„Małpi proces” wciąż budzi echa

Wyrok, jaki zapadł sto lat temu w amerykańskim miasteczku, stał się punktem odniesienia światopoglądowych sporów, które do dziś ekscytują opinię publiczną Stanów Zjednoczonych.
Czyta się kilka minut
Clarence Darrow (drugi od lewej) i John Scopes (trzeci od lewej) podczas „małpiego procesu” w 1925 r. | fot. Bettmann Archive/Getty Images
Clarence Darrow (drugi od lewej) i John Scopes (trzeci od lewej) podczas „małpiego procesu” w 1925 r. | fot. Bettmann Archive/Getty Images

Wszechświat ma 14 miliardów czy tylko sześć tysięcy lat? Człowiek rozumny jest efektem rozłożonej na ery ewolucji gatunków, czy też został stworzony przez Boga w jednej chwili, jak głosi Pismo Święte: w szóstym, ostatnim dniu tworzenia świata? Te pytania, które przeciętny Europejczyk kojarzy ze sporami zakończonymi w epoce Oświecenia, w USA do dzisiaj rozpalają umysły milionów obywateli. Spora część z nich nadal wierzy, że ogłoszona w 1858 r. teoria ewolucji Darwina jest fałszem, zaś jej nauczanie i promowanie to nie tylko obraza Boga, lecz także… nauki.
Być może kwestia ta byłaby dziś nieistotna, gdyby nie proces sądowy, jaki wiosną i latem 1925 r. toczył się w powiatowym miasteczku Dayton w stanie Tennessee. Po jego zakończeniu i ogłoszeniu werdyktu sędziego Ameryka nie była już tym samym krajem co przedtem. I to nie tylko z powodu kontrowersji wokół teorii ewolucji. Ale o tym za chwilę.

Sam się prosił o oskarżenie
Południowe stany USA, w kontraście do wielkich metropolii Wschodniego Wybrzeża, uważane były zawsze za bastion konserwatyzmu, opartego na dosłownym odczytywaniu Biblii. Owe tendencje szczególnie silne były, i są nadal, w środowiskach tamtejszych baptystów i prezbiterian. To Ameryka „małych miasteczek”, pobożnych i nieufnych wobec nowinek, jakie napływają z Nowego Jorku czy Waszyngtonu.
Niedługo po zakończeniu I wojny światowej w stanach Południa pojawił się ruch, mający na celu zahamowanie szerzenia wszelkich odmian światopoglądu laickiego, który według tamtejszych konserwatystów sprzeciwiał się woli Boga. Zrozumiałe, że szczególnie wrażliwym odcinkiem tego ideologicznego frontu była edukacja, żadna bowiem ze stron konfliktu nie chciała rezygnować z wpływu na młodzież. Na tejże fali z początkiem 1925 r. stan Tennessee wprowadził zakaz nauczania w szkołach teorii ewolucji. Północ odebrała to jako policzek wymierzony wszystkim racjonalistom. Gdy lokalny biznesmen z Dayton, planując rozsławienie swojego miasteczka, zaproponował kilku nowojorskim prawnikom i dziennikarzom doprowadzenie do sądowego procesu orzekającego o prawdziwości lub fałszu poglądów Darwina, ci od razu zwietrzyli okazję. „Małpi proces”, jak go potem nazwano, był więc owocem prowokacji.
Jego bohater, młody nauczyciel w miejscowej szkole nazwiskiem John Scopes, bynajmniej nie wyrywał się do boju. Nawet nie nauczał w klasie teorii ewolucji, raz tylko pokazał uczniom tabelę z podręcznika, na której wyrysowano drogę od prymitywnych ssaków do Homo sapiens. Nowojorczycy przekonali go jednak, że w imię naukowej prawdy oraz przyszłej sławy warto postawić się stanowemu prawu. Scopes ogłosił więc publicznie, że nauczał młodych mieszkańców Dayton teorii ewolucji, przez co automatycznie postawiony został w stan oskarżenia przez stan Tennessee.
To niespotykany przypadek w historii sądownictwa, gdy oskarżony wcześniej zabiegał o to, by oskarżył go sąd. Scopes, jak się później okazało, sam instruował swoich uczniów, jakie „oskarżycielskie” kwestie mają wygłaszać na sądowej sali.

Ośmieszone Południe
Rzecz w tym, że proces w Dayton był pierwszym w amerykańskiej i światowej historii procesem relacjonowanym na bieżąco przez media. Największe dzienniki wydelegowały do miasteczka swoich korespondentów, stacje radiowe umieściły w tamtejszym sądzie swoje mikrofony. Co więcej, miejscowe strony oskarżenia i obrony, korzystając z obowiązującego w USA prawa, wynajęły jako swoich „surogatów” (zastępców) najlepszych amerykańskich prawników. Prokurator William Jennings Bryan był kilkakrotnym kandydatem partii demokratycznej do urzędu prezydenta, zaś adwokat Clarence Darrow uchodził za jednego z najbardziej błyskotliwych nowojorskich obrońców. W istocie to ci dwaj byli głównymi antagonistami procesu, a ich walce przysłuchiwały się na żywo miliony radiosłuchaczy.
Teoria Darwina nie głosi co prawda, że człowiek pochodzi od małpy, lecz deklaruje, iż małpa i człowiek mieli wspólnego przodka. Jednak w popularnym odbiorze proces w Dayton miał rozstrzygnąć, „czy pochodzimy od małpy”. Dlatego nazwano go „małpim procesem”. Nazwa efektowna, a i treść obrad daleka była od schematu nudnego prawniczego wywodu. Postarał się o to Darrow, znany z ostrego języka, który swoje mowy okraszał bardziej lub mniej dowcipnymi epitetami, skierowanymi ku konserwatywnym przeciwnikom. W pewnym momencie adwokat doprowadził na krzesło świadka samego Bryana, prokurator uchodził bowiem za znawcę Biblii.
– Czy wierzy pan, że został stworzony przez Boga? – zapytał go Darrow.
– Tak, oczywiście, skoro On nas stworzył na swój obraz i podobieństwo – odpowiedział nieco zaskoczony prokurator. Adwokat spojrzał z ukosa na schorowanego i rzeczywiście niezbyt efektownie prezentującego się antagonistę.
– Mam jednak nadzieję, że Bóg wygląda trochę lepiej od pana.
Podobne bon moty rozśmieszały do łez ludzi przed radioodbiornikami. Amerykańska Północ zaczęła wyśmiewać Południe, nazywając jego mieszkańców zacofańcami i „czerwonymi karkami”. Na trawniku przed budynkiem sądu pojawił się nawet tresowany szympans. Przywieziono go z Nowego Jorku. Owe stereotypy, rozpowszechnione w masowej skali przez media, do dziś pokutują w amerykańskiej opinii publicznej.

Kreacjoniści vs ewolucjoniści
Mimo całej swojej elokwencji Darrow nie przekonał ławy przysięgłych, złożonej z mieszkańców Dayton. 21 lipca sędzia ogłosił wyrok: nauczyciel Scope, jako winny złamania stanowego prawa, zapłaci grzywnę w wysokości stu dolarów. To równowartość dzisiejszych dwóch tysięcy. Grzywnę tę uchylił niebawem sąd stanowy, podtrzymując jednak sentencję wyroku.
Precedens „małpiego procesu” ośmielił inne stany Południa do walki z ewolucjonistami. Po II wojnie światowej, kiedy wpływy laicyzacji zaszły już bardzo daleko, nie sposób było już jednak walczyć wprost z poglądami, które jednoznacznie potwierdzała nauka. Nawet stan Tennessee zmuszony był w 1967 r. odwołać prawo, na mocy którego skazano Scope’a. Przeciwnicy ewolucjonistów zmienili więc taktykę: przestali powoływać się na Biblię, skoro ta od czasu procesu w Dayton przestała funkcjonować jako dowód sądowy. Stworzono pseudonaukę, która głosi, że świat został stworzony w jednym, krótkim momencie. Jej zwolenników nazwano kreacjonistami.
W 1981 r. w Little Rock w stanie Arkansas toczył się na tym tle proces o podobnym rozdźwięku jak proces w Dayton. Proces ten jednak kreacjoniści przegrali. Decydującym argumentem było tutaj stwierdzenie, iż przeciwnicy teorii ewolucji, pod pozorem naukowej teorii, uprawiają protestancki prozelityzm, usiłując swoje religijne poglądy narzucić wszystkim obywatelom USA. W 1987 roku Sąd Najwyższy ostatecznie zakazał głoszenia teorii kreacjonistycznych w szkołach.
Mimo to kreacjonizm, w jego łagodniejszej, a zatem legalnej formie, nadal jest nauczany w części szkół publicznych stanów Tennessee i Luizjany. Kwestionowanie teorii ewolucji nadal jest na Południu popularne. W stanie Missisipi, jak pokazują sondaże, czyni tak nawet większość obywateli.

Ciemna strona teorii ewolucji
Podręcznik, z którego korzystał Scope, to Biologia obywatelska pióra Williama Huntera. Autor przedstawiał tam rozwój poszczególnych ludzkich ras jako rywalizację tych „wyższych” nad „niższymi”. Oczywiście najwyższą była rasa biała – czyli Amerykanie. Hunter (po angielsku: myśliwy) opowiadał się nadto za izolowaniem, w imię postępu, ras niższych, aby ich przedstawiciele nie mnożyli się i nie psuli krwi doskonalszym rodzajom człowieka.
Podobne poglądy nie były niczym szokującym w nauce jeszcze w latach 20. XX wieku. Jednak, jak się okazało, utorowały one drogę rasizmowi Hitlera i apartheidowi w RPA. To ciemna strona teorii ewolucji, głoszonej w praktyce.
 

Cały artykuł przeczytasz z aktywną subskrypcją

Odblokuj ten tekst i czytaj cały „Przewodnik Katolicki”.

W subskrypcji otrzymujesz dostęp do:

- wszystkich wydań on-line papierowego „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich wydań online dodatków i wydań specjalnych „Przewodnika Katolickiego”;

- wszystkich płatnych treści publikowanych na stronie „przewodnik-katolicki.pl”.

Subskrybuj, pogłębiaj perspektywę i inspiruj w rozmowach.

Subskrypcja roczna

pk-produkt

Jeśli już znasz „Przewodnik Katolicki”, wykup subskrypcję by uzyskać dostęp do wszystkich treści z nowych numerów, numerów archiwalnych oraz całkowicie unikalnych treści publikowane jedynie w internecie.

Koszt rocznej subskrypcji  przy płatnościach miesięcznych to 239 zł. Przy płatności z góry za rok otrzymasz 25% rabat. Oszczędzasz 66 zł.

↺ Automatyczne odnowienie płatności; rezygnuj kiedy chcesz!

 

172,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru 30/2025