Logo Przewdonik Katolicki

Bądźcie radosnym świadectwem konsekracji

FOT. LUKA GONZALES/AFP/EAST NEWS

O kulturze tymczasowości, triumfalizmie, który nie pochodzi od Jezusa, cierpliwości wobec ograniczeń współbraci i osobistym doświadczeniu powołania z papieżem Franciszkiem rozmawia Fernando Prado CMF.  

WIERNOŚĆ WYSTAWIONA NA PRÓBĘ
Czy założenie „na zawsze” nie wydaje się dziś lekko pretensjonalne? Czy może być przeszkodą dla tych, którzy chcieliby podjąć powołanie do życia konsekrowanego?
– To samo dotyczy małżeństwa, prawda? Kiedy założenie „na zawsze” jest słabe, każdy powód jest dobry, by zostawić rozpoczętą drogę, wybrać separację. Jeśli to nie działa, poszukam sobie innego, poszukam innej… dziś wielu tak żyje. W świecie osób konsekrowanych też mamy do czynienia z życiem równoległym, podwójnym życiem, różnymi wybiegami… albo po prostu: odchodzę i już. Założenie „na zawsze” jest dziś bardzo trudne. Ludziom brakuje silnej motywacji. A jest to założenie ważne dla małżeństwa, dla życia konsekrowanego czy kapłańskiego – i wymaga uprzedniej formacji, drogi dojrzewania.
Pewien biskup opowiadał mi, że przyszedł do niego młody chłopak, który właśnie skończył studia uniwersyteckie, i powiedział: „Chcę być księdzem, ale przez dziesięć lat”. Słyszałeś kiedyś coś podobnego? Oto dzisiejsza kultura. Kultura tymczasowości. Jest taka bardzo dobra książka, napisana przez José Comblina, nakład dawno się już wyczerpał. Wydano ją jakieś sześćdziesiąt lat temu. Nosi tytuł O provisório e o definitivo (O tym, co tymczasowe i co ostateczne). To klasyczna pozycja, kluczowa do zrozumienia tego, co się obecnie dzieje. To prawda, wybory ostateczne nie są dziś w modzie.

3 grudnia będzie miała miejsce światowa premiera książki Siła powołania – wywiadu z papieżem Franciszkiem. Ukaże się ona w kilkunastu krajach Europy i obu Ameryk, m.in. we Francji, Hiszpanii, Portugali, Polsce, Niemczech, we Włoszech, Brazylii, Argentynie, USA.  Polską edycję przygotowało Wydawnictwo Świętego Wojciecha. Publikujemy fragment tej rozmowy.  


Co powiedziałby Ojciec Święty rodzicom, których syn lub córka postanawia wstąpić do zgromadzenia zakonnego lub zakonu klauzurowego?
– Doświadczenie moje i innych osób każe mi sądzić, że gdybym był ojcem, dobrze znałbym swoje dziecko. A przynajmniej starałbym się je poznać. Rodzice wiedzą, czy to, co przeżywa ich dziecko, jest autentyczne. Ojciec lub matka „czują to nosem”, w sposób naturalny. Od razu widzą, gdy mają do czynienia ze słomianym ogniem i niczym więcej. Sądzę, że normalnym zadaniem rodziców, którzy wyczuwają, iż ich dziecko nie „powariowało”, jest spokojne towarzyszenie mu na drodze oraz troska o to, by uzyskało odpowiednie wskazówki. 
Znam taki przypadek: w naszej stołówce pracuje pewien mężczyzna. Jego żona też tu pracowała. Bardzo dobra kobieta, zmarła dwa lata temu na raka. Mają dwóch synów, jeden ma 22 lata, a drugi 21. Starszy jest kucharzem, i to całkiem obiecującym. Rzetelny, pracowity, odpowiedzialny… Zaczął się angażować w parafii, podejmować się różnych zadań, a potem prowadził katechezę. Trochę ponad miesiąc temu oznajmił ojcu, że chce wstąpić do seminarium diecezjalnego. Ojciec jest szczęśliwy. Mówię mu: „To zsyła twoja żona z nieba”. „Tak – odpowiada – ale cieszę się, bo on wie, co robi”. Drugi syn jest zaręczony.
W tym przypadku ojciec dostrzegł, że syn się nie myli, bo traktuje sprawę poważnie. Chłopak, który w wieku 22 lat ma zawód z przyszłością, który zachowuje pokorę, który zaczął angażować się w parafii, zajmować się ubogimi, potem młodymi chłopcami itd., czyli jest normalnym, zrównoważonym chłopakiem, który nie odcina się od swojej przeszłości, nie wątpi.
Ojciec „czuje nosem”, że wszystko to jest spójne. Jeśli młody człowiek odczuwa, że Jezus go wzywa, rodzice nie mają wątpliwości, że trzeba mu towarzyszyć. Jeśli natomiast ojciec lub matka widzą, że ich synowi „odbiło”: dziś mówi, że chce być księdzem, a tydzień temu zamierzał zostać kierowcą wyścigowym czy kimś podobnym, będą musieli przyjrzeć mu się bliżej. Rodzice znają swoje dzieci i wiedzą, czy powinni się cieszyć, czy martwić, kiedy któreś z nich chce dokonać takiego wyboru.
 
A jak decyzję o wstąpieniu do seminarium przyjęła rodzina Waszej Świątobliwości?
– Kiedy powiedziałem w domu, że chcę iść do seminarium, ojciec i babcia od razu dobrze to przyjęli i natychmiast udzielili mi wsparcia. Moja matka początkowo nie. Była jakby obrażona. Na początku stawiała opór. Nie miała jasnego rozeznania. „Niech skończy uniwersytet”. Najwidoczniej uważała, że nie byłem dojrzały. Miała intuicję, ale też na początku nie ufała. Potem jednak przez całe życie mnie wspierała. Natomiast mój ojciec rozpoznał to od razu.
 
PYTAĆ PANA
A jeśli naprawdę brakuje powołań? Co powinniśmy robić, kiedy Pan ich nam nie daje?
– Pytać Go. Powinniśmy pytać Pana: „Co się dzieje?”. Pytajmy przełożonych, pytajmy siebie nawzajem we wspólnocie, pytajmy biskupa, całe zgromadzenie. Musimy szukać światła na tę chwilę; a kiedy już postawimy sobie to pytanie, kiedy przeanalizujemy sytuację, dobrze ją rozeznamy – podjąć decyzję. Ale reasekuracja nigdy nie jest owocnym rozwiązaniem. Nigdy. Takie pomysły jedynie przeciągają koniec, choćby nam gwarantowały hotel pięciogwiazdkowy na ostatnie dni życia. Tak być nie może.
 
A klasztory klauzurowe, które nie mają powołań: mija rok, dziesięć lat… i nie przychodzą nowe powołania?
– Powiedziałbym to samo. Niech pytają: „Czego chce Pan w tej sytuacji?”. Niekiedy biskup lub Stolica Apostolska mówi im: „Słuchajcie, siostry, jesteście tylko cztery i w bardzo podeszłym wieku. Powinnyście przejść do innego waszego klasztoru”. Niektóre odpowiadają: „Ach, nie! Tu jest nasze życie, ten klasztor ma tyle stuleci, jest tak wielkim dziedzictwem i jeszcze to, i tamto”. Jeśli tak odpowiadają i ostatecznie nie chcą się ruszyć z miejsca, to jest to przejaw uporu. A jeśli się przy tym upierają – mają serca zamknięte, nie mogą się otworzyć na płodność. I zostają tam, umierają same w swoim klasztorze. To nie jest godne życia kontemplacyjnego. Przeczy jego najgłębszej racji bytu.
 
Jak się przygotować, by lepiej przyjmować ewentualne powołania lub by wzbudzić w ludziach młodych entuzjazm dla naśladowania Jezusa poprzez taką formę życia? Czy może coś Ojciec Święty doradzić?
– Tak: przeżywajcie radość konsekracji. Bądźcie radosnym świadectwem konsekracji. Młodzi ludzie to zauważą, to ich porwie. To, co dostrzegają, to siła powołania. Ale jeśli widzą ludzi nudnych, którzy nie potrafią rozwiązywać konfliktów między sobą, nie przyjdą, nie przyłączą się. Mówiąc krótko, ważne jest świadectwo konsekracji pełnej radości. Nic więcej nie trzeba. To najlepsza reklama.
 
ZWYCIĘSTWO JEZUSA: KRZYŻ
W ostatnich latach w różnych stronach zachodniego świata pojawiły się zgromadzenia i zakony, które odniosły pewien „sukces” powołaniowy. Co Wasza Świątobliwość o tym myśli?
– Duch Święty niewątpliwie wieje tam, gdzie chce i kiedy chce. Co do tego nie można mieć żadnych zastrzeżeń. Bóg jest Panem i może wzywać tych, których chce, kiedy chce i jak chce. Moją uwagę zwraca jednak fakt, że temu zjawisku towarzyszy niekiedy pewien triumfalizm. A triumfalizm rzeczywiście mnie nie przekonuje. Nie ufam takim przejawom płodności w stylu „in vitro”, albo triumfalnym objawieniom czy przesłaniom, które głoszą, że zbawienie jest tu czy tam. Niektóre zgromadzenia objawiały się jako zbawienie dla życia konsekrowanego, zarówno apostolskiego, jak i kontemplacyjnego. Trzeba było się im przyjrzeć. Stanowiły nowy wzorzec. Przekonały też wielu pasterzy, by je poparli. Niektórzy szukali nawet sposobu, by je wesprzeć materialnie. Ci pasterze, poznałem kilku takich, byli zdumieni zdolnością „powołaniową” tych wspólnot albo przykładnym i pobożnym życiem, które z pozoru prowadziły. Te nowe instytuty życia konsekrowanego miały się stać rozwiązaniem i wzorem dla dawnych, zestarzałych zakonów i zgromadzeń… i okazuje się, że z czasem w niektórych z nich wybuchły niewiarygodne sytuacje, pojawiło się wewnętrzne zepsucie.
Dobrze, jeśli mamy świadomość, że nie jesteśmy Mesjaszem. Ten rodzaj „zbawicieli” rzeczywiście budzi moją nieufność. To nie jest płodność Ewangelii. Tam, gdzie panuje triumfalizm, nie ma Jezusa. Albo inaczej: jedyny triumfalizm, w którym jest obecny Jezus, to taki, który stoi o krok od Wielkiego Piątku. Jedyny prawdziwy i uprawniony triumfalizm ma związek z Niedzielą Palmową. W nim rzeczywiście jest Pan. Ten triumfalizm mówi ci: „Przygotuj się na to, co nadchodzi”. Nie ma magicznych rozwiązań. Taka jest moja opinia: triumfalizm nigdy nie pochodzi od Jezusa. Triumf Jezusa, ten prawdziwy, zawsze dokonuje się na krzyżu.
 
A tak zwane nowe formy życia konsekrowanego? Co Wasza Świątobliwość myśli o nowych rodzinach zakonnych czy zgromadzeniach, pragnących przeżywać konsekrację we wspólnocie męskiej, żeńskiej i wspólnie ze świeckimi?
– Sądzę, że te nowe formy życia konsekrowanego potrzebują dziś coraz bardziej pogłębiać i rozjaśniać swą tożsamość. Ważne, by nowość, jaką wnoszą, stawała się coraz wyraźniejsza. Powiedziałbym, że trzeba tej nowości szukać, ale z rozeznaniem. Ważne, by tym nowym formom życia towarzyszyć, żeby znalazły się osoby, które będą z tymi ludźmi i pomogą im oczyszczać, rozeznawać… bo mogą żyć pewną iluzją. Chodzi przecież o rzeczywistość wciąż jeszcze bardzo młodą, która potrzebuje czasu na dojrzewanie i refleksję.
Niektóre z tych nowych zgromadzeń mają charakter nieco reakcyjny, cechuje je skłonność do przywracania starych zwyczajów i spraw, które należałoby zważyć i przestudiować z większym rozeznaniem, zawsze w ramach Kościoła i z uwzględnieniem czasów, w jakich żyjemy. Dla mnie fundamentalnym kryterium oceny wspólnoty są „trzy P”, o których mówiłem w czasie spotkania z osobami konsekrowanymi: pobreza (ubóstwo), plegaria (modlitwa) i paciencia (cierpliwość).
Ubóstwo to podstawa. Oś całości, klucz do wszystkiego. Kiedy brakuje ubóstwa, wszystko się wali. Triumfalizm, o którym wcześniej mówiłem, też jest brakiem ubóstwa, pychą pewności, tutaj jednak mówię o ubóstwie materialnym. Ubóstwo jest sprawą fundamentalną.
Modlitwa natomiast musi być prawdziwa. Jeśli człowiek nie modli się właściwie, nie posuwa się do przodu. Umieć się modlić, nauczyć się, jak się modlić, jest ogromnie ważną sprawą. Życie konsekrowane musi się wiązać z poważnym życiem modlitewnym – ze wspólną modlitwą liturgiczną, ale także z modlitwą indywidualną każdej osoby konsekrowanej. Modlić się właściwie to znaczy stawać we właściwej postawie przed Bogiem, adorować Go, czuć, że Go potrzebujemy, z pokorą, ze świadomością, że się jest grzesznikiem, synem, bratem innych ludzi, zwłaszcza tych najsłabszych. Słuchanie głosu Boga ma nam pomagać w rozeznawaniu tego, co się dzieje wokół nas.
 
Podczas ostatniej kapituły generalnej misjonarzy klaretynów zalecił nam Ojciec Święty adorację. Wzbudziło to w naszym gronie pewną dyskusję. Czy mógłby Wasza Świątobliwość wyjaśnić, jak rozumie adorację?
– My, osoby konsekrowane, i chrześcijanie w ogóle mamy wielbić Pana w Duchu i Prawdzie. Chodzi nie tylko o to, by klękać na adoracji przed Najświętszym Sakramentem. To coś więcej. Zazwyczaj zwracamy się do Boga z modlitwą prośby albo z dziękczynieniem. Tymczasem autentyczna adoracja to coś, co cię ogołaca i stawia przed Bogiem takim, jaki jesteś. Adorować to mówić: „Ty jesteś wielki, a ja jestem nikim”. To stać w obecności Boga. Wydarza się to podczas formalnej modlitwy adoracyjnej przed Najświętszym Sakramentem, ale uobecnia się także w tej podstawowej pokorze, jakiej nabiera osoba, która z prostotą przeżywa swe życie konsekrowane. Zakonnikowi tej podstawowej pokory przydaje duch modlitwy. Straciliśmy zdolność do adoracji, tak jak straciliśmy po części zdolność do modlitwy uwielbienia. Obecnie, dzięki odnowie charyzmatycznej, powoli odzyskujemy tę drugą. Ale adoracja wciąż stanowi dla nas wyzwanie. Musimy wrócić do ducha adoracji Ojca w Duchu i prawdzie, który oczywiście wzrasta również w czasie oficjalnej adoracji w ciszy. Adoracja pomaga nam przede wszystkim stanąć we właściwej postawie wobec Boga i powiedzieć Mu: „Tylko Tyś jest święty, tylko Tyś jest Panem, tylko Tyś najwyższy, Jezu Chryste…”.
 
A cierpliwość?
– Cierpliwość z kolei wiąże się z umiejętnością znoszenia jedni drugich. Ona prawdziwie „wyrabia” wspólnotę. Chodzi o aktywne znoszenie się, pomaganie sobie z całego serca. To cierpliwość czekania na brata w drodze, jak mówił św. Ignacy. To zawsze przyciągało moją uwagę u Ignacego Loyoli. Miał takie praktyczne reguły, jak reguła pielgrzyma. Kiedy szedł drogą z innym towarzyszem, mówił, że jeśli jeden idzie zbyt szybko, coś tu nie gra. Mówił, że trzeba iść w tempie tego, kto porusza się wolniej; to znaczy trzeba mieć cierpliwość wobec ograniczeń drugiego… W przypadku życia wspólnotowego i osób konsekrowanych powiedziałbym, że chodzi o znoszenie siebie nawzajem i bycie dla siebie braćmi.

Komentarze

Zostaw wiadomość

 Security code

Komentarze - Facebook

Ta strona używa cookies. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki