Logo Przewdonik Katolicki

Rohindżowie wracają do domów

Jacek Borkowicz
fot. Abaca PAP

Władze Birmy zgodziły się na repatriację Rohindżów, ale uchodźcy nie mają dokąd wracać. Przyjąć na stałe nie chce ich także Bangladesz. Wygnany naród nadal walczy o przetrwanie.

8 sierpnia przedstawiciel władz Bangladeszu wręczył rządowi w Rangunie imienną listę 25 tys. uchodźców, których Dhaka wyznaczyła do pierwszej transzy powracających. Po nich mają wyruszyć następni. Ale domy Rohindżów, z których wypędzono ich dwa lata temu, nie istnieją – zrównały je z ziemią birmańskie spychacze. Tak przynajmniej wynika z ujawnionych niedawno zdjęć satelitarnych. Rohindżowie, którzy zdecydują się powrócić do Birmy, zostaną umieszczeni w specjalnie zbudowanych przez rząd osiedlach, raczej nieróżniących się standardem od bangladeskich obozów, w jakich wypędzeni koczują dzisiaj. Dlatego ich sytuacja zasadniczo się nie zmieni. Przełomem może być dopiero nadanie im praw obywatelskich.
Na skutek masowych pogromów etnicznych, przeprowadzonych za pomocą państwa w latach 2017–2018, na teren Bangladeszu uciekło z Birmy 1,2 mln Rohindżów. Byli to bez mała wszyscy przedstawiciele owej grupy etnicznej, którzy wówczas tam mieszkali. Około pół miliona, korzystając z panującej na pograniczu anarchii, udało się wrócić, ale 730 tys. nadal przebywa w obozach przesiedleńczych, rozmieszczonych w okolicy bangladeskiego miasteczka Cox's Bazar.
 
Starcie dwóch fanatyzmów
Źródłem problemu jest konflikt etniczny. Rohindżowie są z pochodzenia Hindusami, czyli Indoeuropejczykami, do tego wyznawcami islamu – jak zdecydowana większość obywateli Bangladeszu. Do czasu wypędzenia stanowili poważną mniejszość mieszkańców sąsiadującego z Bangladeszem birmańskiego stanu Rakhine. Natomiast tamtejsza większość, czyli Arakańczycy, to buddyści, podobnie jak inne narodowości Birmy, należące do rasowej i językowej grupy chińsko-tybetańskiej. Odrębność jednych od drugich jest więc wyraźna i znacząca.
Arakańczycy, choć sami uważają się za odrębny naród, to właściwie Birmańczycy, od mieszkańców okolic Rangunu różniący się głównie tym, że zamiast „l” wymawiają twarde „r”. Na terytorium Rakhine – głównym miejscu sporu – osiedlili się wcześniej od Rohindżów, choć bynajmniej nie tak wcześnie, jak głoszą przed światem ich liderzy. Napływ muzułmanów datuje się od 1600 r., a przybyli oni tutaj za wypędzonym z Indii islamskim księciem. Król Arakanu (tak dawniej nazywał się stan Rakhine) udzielił mu gościny, ale niedługo potem, poróżniony z przybyszem, pozbawił go życia. Osieroconą gwardię książęcych łuczników przyjął jednak jako swoją osobistą ochronę – i od nich wzięła się obecna, niewielka mniejszość etniczna Kamanów, jedyna grupa muzułmańska uznawana przez Birmę jako narodowość.
Rohindżowie, mimo że znacznie od Kamanów liczniejsi, nie mają w tym kraju statusu mniejszości. Co więcej, nie mają nawet praw obywatelskich. Są potomkami drugiej fali muzułmańskich przybyszów do Arakanu. Rząd birmański, jak dotąd, uznawał ich za „nielegalnych imigrantów”, co jest grubą przesadą, jako że owa imigracja datuje się od czasów kolonialnych rządów brytyjskich, czyli od prawie dwustu lat! To jednak zdaniem Rangunu za mało, by uważać ich za rdzennych obywateli Birmy. Dlatego olbrzymia większość Rohindżów to analfabeci, gdyż ludzie ci nie mieli dotąd prawa uczęszczać do szkół. Nie mieli nawet dokumentów tożsamości. Jako grupa dyskryminowana są też, w przeważającym procencie, nędzarzami, co wyróżnia ich nawet na tle niewygórowanej przecież ogólnobirmańskiej skali dobrobytu.
Problem z Rohindżami – bo nie jest tak, że wina leży wyłącznie po jednej ze stron – polega na tym, że w odróżnieniu od zintegrowanych z kulturą birmańską Kamanów, są oni podatni na wpływy radykalnego islamu. A co za tym idzie, łatwo przyjmują infiltrację ze strony agresywnych i często posługujących się terroryzmem fanatyków z Pakistanu i Arabii Saudyjskiej. To muzułmańscy partyzanci rozpoczęli zbrojny konflikt w Rakhine. Jednak muzułmanie okazali się tam stroną słabszą. Fanatyzm islamski przegrał więc w Birmie z fanatyzmem buddyjskim, a tragiczną cenę zapłaciły za to setki tysięcy niczemu niewinnych cywilów, głównie kobiet i dzieci.
 
Palestyńczycy Indochin
Nazwa „Rohindża” jest stosunkowo świeża. Wymyślił ją w 1949 r. Abdul Gaffar, ojciec rohińskiego nacjonalizmu. Słowo „Rohang” w ustach mieszkańca prowincji Rakhine oznacza po prostu Hindusa. I faktycznie Hindusi, zamieszkujący wtedy zachodnie połacie Birmy, nie uważali się jeszcze za osobną narodowość. Tę „stworzyły” dopiero trudne losy owej społeczności w ostatnich dziesięcioleciach. Szczególną datą jest tutaj rok 1982, kiedy to birmańskie władze ustaliły oficjalną listę 135 narodowości kraju. Rohindżowie zostali z niej wykluczeni i od tej pory nie ma ich w żadnych rejestrach. Tak zrodził się mit „nielegalnych imigrantów”.
Ale Rohindżowie są niechciani nie tylko tam. Gdy w 2017 r. masy uchodźców przybyły na teren Bangladeszu, władze tego kraju bynajmniej nie uznały w nich pokrzywdzonych członków etnicznej rodziny. Byli biedakami przybyłymi do biednego oraz i tak już przeludnionego kraju, z którymi nie wiadomo, co zrobić. Pół roku temu rząd w Dhace szumnie proklamował utworzenie tak upragnionego przez Rohindżów „domu ojczystego”. Po sprawdzeniu okazało się jednak, że ową ojczyzną ma być niewielka wyspa leżąca w delcie Gangesu-Brahmaputry, w dodatku w strefie daleko wysuniętej w głąb oceanu. Rzecz w tym, że regularnie zatapia ją każdy większy monsun. Przesiedleni tam Rohindżowie dostaliby się więc z deszczu pod rynnę, i to bynajmniej nie w przenośni.
Zgoda Birmy na repatriację wynikła na skutek presji Bangladeszu oraz poruszonej tragedią wygnańców społeczności międzynarodowej. Rząd w Rangunie, który przecież tyle wysiłku włożył w pozbycie się niechcianej mniejszości, nie zamierza jednak przystać na powrót do stanu sprzed wypędzenia. Na miejscu zrównanych z ziemią koparkami osiedli osadza Birmańczyków sprowadzonych z głębi kraju. Chodzi o to, by repatrianci w żadnym miejscu nie stanowili już większości, a co za tym idzie – potencjalnego zagrożenia.
Perspektywy prześladowanej społeczności nadal są więc mroczne. W tej sytuacji tylko jedno można uznać za pozytyw: Rohindżowie, doświadczeni tragiczną wspólnotą losów, rzeczywiście poczuli się jednością. Poczuli się też osobnym narodem, bo – podobnie jak Palestyńczyków na Bliskim Wschodzie – także ich, jako naród, stworzyła najnowsza historia.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki