Logo Przewdonik Katolicki

Bez jednej jaskółki wiosna też zawita

ks. Artur Stopka
Ks. Jan Macha z dziadkiem Tomaszem, rodzicami i rodzeństwem w dniu prymicji fot. ksmacha.pl

To wyjątkowy rok w Polsce. Aż trzy beatyfikacje. Do beatyfikowanych matki Róży Czackiej i kard. Stefana Wyszyńskiego już wkrótce dołączy młody śląski ksiądz – Jan Macha.

Jego siostra, Róża, we wspomnieniu o nim napisała, że w dniu swoich prymicji, 27 czerwca 1939 r., zanim włożył szaty liturgiczne, chodził zamyślony po pokoju. Koledzy pytali go, nad czym tak myśli. „Dziś jest dla mnie taki dzień, że trzeba o wszystkim pomyśleć. Myślę o śmierci. Wiecie, co wam powiem, że ja naturalną śmiercią nie umrę” – odpowiedział i dodał: „Tak, zobaczycie, ani od kuli, ani od powieszenia, zobaczycie”. Róża zapamiętała, że w pokoju nastała cisza. Choć siostra była w sąsiednim pomieszczeniu, wszystko dobrze słyszała. „Aż się przeraziłam” – wspominała po latach. Jej brat, ks. Jan Franciszek Macha, został zgilotynowany. Zginął 3 grudnia 1942 r. w Katowicach w tamtejszym więzieniu. Miał 28 lat.
Niespełna pięć miesięcy wcześniej, 17 lipca, przez niemiecki nazistowski sąd został skazany na śmierć. W liście do najbliższych, pisanym w kwietniu 1942 r., informował: „Jestem oskarżony, że działając jako Polak powagę oraz dobro niemieckiego narodu i państwa poniżyłem i szkodziłem im, podejmując działanie oderwania obszaru do Państwa Niemieckiego należącego, co kwalifikuje się jako zdrada stanu”. Wyrok przyjął spokojnie. Do brewiarza włożył kartkę „Macha Johann zum Tode verurteilt den 17 VII 42” (Macha Jan skazany na śmierć 17 VII 42) oraz modlitwę do Chrystusa o miłość, w której napisał „Oddaję się Jemu z całą moją osobowością”.

Mówili na niego „Hanik”
Kim był katolicki ksiądz, którego hitlerowcy zaledwie trzy lata po święceniach skazali na śmierć? Co zrobił, że postawiono mu tak poważny zarzut? Dlaczego wyrok wykonano, mimo usilnych starań nie tylko rodziny, ale urzędującego wówczas w katowickiej kurii wikariusza generalnego ks. Franza Wosnitzy o ułaskawienie i zamianę kary na więzienie?
Między innymi dzięki wspomnianej już siostrze Róży wiadomo, że w domu rodzinnym mówiono na niego „Hanik”. Urodził się w Chorzowie Starym 18 stycznia 1914 r. Dwa dni później na chrzcie otrzymał imiona Jan Franciszek. Był pierworodnym synem Pawła i Anny z domu Cofałka. „Hanik” to zdrobnienie od „Hanys”, śląskiej wersji imienia Jan, używanej wciąż również na określenie rdzennych mieszkańców Górnego Śląska.
Miał troje rodzeństwa. Wspomnianą już siostrę Różę, drugą siostrę – Marię oraz brata Piotra. Podczas nauki w Państwowym Gimnazjum Klasycznym w Królewskiej Hucie (Chorzów) z drużyną szczypiornistów Klubu Sportowego „Azoty” zdobywał puchary. Był członkiem Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży w Chorzowie. Maturę zdał w roku 1933.

Nie zrezygnował
„Jak zdał maturę, zgłosił się do Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie, ale właśnie w tym roku było zbyt dużo kandydatów i Hanik nie został przyjęty” – można przeczytać we wspomnieniach Róży. Zaczął więc studiować prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, ale nie zrezygnował z kapłaństwa. Po roku znów zgłosił się do śląskiego seminarium i tym razem został przyjęty. Po sześciu latach studiowania teologii uzyskał tytuł magistra na podstawie pracy poświęconej jego rodzinnej parafii. Nosiła tytuł Monografia parafii Marii Magdaleny w Chorzowie i była tak obszerna oraz znakomicie udokumentowana, że komisja uniwersytecka doradziła mu, żeby zgłosił się za dwa lub trzy lata, aby resztę pracy uznać za pracę doktorską.
Święcenia kapłańskie Jan Macha przyjął 25 czerwca 1939 r. z rąk bp. Stanisława Adamskiego w kościele pw. Świętych Piotra i Pawła w Katowicach. Dwa dni później odprawił Mszę św. prymicyjną w kościele św. Marii Magdaleny w Chorzowie Starym. „Kościół był bardzo ładnie przystrojony, wstęgi biało-żółte, które zwisały z góry kościoła, jedna miała 18 m, a było ich 10. Wstęgi te zakupiła i szyła moja Mama. Takiej dekoracji jeszcze nie było. Rodzice siedzieli na krzesłach przed balaskami, ja z bratem i dziadkiem po drugiej stronie i Prezydent Miasta Chorzowa” – zapamiętała jego siostra Róża. Na obrazku prymicyjnym umieścił słowa „Pan mój i Bóg mój”. Te same, które wypowiedział św. Tomasz Apostoł, gdy ujrzał Zmartwychwstałego Jezusa.

Zbierał datki dla ofiar
Początkowo po święceniach ks. Jan pomagał w swojej rodzinnej parafii. Już po wybuchu II wojny światowej, 10 września 1939 r., został wikariuszem w parafii św. Józefa w Rudzie Śląskiej. Szybko zorientował się, jak trudna jest sytuacja wielu polskich rodzin, w tym rodzin byłych powstańców śląskich, w których ojcowie i synowie zostali aresztowani, rozstrzelani lub wywiezieni do obozów koncentracyjnych. Postanowił zorganizować dla nich pomoc, zarówno materialną, jak i duchową. „Utworzyli grupę młodych i pomagali tym rodzinom. Hanik chodził po ludziach zamożniejszych i prosił o pomoc” – krótko ujęła to jego siostra Róża.
Historycy dodają więcej szczegółów. Zwracają uwagę, że ks. Macha został stracony jako członek polskiej podziemnej organizacji. Jednak istotą jego działań nie była walka, ale praca charytatywna. Jak można przeczytać w poświęconych mu materiałach, udostępnionych m.in. przez Katolicką Agencję Informacyjną, impulsem do aktywności konspiracyjnej były odwiedziny kolędowe w parafii pw. św. Józefa w Rudzie Śląskiej. Jego kolega rocznikowy ks. Konrad Szweda wspominał po latach, że budził się w nim „franciszkański duch jałmużnika. Wyciąga rękę i zbiera datki dla ofiar wojny. Sam zanosi zapomogi, pociesza matki i biedne dzieci”.

Otrzymała pseudonim „Konwalia”
Razem z grupą pomocników rozszerzył akcję dobroczynną na całą okolicę. Z badań wynika, że przyjęła ona później formę konspiracji zainicjowanej przez prefekta Śląskiego Seminarium Duchownego w Krakowie ks. Józefa Rzychonia CM. To on założył w Rudzie Śląskiej inspektorat rudzko-chorzowski Polskiej Organizacji Zbrojnej, na której czele stanął ks. Macha. Z dostępnych materiałów wynika, że ks. Rzychoń skontaktował ks. Machę z klerykiem Joachimem Gürtlerem. W grupie działali głównie harcerze, wychowankowie gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki w Rudzie Śląskiej.
Istniejąca w Rudzie Śląskiej placówka POZ otrzymała pseudonim „Konwalia”, jednak zdaniem historyków z działalnością wojskową miała niewiele wspólnego. Ksiądz Macha był odpowiedzialny za tzw. opiekę społeczną. Obejmowała łącznie około dziesięciu miejscowości. Według szacunków badaczy w kręgu oddziaływania „Konwalii” mogło się znaleźć nawet kilka tysięcy ludzi, zarówno organizujących pomoc, jak i potrzebujących wsparcia. W niektórych publikacjach pojawia się liczba czterech tysięcy samych wolontariuszy.

Nie stawiał oporu
Prowadzona przez ks. Jana Machę i jego współpracowników działalność nie uszła uwadze Niemców. Był śledzony przez policję. Dwa razy Gestapo wzywało go na przesłuchania. Jedno z nich miało miejsce w Zabrzu w Zielone Świątki 1941 r. Brakowało jednak dowodów na jego podziemną działalność.
Dopiero gdy w piątkowe popołudnie 5 września 1941 r. wracał wraz z dwoma ministrantami z księgarni w Katowicach, w której odebrał paczki z zamówionymi katechizmami, został zatrzymany na dworcu kolejowym. Jeden z tych ministrantów, Jan Hajduga, twierdzi, że wszystko toczyło się bez słowa, a ks. Macha nie stawiał oporu.
Jak wynika z grypsów przesłanych przez kleryka Joachima Gürtlera, którego aresztowano niedługo po zatrzymaniu ks. Machy, był on torturowany i upokarzany. Jego ciało było „czarne jak węgiel” od bicia i kopania, przesłuchujący drwili z Boga, religii, kapłaństwa. Ksiądz Jan się jednak nie załamał. Podtrzymywał innych na duchu, dużo się modlił, prosił Boga o wybaczenie dla prześladowców. Postulator procesu beatyfikacyjnego, ks. Damian Bednarski, zwrócił uwagę w wywiadzie dla KAI, że jeden z gestapowców widząc, iż ks. Jan nie pomstuje na znęcających się nad nim oprawców, lecz napisał modlitwę, w której prosił Boga, by mu wolno było stanąć u wrót nieba razem ze swym prześladowcą, powiedział o nim: „To jest albo święty, albo idiota!”.

W dobrej wierze pomagałem
Choć postawiono mu bardzo ciężki zarzut, z listów do rodziny wynika, że ks. Macha nie spodziewał się wyroku skazującego. W jednym z nich napisał, że zaplanowana na 17 lipca 1942 r. rozprawa odbędzie się w „piątek, a więc w dzień poświęcony Sercu Jezusowemu, które w moim życiu tak często mi pomagało, tak teraz też mi pomoże”. I dodał: „Kochany Zbawca wie, że ja w dobrej wierze pracowałem i pomagałem”.
Podczas rozprawy adwokatowi odebrano prawo głosu. Ksiądz Macha sam wygłosił trwającą półtorej godziny mowę obronną. Przekonywał, że jako kapłan czynił wszystko na wzór Jezusa. Historycy ustalili, że przez cały czas trwania rozprawy ks. Jan nie otrzymał nic do jedzenia i picia. Rodzinie, która przez cały czas czuwała na korytarzu, nawet w czasie przerwy nie pozwolono zbliżyć się do niego.
Cztery dni po rozprawie w liście do najbliższych ks. Jan Macha napisał, że najpierw chce im podziękować za wszystko, za „wielką ofiarność”, jaką dla niego mieli. „Niech Wam za to kochany Bóg wynagrodzi”. Jak jest ciężko z życiem się żegnać, ale jeżeli to wola Boga, to trzeba się zgodzić. Najbardziej mnie to boli, że ja nie mogę Wam podziękować za wszystko, co żeście dla mnie w moim życiu zrobili”. Sam był zaskoczony tym, w jaki sposób przyjął wyrok skazujący. „Nie myślałem, że ten wyrok tak spokojnie na mnie wpłynie i ze spokojem czekam na stracenie”. W kolejnych listach również znalazło się wiele słów wdzięczności, spokoju, próśb o modlitwę i dowodów ufności wobec Boga.

Idę przed Wszechmogącego
Jaki był ks. Jan Macha, dobrze pokazuje jego ostatni list do rodziny, pisany cztery godziny przed śmiercią. „Zostańcie z Bogiem! Przebaczcie mi wszystko! Idę przed Wszechmogącego Sędziego, który mnie teraz osądzi. Mam nadzieję, że mnie przyjmie. Moim życzeniem było pracować dla Niego, ale nie było mi to dane. Dziękuję za wszystko! Do widzenia tam w górze u Wszechmogącego”. Jest też w nim prośba, związana z tym, że nie może mieć pogrzebu (jak podaje ks. Joachim Besler, ówczesny kapelan katowickiego więzienia, ciała skazańców były palone w Auschwitz). Ksiądz Macha prosił, aby na cmentarzu urządzić poświęcone mu miejsce, aby ktoś go „wspomniał” i się za niego pomodlił. „Umieram z czystym sumieniem. Żyłem krótko, lecz uważam, że cel swój osiągnąłem. Nie rozpaczajcie! Wszystko będzie dobrze. Bez jednego drzewa las lasem zostanie. Bez jednej jaskółki wiosna też zawita, a bez jednego człowieka świat się nie zawali” – napisał młody, liczący zaledwie 28 lat, kapłan.
Proces beatyfikacyjny ks. Jana Machy został rozpoczęty 24 listopada 2013 r. Niespełna rok później, 4 września 2014 r. zakończony został jego etap diecezjalny. Akta trafiły do Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych w Rzymie. 28 listopada 2019 r. papież Franciszek podpisał dekret o jego męczeństwie, otwierając drogę do beatyfikacji, która została wyznaczona na 17 października 2020 r. Z powodu pandemii termin został przesunięty na 20 listopada br. 

Korzystałem z materiałów ze strony www.janmacha.gosc.pl, www.ksmacha.pl, Katolickiej Agencji Informacyjnej oraz z internetowej Encyklopedii wiedzy o Kościele katolickim na Śląsku www.silesia.edu.pl

Komentarze

Zostaw wiadomość

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki