera najczęściej służą one sprzedaży kryptowalut i fikcyjnych inwestycji. Pojawiają się też wersje uderzające w jego rodzinę: o przemocy domowej, o śmierci, a niedawno – o aresztowaniu. „O co chodzi, tato?” – zapytały małoletnie dzieci, gdy zobaczyły post z ojcem zakutym w kajdankach.
Meta: To nie nasza wina
Rafał Brzoska nie należy do tych, którzy poddają się bez walki. Najpierw próbował skłonić amerykańską platformę do działania: składał skargi i domagał się usunięcia oszukańczych treści. Kiedy to nie przyniosło skutku, zwrócił się do Urzędu Ochrony Danych Osobowych, a równolegle skierował sprawę do sądu.
Meta przekonuje, że sama jest ofiarą oszustów i ma ograniczone możliwości powstrzymania tego procederu. Brzoska widzi to inaczej. Według jego szacunków koncern może zarabiać w Polsce na fałszywych reklamach 20–30 mln zł dziennie. To oczywiście tylko przybliżenie. Punktem odniesienia są dane opublikowane przez Reutersa, który powołał się na wewnętrzne wyliczenia firmy Marka Zuckerberga. Wynika z nich, że w 2024 roku 10 proc. globalnych przychodów reklamowych koncernu – czyli około 16 mld euro – mogło pochodzić z ogłoszeń oszustów i nielegalnych produktów.
Jeśli te liczby są choćby zbliżone do rzeczywistości, problem wykracza daleko poza walkę z internetowymi naciągaczami. Skuteczne ograniczenie scamów oznaczałoby bowiem uderzenie nie tylko w ich autorów, lecz także w źródło przychodów samej platformy. I właśnie tu pojawia się najbardziej niewygodne pytanie: czy Meta rzeczywiście nie może skutecznie walczyć z oszustwami, czy też ma za mało powodów, by robić to naprawdę skutecznie?
Najwyraźniej podobne wątpliwości miał Sąd Apelacyjny w Warszawie. Wiosną tego roku uznał, że Meta nie jest w tej sprawie biernym pośrednikiem: sama weryfikuje reklamy, pobiera za nie pieniądze i wykorzystuje algorytmy do ich targetowania. A skoro aktywnie uczestniczy w procesie ich dystrybucji, nie może całkowicie uchylać się od odpowiedzialności za ich treść.
Do walki wkracza państwo
Przełomem w tej sprawie wydaje się wspomniany deepfake przedstawiający rzekome aresztowanie szefa InPostu. Tym razem batalia wyszła poza spór przedsiębiorcy z platformą. Ministerstwo Cyfryzacji zażądało od Mety wyjaśnień, a 27 sierpnia zwróciło się do Komisji Europejskiej o nałożenie na koncern kary w wysokości 250 mln euro. KE zapowiedziała, że polskie dowody dołączy do prowadzonego już postępowania wobec Facebooka i Instagrama, który dotyczy przestrzegania Aktu o usługach cyfrowych (DSA).
31 sierpnia stanowisko zajął również Urząd Ochrony Danych Osobowych. Potwierdził, że wizerunek może być daną osobową, a Meta nie może po prostu uchylić się od odpowiedzialności, powołując się na unijne przepisy. UODO wszczął postępowanie wobec Facebook Poland, a ponieważ spółka podlega w tej dziedzinie irlandzkiemu organowi nadzorczemu, zwrócił się do niego o podjęcie decyzji.
Sprawa Brzoski przestaje więc być samotną walką Dawida z Goliatem. Do gry wchodzą państwo i europejscy regulatorzy. Stawką jest już nie tylko los jednego przedsiębiorcy i jego wizerunku, lecz sprawa znacznie większa: czy platformy mogą uchylać się od odpowiedzialności za treści, na których same zarabiają?
Meta odpowiedziała zapowiedzią ostrzejszej weryfikacji reklamodawców w Polsce i wdrożenia nowego systemu opartego na AI. Na razie jednak reklamy nie zniknęły. Brzoska nie zamierza więc czekać na kolejne deklaracje. Chce zmiany prawa: za zmanipulowany przekaz platforma miałaby płacić karę sięgającą 150 proc. przychodu, jaki z niego uzyskała. To już nie jest próba nakłonienia Mety do skuteczniejszej moderacji. To próba zmiany ekonomicznego rachunku, który dziś może sprawiać, że walka ze scamem po prostu się platformie nie opłaca. Kapitulacji Brzoska nie zapowiada.
Od ideałów do imperiów
Spór o fałszywe reklamy dotyka jednak kwestii znacznie szerszej: moralnego bilansu ery big techu. Przez lata technologię przedstawiano jako siłę, która nie tylko zmieni świat na lepsze, lecz także uwolni biznes od chciwości i skostnienia kojarzonych z Wall Street. Wczesna Dolina Krzemowa naprawdę zdawała się wierzyć w ideał „nie czyń zła”, spopularyzowany przez Google. Jej etos wyrastał z wiary w wolność, bezinteresowność i przekonania, że wielkie interesy można prowadzić inaczej niż w garniturach, pod krawatem i według korporacyjnych podręczników.
U progu XXI wieku młodzi założyciele start-upów w T-shirtach i znoszonych sandałach sprzedawali więc coś więcej niż obietnicę cyfrowej rewolucji. Oferowali wizję nowego kapitalizmu: bardziej otwartego, mniej hierarchicznego, wrażliwego na prawa i potrzeby jednostek oraz grup, które tradycyjna gospodarka często pomijała. Garażowe projekty szybko wyrosły jednak na globalne imperia. Wraz z sukcesem przyszły oczekiwania inwestorów, presja giełdy i konieczność nieustannego wzrostu.
Dziś nawet ludzie z wnętrza branży coraz częściej pokazują, jak daleko big tech odszedł od swoich założycielskich ideałów. Frances Haugen, sygnalistka Mety, przekonuje, że w walce o uwagę liczą się przede wszystkim kolejne miliardy użytkowników, coraz więcej reklam i danych, szersze zasięgi i wyższe przychody. Etos ustępuje logice skali.
Buntownicy z Silicon Valley, którzy mieli obalać stary porządek, zbudowali armie prawników, lobbystów i specjalistów od zarządzania reputacją. Dzięki nim mogą skutecznie odpierać krytykę – także ze strony Rafała Brzoski – i bronić swoich interesów metodami zaskakująco podobnymi do tych, przeciw którym kiedyś występowali.
Problem nie sprowadza się tylko do wątpliwych praktyk biznesowych. Giganci technologiczni oferują infrastrukturę, od której zależą dziś administracja publiczna, wojsko i ochrona zdrowia. Państwa, które powinny regulować te firmy, coraz częściej same nie mogą się bez nich obejść. I właśnie w tej zależności kryje się prawdziwa siła teleinformatycznych kolosów.
Fejkowe reklamy, z którymi walczy nasz rodak, to początek długiej listy grzechów współczesnej elity technologicznej i finansowej – od Elona Muska przez Jeffa Bezosa po Marka Zuckerberga. Znajdują się na niej uzależniające aplikacje mobilne, nieprzejrzyste sztuczki finansowe, unikanie podatków, a także cyfrowa inwigilacja, cenzura oraz porozumienia monopolistyczne i wpływanie na wyniki wyborów. Metody bywają różne, cel jeden: zamiana naszej uwagi i danych w pieniądze, z których do nas wracają marne grosze.
Pieniądze kupują polityczny wpływ
Gdyby chodziło tylko o bogactwo, sprawa byłaby prostsza. Wielkie fortuny stają się jednak przepustką do politycznego wpływu. W maju 2019 roku Netflix zagroził, że „przemyśli całą inwestycję” w Georgii, jeśli stan wprowadzi restrykcyjne prawo antyaborcyjne. Przekaz był jasny: jeśli opowiecie się za życiem nienarodzonych, stracicie miejsca pracy. Presja największej wówczas platformy streamingowej i hollywoodzkiego przemysłu nie złamała jednak gubernatora. Ustawę zablokował dopiero federalny nakaz tymczasowy.
Przypadek Georgii pokazuje, że współczesna władza nie musi mieć demokratycznej legitymacji. Mogą ją zastąpić kapitał, miliony użytkowników i groźba wycofania inwestycji. Na tym tle trudno się nie zastanowić, ile może zdziałać pojedynczy człowiek, choćby tak zdeterminowany i sprawny jak Rafał Brzoska. A nawet gdyby znalazł sojuszników dysponujących podobnymi budżetami, prawniczym zapleczem i rozpoznawalnością, wynik takiego starcia wcale nie musi być przesądzony.
Skoro opowieść o Dawidzie i Goliacie nie daje już większej nadziei, warto sięgnąć po inną metaforę: Guliwera, tylko na opak. Nie niewinnego olbrzyma splątanego przez Liliputów, lecz zdeprawowanego giganta, który szarpie się, żeby zerwać nici, jakimi już dawno powinny opleść go państwa i organizacje międzynarodowe – by wreszcie przestał szkodzić nam wszystkim.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Wypróbuj za 1 zł przez miesiąc lub od razu zakup subskrypcję na rok i oszczędź pieniądze.







