Logo Przewdonik Katolicki

Nieludzkie przebaczenie

ks. dr Mirosław Tykfer

Jeśli do Boga naprawdę możemy się upodabniać, to na pewno przez przebaczenie. Stąd jego wyjątkowość, wręcz nieludzka boskość. Wymaga bowiem wiary w to, co niemożliwe.

Zagadkowość przebaczenia ujawnia się najbardziej wtedy, gdy zadajemy sobie pytanie: czy w konkretnej relacji rzeczywiście przebaczyłem? Co to tak naprawdę oznacza: zapomniałem, że coś złego się stało? Żyję tak, jakby nic się nie wydarzyło? Co znaczy przebaczenie, jeśli ten drugi nie uznał swojej winy albo nie w pełni: czy można żyć tak, jakby nic się nie stało i w tej relacji pozostać z poczuciem całkowitego spokoju? Czy jest możliwe zapomnienie słów i czynów, które głęboko zraniły?
Bardzo wiele osób przychodzących do konfesjonału stawia sobie takie właśnie pytania i równie często nie umie na nie odpowiedzieć. Z tego powodu nie potrafią oni w zgodzie z sumieniem przyjmować Komunii. Ale to nie znaczy, że są skrupulantami. Są ludźmi świadomie przeżywającymi swoją relację z Bogiem w ścisłym połączeniu z miłością bliźniego. „Jeśliby ktoś mówił: Miłuję Boga, a brata swego nienawidził, jest kłamcą, albowiem kto nie miłuje brata swego, którego widzi, nie może miłować Boga, którego nie widzi” – pisze św. Jan. Odpowiedź na pytanie o to, czym rzeczywiście przebaczenie jest, okazuje się więc kluczowe dla budowania relacji nie tylko z ludźmi, ale też z Bogiem. Jest istotą duchowego rozwoju.
 
Paradoksy przebaczenia
Żeby trudność i zarazem szansę, jaką niesie przebaczenie lepiej pokazać, odwołam się do przykładu. Opowiadanie jest prawdziwe. Opisywane tu zdarzenia miały miejsce kilkadziesiąt lat temu w Berlinie. Pewien mężczyzna po kilku latach małżeństwa pozostawił swoją żonę. Ta, po rozstaniu, z nikim się nie związała. Po kilkunastu latach prób również ów mężczyzna pozostał sam. Nie udało mu się stworzyć żadnego trwałego związku. W końcu znalazł się w bardzo trudnej sytuacji: zachorował i potrzebował opieki. Na ulicy przypadkiem spotkał swoją żonę, podszedł i poprosił, aby go przyjęła do swojego domu. Ta, długo się zastanawiała, ale w końcu powiedziała „tak”.
Niezwykłość tej historii ujawnia prosta scena, którą „marnotrawny” mąż opisuje już po zamieszkaniu ze swoją żoną: siedzę w dużym pokoju i zaglądam ukradkiem do kuchni, ona tam jest, gotuje dla mnie… to jest takie proste… łzy napływają mi do oczu, nie umiem zrozumieć tej miłości… ale w tym samym momencie, kiedy tę miłość podziwiam, to właśnie ona, moja żona, jej piękna dusza, staje się dla mnie „niemiłosiernym” zwierciadłem, które odkrywa mnie samego przede mną samym, oskarża mnie o haniebną niewierność.
Przykład jest o tyle sugestywny, że tworzy bardzo ciekawe paradoksy. Pierwszym jest wierność żony, której przebaczenie nie polegało na wymazaniu przeszłości, ale na decyzji, aby przeszłość nie zasłoniła miłości. Było ono krzyżem, który ona świadomie nosiła latami: kochała tego, który ją zdradził. Miała prawo nieraz płakać czy nawet krzyczeć, miała prawo nieustannie przypominać sobie, że jest sama z jego powodu. Nieustannie podejmowała jednak na nowo tę jedną kluczową decyzję: nie nawiązać intymnej relacji z innym mężczyzną.
Paradoks polega na tym, że właśnie brak zapomnienia stawał się wezwaniem do wciąż większej miłości: im bardziej cierpiała z powodu opuszczenia, tym bardziej czuła się wezwana, aby nie odpowiadać złem na zło, zdradą na zdradę. Przyjęła na siebie zło, którego autorem był jej mąż.
 
Miłość daje szansę
Czy nie tak właśnie zrobił Chrystus? Czy wisząc na krzyżu, próbował przed sobą udawać, że nic złego się nie dzieje? Czy później rzeczywiście zapomniał o tym, co Mu zrobiono, jeśli zaledwie kilka dni później, już po zmartwychwstaniu, pokazał uczniom swoje rany i przebity bok? Nie, nie zapomniał. Nie był jednak pamiętliwy, nie wypominał, nie pokazywał Tomaszowi niedowiarkowi swoich ran, żeby go oskarżyć. Niewierność i zdrada Jego uczniów, Jego narodu i ostatecznie jakoś całej ludzkości, stały się okazją do największej możliwej miłości: przebaczenia polegającego na przyjęciu na siebie zła, które należało się winowajcy. Dlatego wobec Tomasza Jezus nie staje jako oskarżyciel, ale jako miłosierny Pan i wzywa go do wiary w bezgraniczną i darmową miłość Boga.
Wzięcie na siebie zła nie było naiwnym powiedzeniem: róbcie ze mną, co chcecie. Na drodze krzyżowej zapytał retorycznie żołnierza: dlaczego mnie bijesz? Jezus przyjął jednak zło na siebie w momencie, w którym nie mógł się już obronić. Nie odpowiedział przemocą na przemoc. Gdy przyszli po Niego do Ogrodu Oliwnego, On kazał schować Piotrowi miecz i uzdrowił człowieka, któremu ten odciął ucho.
W świetle tej Ewangelii należy odczytywać postawę kobiety z Berlina. W jej historii nie było bowiem nic z naiwnego pacyfizmu. Nie musiała niczego udawać: ani wtedy, gdy była porzucona, ani potem, gdy na nowo przyjęła swojego męża. Nie musiała trudnego tematu w rozmowach sztucznie omijać. Choć nie mogła też nieustannie do niego wracać, jakby chciała zamiast przebaczającej miłości, stawiać go nieustannie pod pręgieżem wypominania. Co byłoby de facto bardziej wysublimowaną formą, ale jednak brakiem przebaczenia, byłoby odpowiadaniem złem za zło. Jej natomiast przebaczenie było po prostu wiernością, niewykluczaniem swojego męża z historii jej życia. Nawet po tym wszystkim, co jej zrobił.
Czy wszystkich musi być stać na taki heroizm? Czy przebaczenie jest tylko tam, gdzie kochający i wierny małżonek gotowy jest zamieszkać ze swoim oprawcą? Wiem, że czasami separacja jest jedynym rozwiązaniem. Przynajmniej na pewien czas. Wiem, że czasami zranienia są tak duże, że blokują emocje na całe lata. I nawet jeśli mąż czy żona nie życzy drugiemu źle, to nie potrafi z nim żyć. Wiem, że trudności w przebaczeniu, polegającym na daniu szansy przez dosłowne przyjęcie drugiego do domu, mogą być tym większe, im większy był zakres zadanego bólu. To wszystko wiem, także z własnego doświadczenia. Przebaczenie nie musi oznaczać dokładnie tego, o czym opowiada berlińska historia. Jest jednak zawsze decyzją, aby nie odpowiadać złem na zło. Jest życzeniem drugiemu dobrze, a nawet modlenie się za tę osobę. Nie tylko o jej nawrócenie czy pojednanie, ale właśnie o jego dobro.
 
Czułość wobec wrogości
Szczytem przebaczenia jest coś więcej. Podczas jednej z homilii na Wielki Piątek Benedykt XVI powiedział, że miłość Chrystusa z krzyża nie była tylko agape, nie wyrażała jedynie oddania się w ofierze. Była jeszcze, i przede wszystkim, miłością eros, czyli taką, która wyraża pragnienie kochającego, aby zjednoczyć się z osobą ukochaną. Musimy to dobrze zrozumieć: eros obecny w literaturze greckiej przywoływany był bowiem głównie w kontekście miłości erotycznej, wiążącej ludzi między sobą fizycznie. W swojej istocie eros jest jednak czymś więcej, jest najgłębszym uczuciem przyjaźni, pragnieniem bliskości. Jest znakiem niepełności jednej osoby bez drugiej. Nie zawsze w znaczeniu fizycznym, ale na pewno na poziomie wspólnie przeżywanych emocji.
Jeśli taka była miłość Chrystusa Ukrzyżowanego, to zaczynamy rozumieć źródło siły, które pozwoliło Mu się modlić: przebacz im, bo nie wiedzą, co czynią. Tylko że taka miłość jest już rzeczywiście heroiczna. Ale i ona jest możliwa. Nawet jeśli wydaje się pozornie nieludzka. Jezus powiedział przecież swoim uczniom ­– nie wszystkim swoim słuchaczom, nie przypadkowym przechodniom, ale właśnie im, tym bliskim – żeby kochali się wzajemnie tak, jak On ich umiłował. Pokazał, że powtarzanie Jego drogi krzyża nie jest poza zasięgiem ludzkich zdolności. Może nie w takiej intensywności, z jaką Jezus przeżywał odrzucenie ze strony całej ludzkości. Tego nikt z nas by nie wytrzymał. Możliwa jest jednak przebaczająca miłość w tym zakresie, jaki jest nam konkretnie dany w osobach, które spotykamy. A polega ona na tym, aby nie tylko nie życzyć komuś źle i nie tylko, aby się za niego modlić, ale aby być gotowym do przyjęcia go na nowo z czułością do własnego życia. Tak, z czułością. Taki jest szczyt przebaczania.
 
Dojrzewanie do radości
Bardzo długa droga dojrzewania w miłości czeka tych, którzy chcą tak przebaczać. Wymaga ona intensywnego trwania blisko Boga, źródła miłości. Stąd zachęta Jezusa: trwajcie we Mnie, a ja będę trwał was; beze mnie nic nie możecie uczynić. Bliskość z Bogiem, jednoczenie się z Chrystusem opuszczonym na krzyżu, jest źródłem miłości „nieludzkiej”, takiej, która kocha mimo krzywdy i odrzucenia. Jest też źródłem stopniowej przemiany serca, jego zranionych uczuć. Bo paradoksalnie w miejscu ran rodzi się nowe pragnienie bycia razem. Ci bowiem, którzy drogą przebaczenia rzeczywiście idą, smakują nowej jakości życia, takiego, którego świat konkurencji i odwetu nigdy nie pozna. Żyją niewytłumaczalnym paradoksem serca: im bardziej cierpią wierni w miłości, tym bardziej kochają. Wierzą, że ta miłość ma sens. Czują smak, jaki nadaje ona życiu. „Przebaczający stają się bogami” – mówiła Chiara Lubich. Nawet więc jeśli osoba, która zraniła, nie uznała jeszcze swojej winy, serce tego, który przebacza, już się powiększa. Otwiera drogę przyszłemu pojednaniu.

W konkretnych ludzkich relacjach jest to rzeczywiście wiara, że tylko przez przebaczenie zraniona przyjaźń może stać się głębsza, piękniejsza, mocniejsza. „Gdzie większy grzech, tam jeszcze więcej łaski” – pisał św. Paweł. Ostatecznie w życiu każdego człowieka przechodzi bowiem taki moment, w którym musi on w przebaczenie uwierzyć, podjąć decyzję: odpowiedzieć złem na zło, wykluczyć człowieka, który skrzywdził, wymazać go z własnego życia czy pozostać mu wierny, modlić się za niego, i to nawet wtedy, gdy nie potrafi on uznać i naprawić wyrządzonego zła. Od wyboru między tymi dwoma drogami zależy to, co w życiu chrześcijańskim najważniejsze: realne upodobnienie do Boga. Ci, którzy dokonają tego wyboru, staną przed następnym, przed decyzją o miłości heroicznej, ukrzyżowanej, takiej, która na wrogość odpowiada czułością. Dla ludzkich uczuć początkowo będzie ona okrutna, w dalszej perspektywie to jednak właśnie ona stanie się prawdziwym przedsmakiem nieba.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki