W zeszły weekend wydarzyło się coś naprawdę niezwykłego. Jednemu z najbogatszych Polaków, znanemu przedsiębiorcy i innowatorowi puściły nerwy. Nic strasznego nie zrobił – po prostu zamieścił wizualizację wpisu na Facebooku, do której użyto jego wizerunku – w szlafroku w otoczeniu policjantów, zdjęcie wyraźnie sugerowało, że Rafał Brzoska popadł w kłopoty z prawem. Zirytowany innowator, twórca potęgi InPostu, który zrewolucjonizował rynek przesyłek kurierskich, podał następnie do publicznej wiadomości personalia kierownictwa polskiego oddziału firmy Meta, czyli właściciela Facebooka. Wzburzony zarzucił im zarabianie grubych pieniędzy na oszustwach i fake newsach.
To już nie pierwszy raz, gdy Brzoska idzie na wojnę z serwisami społecznościowymi. Ponieważ jest znany i szanowany jako biznesmen, jego wizerunek często bywa wykorzystywany w oszukańczych reklamach czy skandalizujących wpisach. Cel jest jeden – albo zachęcić ludzi do jakichś niepewnych inwestycji finansowych – piramid czy zwykłych oszustw, czy też by zwabić na jakieś podejrzane strony użytkowników internetu, dzięki czemu ich właściciele mogą zarobić na wyświetlaniu reklam. Gdy za pierwszym razem perswazja nie pomogła, Brzoska poszedł do sądu. W 2024 r. sąd wydał zabezpieczenie jego powództwa i zabronił serwisowi Meta publikowania reklam zawierających wizerunek Brzoski i jego żony Omeny Mensah. Później na podobnym stanowisku stanął Urząd Ochrony Danych Osobowych i również zakazał Mecie na pewien czas publikacji wizerunków małżeństwa celebrytów.
Decyzje sądów i urzędów sobie, ale rzeczywistość sobie. I znów pojawił się opisany wyżej wpis czy reklama. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Serwisy społecznościowe mają wpływ na życie miliardów ludzi na ziemi. Zmieniły sposób, w jaki poznajemy świat, w jaki dowiadujemy się, co się dzieje, teraz najczęściej właśnie z serwisów dowiadujemy się o wydarzeniach politycznych, wojnach, konfliktach, zawartych pokojach, a także plotek z życia gwiazd czy celebrytów. Choć w zamierzeniu miały być narzędziem wymiany myśli, zdjęć, przyjemnym sposobem spędzania czasu (założyciel Facebooka Mark Zuckerberg mówił nawet o marnowaniu tego czasu na jego serwisie), szybko zmieniły się w potężne narzędzie polityczne. To one stały się pierwszym źródłem informacji, ale także miejscem bezprecedensowego rozprzestrzeniania się dezinformacji czy nawet zwykłych kłamstw.
A równocześnie wszystkie platformy (bo dotyczy to również innych usług, od TikToka, X – czyli dawniej Twittera, czy YouTube’a) są przede wszystkim prywatnymi firmami, których głównym celem jest po prostu zarabianie pieniędzy. I to zarabianie pieniędzy nie zawsze w sposób etyczny, a nawet zgodny z prawem. Bo serwisy żyją przede wszystkim z tego, że profilują swoich odbiorców pod kątem najrozmaitszych cech – od wieku, płci, stanu majątkowego, zainteresowań, po ulubioną muzykę, filmy itp. – by następnie lepiej trafiać do użytkowników z reklamami. Na tym właśnie polegają słynne algorytmy, one „przeliczają” wiedzę o naszych upodobaniach i czasie spędzonym na oglądaniu informacji, zdjęć, filmików na pieniądze od reklamodawców. Platformy społecznościowe są takim wielkim telebimem reklamowym, który ma za zadanie jak najdłużej skupić naszą uwagę, by wyświetlić nam jak najwięcej reklam.
I dopóki to się nie zmieni, będziemy wobec nich bezradni. Tak jak bezradny okazał się nawet jeden z najbogatszych Polaków.
Po stronie człowieka. Po stronie Ewangelii.
Rozpocznij od 14 dni bezpłatnego dostępu lub zakup subskrypcję od razu na rok i oszczędź pieniądze.







